„MIEJSCE URODZENIA? ZNACZY SIA, POLESIE…” – „PTASI GOŚCINIEC” HALINY AUDERSKIEJ

W 1973 roku literatura o tematyce poleskiej (w PRL jej lista przedstawiała się nader skromnie) wzbogaciła się o niezwykłą pozycję: książkę H. Auderskiej „Ptasi gościniec”. Powieść urodzonej w Odessie współautorki „Słownika języka polskiego”, powieściopisarki, autorki sztuk scenicznych i publicystki ukazała się jako pierwsza część dylogii (drugą stanowi „Babie lato”) i od razu stała się bestsellerem. Wielki sukces czytelniczy książki był możliwy, obok walorów czysto artystycznych, co z entuzjazmem podkreślała krytyka, dzięki zupełnie nowemu spojrzeniu na wojenne losy Polesia i jego mieszkańców. Jak zauważa Piotr Kuncewicz: „Anderska jako pierwsza pisała o deportacjach i książka miała w związku z tym wielkie kłopoty. Właściwie cud, że wyszła.”

„Ptasi gościniec” to dzieje człowieka brutalnie wyrwanego przez historyczne zawirowania z jego rodzinnego środowiska i zmuszonego do wojennej, jakże często ocierającej się o śmierć, tułaczki. Jej głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Poleszuk Szymon Drozd, mieszkający ze swą rodziną w odciętym od cywilizacji bagnami, rozlewiskami i lasami pińskim chutorze Moroczne. Drozd jest uczestnikiem kampanii 1939 r., zesłanym na Syberię do kołchozu w Czugunce skąd powraca do Polski jako żołnierz I Dywizji im. T. Kościuszki. Powraca jednak już nie do swojej ukochanej poleskiej ojczyzny, lecz nad Odrę, by podobnie jak wielu jego kresowych rodaków zasiedlić tzw. Ziemie Odzyskane. Książka, przedstawiając niezwykłe losy życiowe Drozda, odsłania wiele dotychczas przemilczanych tajemnic czasów wojny: „Wtedy nadziei nie było żadnej. – wspomina Szymon wywózkę mieszkańców swojej wioski  zimą 1940 r. – Każdy jechał daleko i w ciemno, do obcego kraju, dzieci płakali, baby siedzieli nadęte, biadolące, że koniec przyszedł na nas, połamało sia wszystko, skończyło. Czy wrócim do domu i kiedy?” Pytanie, co warto podkreślić, stawia człowiek naznaczony przez nową, sowiecką władzę stygmatem „niebłagonadiożnego przesiedleńca”. „Transport zapadników w lutą zimę”, „krzywda, poniewierka i bezdomny czas”, przesiedlenia, zsyłki, obozy, więzienia, Sybir – oto nowa, zaskakująca jak na realia PRL, leksyka, wnosząca zupełnie nowe spojrzenie na wojenne losy Polaków, którzy znaleźli się pod okupacją sowiecką.

Zachęcając do czytania „Ptasiego gościńca” w czasach, kiedy w zasadzie wszelkie prawdy historyczne zostały już odkłamane, warto zwrócić uwagę na język powieści. „Auderska – czytamy w recenzji książki autorstwa S. Melkowskiego – uprawdopodobniła swoją powieść przede wszystkim przez język. Prawie dwadzieścia lat poświęconych językowi polskiemu w żmudnej roli leksykografa to cena za stylistyczną doskonałość języka Szymona Drozda.” Książka Auderskiej została napisana z niezwykłym wyczuciem językowym. Czytelnika urzeka, bawi i wzrusza wystylizowana na gwarę poleską ballada Drozda. Znajdziemy w niej, obok słów polskich typowych dla mowy kresowej, liczne zapożyczenia rosyjskie, białoruskie i ukraińskie. Dzięki tej przedziwnej mieszance, zupełnie wyjątkowej w literaturze kresowej, otrzymaliśmy barwną opowieść obyczajową, której głównym motywem staje się żarliwa tęsknota za utraconą poleską ojczyzną: „Tak. Było ciężko, – wspomina pobyt na Syberii Drozd – a jeszcze tamtejsze nie rozumieli, czego stoimy, bywało, na zachodzące słońce patrzący. A z nas każdy wiedział, że w tu poru idzie ono topić swój łeb rudy abo czerwony w rieczyszczu. I że przedtem obowiązkowo przejrzy sia w gładzi naszego jeziora, zajrzy do zatoczek i niemrawych strumyczków, potrąci o skrzydła rybitwy – kryczki i wytarza po polanach, po nagrzanych wrzosowiskach.” Z taką samą tęsknotą wracać będzie Szymon do stron rodzinnych już jako mieszkający nad Odrą przesiedleniec: „Miejsce urodzenia? Znaczy sia, Polesie, sioło Moroczne nad tamecznym jeziorem. Nie największe ono, ale na mój rozum, a jaż nie dureń, swoje rozeznanie mam, w niczym do tego nie podobne i od wszystkich tamtych takoż kudy piękniejsze. Bo nie ugłaskane, przed ludźmi utajone, całkiem dzikie. I brzegi ma rozmaite nad podziw: a to całkiem bagniste, zarosłe trzciną ogromniastą i sitowiem, a to od zachodu wchodzące w puszczę, i to tak, że woda zatapia olchy do połowy pni, a znowuż w inszym miejscu brzeg dochodzi do łuhów blisko, blisko, że sam czort nie rozpozna, czy ziele wszelakie jeszcze na wodzie rozkwita, czy już na gruncie, na twardym. A zaraz dalej mszarniki, torfy, powietrze nad nimi parne, wilgotne, a na brzegach bagien trawy i oczoroty splątane tak, że tylko siekierą przebija sia człowiek przez zarośliska i chaszcze.”

