Po stronach pamiętnika powstańca styczniowego Edwarda Pawłowicza
Wróciwszy do siebie zastałem fatalną wiadomość, o wywiezieniu Leona Mierzejewskiego z Zadwiei, i Wincentego Klimowicza z Połoneczki do Mińska. Obu ich też przed kilku dniami widziałem. (…). Późno już było gdym się spać położył długo zasnąć nie mogłem: stukały okienice, wiatr wył po za węgłami i pudel mój, to warczał, to się zrywał do drzwi, jakby czując obcego. Przywołałem go parę razy i skarciłem, ale napróżno warczał nawet przez sen. Nareszcie nadedniem i ja usnąłem.
Nazajutrz, jak dziś pamiętam, było to we czwartek 19/7 marca, po rannem śniadaniu i przechadzce, tym razem na zgliszczach świeżo spalonego Mickiewiczów domu, udałem się na lekcye do gimnazyum. Ranek był chmurny. Góra zamkowa ze swemi baszty utonęła we mgle, chłód nawskróś przejmował. Wszedłem do klasy, odmówiono modlitwę. Mówiono ją zwykle po polsku, wbrew nakazowi mówienia po rossyjsku. Powtórzę ją, aby dad poznać, jak była stosowną dla uczącej się młodzi. Ułożono ją za czasów kuratoryi Czartoryskiego, dla szkół Litwy i Rusi — a bodaj że i dla szkół Królestwa.
Oto jej słowa: „Boże wszechmogący! zeszlij nam dar Ducha Twego Świętego dla oświecenia rozumu naszego, i wzmocnienia sił duszy naszej, abyśmy korzystając z wykładanych nam nauk, wzrastali Tobie Twórco na cześć, rodzicom i całemu krajowi na pożytek. Amen„.
Zaczęła się lekcya. Pamiętam, że objaśniałem znaczenie porządków architektonicznych. To mi posłużyło do rozwinięcia myśli w zastowaniu jej od dziedziny piękna do szerszych poglądów. To też zakooczyłem temi słowy: — porządek, ład harmonia, były zawsze i pozostaną na zawsze podstawą wszelkiego dobra i piękna, i rękojmią ich trwałości bo niczem nauka, niczem talenta, niczem najwznioślejsze porywy… gdzie nie ma ładu więc uczcie się go, ukochajcie i pomnijcie, że tylko ładem podźwignąć się zdoła co nieładem padło.…
Ledwiem tych słów domówił, zapukano do drzwi.
— Proszę wejść, zawołałem. Wchodzi Pedel Pszonkowski, nieco zmieszany, i mówi: — Jacyś oficerowie przyszli, i chcą widzieć pana… Zrozumiałem o co idzie więc, zwróciwszy się do uczniów, którzy już przez okno spostrzegli wojsko otaczające gimnazyum i zaniepokoili się, przemówiłem słów kilka, by ich uspokoić — dodając:
— Jeżeli mię kochacie zachowacie się spokojnie, ja o to was proszę żegnam was moi drodzy — polecam was Bogu — bądźcie zdrowi!
Wyszedłem. Na korytarzu otoczyło mię kilku oficerów, przeczytano rozkaz gubernatora, w którym poleca naczelnikowi wojennemu niezwłocznie mię aresztowac, zrobić rewizyę i zabrawszy papiery i książki, wysłać z tem pod konwojem kozaków do Mińska.
A więc nie minęło co mi groziło od dawna! O tak, nastał dla mnie nowy peryod życia, co się rozpoczynał uwięzieniem, a zakończyć miał najsroższym dla człowieka wyrokiem: wygnaniem z rodzinnej ziemi!
Gdym przestąpił próg gimnazyalny, słowa „Dziej się wola Twoja Panie!” wyrwały mi się z duszy.
Do koła gimnazyum, na ulicy, rynku aż do klasztoru gdzie miałem mieszkanie, stały rozciągnięte po obu stronach szpalery wojska. (…) Idziemy tedy. Rynek, ulice, aż do murów podomikańskich, poza szpalerami wojska, zapełnia ciżba żydów i ciekawej gawiedzi. Pierwsze to bowiem było tego rodzaju widowisko w Nowogródku. Dziatwa szkolna wymknąwszy się z klasy, zabiega drogę aby mię spojrzeniem pożegnać unosi czapki do góry. Kozacy rozpędzają tłum cisnący się by mię widzieć. Istny pochód tryumfalny!
Nareszcie wchodzimy do bramy. Przy drzwiach głównych, na korytarzach u drzwi mojego mieszkania, słowem wszędzie, rozstawione warty pod bronią.
— No, myślę dobrze znac jestem u nich położony.
Przemknęła mi myśl, o wysłanej świeżo odezwie do popów, którą dałem do odpisania Skrzywankowi z Korelicz. Alem odtrącił od siebie podejrzenie, aby ten znany z prawości człowiek mógł mię narazić.
Otworzyłem więc drzwi mieszkania, i wzięto się do rewizyi. Przetrząśnięto wszystko, zabrano papiery i książki i oto gdym już był przy ukończeniu składania podróżnego tłómoka i już na wyjściu, nadszedł mój zacny sąsiad i gospodarz ks. Ejm….
— Przychodzisz ojcze w porę bo jak widzisz, odjeżdżam i musiałbym was najść dla pożegnania z całą świtą dość liczną mówię mu tonem niby swobodnym.
Odjeżdżam dokąd? nie wiem. Wiem tylko, że pierwszą stacyą ma być dla mnie Mińsk. Tu mu wręczyłem parę słów do mojej matki. Gdy zaś już wszystko było gotowe, rzuciłem okiem dokoła, by pożegnać moją przystań te miłe ściany, śród których nie bez korzyści kilka lat przeżyłem. Czułem, że je opuszczam na zawsze, i żal mi serce ścisnął. Śród tych bowiem ścian, wykonałem nie jedną pracę natchnioną miłością dobra lub piękna ztąd, leciała nieraz myśl moja w świat, powierzona prasie myśl której źródłem była zawsze miłość prawdy. Tutaj to, miałem pociechę widziec i przyjmować wszystko, co Ruś litewska miała zacnego i znakomitego w swych warstwach. Tu się zbliżali, poznawali — tu podawali sobie dłonie ludzie różnych stanów w imię jednej idei: pracy dla wspólnego dobra. Tu mię odwiedzali moi najbliżsi, tu przybiegała moja dziatwa szkolna po naukę, radę, dziatwa, dla której drzwi i serce, były zawsze otwarte. Tu też niejedne radość i niejedną boleść te ściany widziały….I oto jednym razem wszystko to trzeba rzucić! i dla czego? i za co?
Dziwne losy! To co w innych warunkach mogłoby być zasługą, tu siłą fatalnego położenia rzeczy stało się zbrodnią. Bo i czyż nie było zbrodnią służyć prawdzie, wobec władzy opartej na fałszu!… Serdeczne było moje pożegnanie z ks. Ejm… żegnałem w nim najzacniejszego kapłana i przyjaciela. Gdym przestępował próg, zwróciłem się jeszcze raz po za siebie i ujrzałem jego rękę żegnającą mię krzyżem świętym. Poprowadzono mię do wojennego naczelnika. Postrzegłszy, że mię pies mój nie odstępuje, zatrzymałem się aby go poruczyć komuś z poleceniem oddania moim przyjaciołom. Poczciwe zwierzę, jakby czując rozstanie, tuliło mi się do nóg i nie dawało oderwać. Gdym go pogłaskał raz ostatni, żegnając w nim towarzysza moich samotnych przechadzek łza mi się stoczyła. Była to pierwsza łza wygnania!(…)
I oto o godzinie 2giej, przeprowadzony od oficerów, wsiadłem do bryczki jako więzień obok mnie zajął miejsce kozacki podoficer, naprzeciw drugi kozak, obaj uzbrojeni jusqu aux dents. Jęknął dzwonek pocztowy, ruszyliśmy. Spojrzałem na prawo, ku oficynie gdzie była moja pierwsza kwatera z balkonu żegnało mię kilka znajomych osób, powiewając chustkami, a z pośród nich mała rączka dobrej i miłej niegdyś wilnianki śp. Moniki Palczewskiej, błogosławiła mię na drogę. W taki to sposób opuściłem Nowogródek, po czteroletnim w nim pobycie i tak się zaczęła ta moja długa i daleka podróż, której końca i celu któżby mógł podówczas dojrzeć… Spuszczając się z góry, spojrzałem przed siebie – ciemne chmury zalegały horyzont. Był to istotny obraz losów moich.
Źródło: https://kresy.genealodzy.pl/zbior/WSPOMNIENIA_NOWOGRODEK_WIEZIENIE_WYGNANIE_PRZEZ_EDWARDA_PAWLOWICZA.pdf
Foto ilustracyjne: Stanisław Masłowski „Aresztowanie powsańca”, Muzeum Narodowe w Warszawie. https://cyfrowe.mnw.art.pl