Polesie Auderskiej to przede wszystkim kraina urzekających krajobrazów i niezwykłej przyrody. To właśnie w partiach opisowych tej ostatniej, jak zauważa P. Kuncewicz, tkwi największa siła pisarki: „W Polesiu Auderskiej można się naprawdę zakochać: w każdym razie rozumiemy, dlaczego narrator przenigdy nie przestanie tęsknić.” Rzeki i jeziora, łąki i lasy, bagna i ubogie pola – oto topograficzne wyznaczniki poleskiej Arkadii odmalowywanej z nostalgicznym rozrzewnieniem przez Szymona. A pośród nich życie przedwojennej poleskiej wsi, ciche, spokojne, podporządkowane rytmowi kapryśnej przyrody i zmieniającym się porom roku, zrośnięte z życiem poleskich zwierząt. Posłuchajmy opowieści Szymona, w której wyjawiona zostaje zagadka tytułowego „ptasiego gościńca”: „Nu, tak. Dobrze pan mówisz. Jak pomyśleć, wychodzi na to, że tam u nas jednako klikało sia mróz, żeby zdusił zgniliznę i triasuchę, żeby do siana na łuhach dostęp dał, jak wiosnę, żeby już na koniec przyszła, żeby przestał każdy chłop, każdy pastuch w niebo patrzeć, wypatrywać, czy nie lecą klucze żurawi, sznury husi i dzikich kaczek. Pytają po chutorach i każdego niecierpliwość bierze okrutna: – Szto biełanosy? Szto biełapiórki? Leciat? A już jak zobaczą w jasną noc ptasi gościniec na niebie, nu, wtedy wiadomo: maluchno, a przylecą. Bo uwierzyć trudno, ale widział ja sam: musowo lecą oni i odlatują do ciepłych krajów tak, jak im pokazuje droga, co to ją durne ludzie przezwali mleczną, choć całkiem nie mleczna ona, kto by tam mleko krowie na niebo lał, tylko ptasia, bo wiadoma rzecz, że pierze z husi, bocianów, łabędzi i inszych dzikich ptaszek kiedyś między gwiazdy zaplątawszy sia, już tam na wieki wieków ostało. Nu, jak ludziska wypatrzą pierwsze kuliki, rybitwy czy czajki z tego ptasiego gościńca w dół zlatujące i ich wrzask w szuwarach posłyszą, znak to, że za dzień – dwa będzie pełno ptactwa na jeziorach, a ryby w toni.”

Niemal na każdej stronie książki znajdujemy coś interesującego. Obok wciągających opisów przyrody równie intrygujące szczegóły z życia codziennego, obyczajowości i mentalności Poleszuków, składające się na fascynujący obraz poleskiego świata. Jednym z jego charakterystycznych rysów była wielokulturowość i wielowyznaniowość, symbiotyczne współżycie różnych grup etnicznych i religijnych: „W Morocznem nie było księdza, był ruski pop, a znów do najbliższego Ostrowa, gdzie kiedyś pany pobudowali drewniany kościółek, całkiem do kleci podobny, gontem kryty, przyjeżdżał ze Szlacheckiej Hłuszy ksiądz polski i w niedzielę  szedł każdy, dokąd chciał: do kościoła abo do cerkwi. Żony Drozdów i Kołosów latali, bywało, do ruskiego księdza, za to wszystkie dzieciaki chrzcił im ksiądz na ostrowie. A cmentarz? Tam już każdy jeden układał sia pod krzyżem w swoju poru i piaszczystą ziemię rzucali jednako na te i tamte mogiłki. I jednako wszystkie baby z obu siół latali tam w dni pominek, stało być, w listopadowe wieczory, jednako nosili zmarłym ogień, ofiary, wyszywane płótno. Nu i takoż ubierali sia nasze baby jednako, świtki bure abo siwe, koszule haftowane, na głowach wzorzyste kosynki, na nogach postoły. Nie to, panie, co dziś.”

Anderska, kreśląc indywidualne losy Szymona Drozda, okazała się mistrzem zbiorowego portretu Poleszuków. Poprzez nagromadzenie wielu autentycznych szczegółów jest „Ptasi gościniec” nieocenionym materiałem do naszej wiedzy o Polesiu, o ludowej poleskiej medycynie, poleskim kulcie ognia, obrzędowości weselnej, relacjach rodzinnych, zwyczajach łowieckich itd.

Powieść H. Auderskiej, mimo upływu czasu, nadal cieszy się powodzeniem wśród czytelników. I nic w tym dziwnego: trudno w zasadzie znaleźć książkę z kręgu tzw. szkoły kresowej, która by w równie zajmujący i bezpośredni sposób obrazowała okrutne doświadczenia Poleszuków z lat II wojny światowej oraz utracony przez nich bezpowrotnie świat poleskiej Arkadii. Książkę operującą mistrzowskim językiem, sprawiającym, że snuta w niej opowieść wzrusza nas swoją głęboką prawdą psychologiczną, historyczną i literacką.

 

 PIOTR BOROŃ

                                                                                             

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany