Ze wszystkich danych, jakie Ci kreślę o życiu i osobowości Stryja, ten temat będzie najtrudniejszy. To zrozumiałe. Wszak kapłaństwo to jest – Wielka Tajemnica, ukryta w głębi duszy powołanego przez Chrystusa, aby był Jego przedłużeniem na ziemi – „Alter Christi”. Postaram się tylko obiektywnie przedstawić, jak ono uzewnętrzniało się w codziennym życiu, co sam nieraz mówił o swoim kapłaństwie.

Ks. Jan Wasilewski (1885–1948) podczas wakacyjnego wypoczynku w 1911 r. Fot. z albumu ks. J. Wasilewskiego w zbiorach Archiwum Diecezjalnego w Drohiczynie, polskipetersburg.pl

Będąc oficjałem Sądu Biskupiego w Pińsku i prowadząc różne sprawy małżeńskie, czasem wracając z rozprawy, wyznawał:

– „Często dziękuję Panu Bogu, że zostałem kapłanem, a nie ożeniłem się. Nigdy nie kochałem żadnej kobiety, tylko matkę, siostrę a teraz was.”

Tak, to było widoczne w całym Jego życiu i postępowaniu. Kochał swoje kapłaństwo i był w nim szczęśliwy.

Ks. Jan samą już swoją postawą, pełną godności kapłańskiej, wzbudzał do siebie wielki szacunek. My obie siostry będąc jeszcze dziećmi, nie odważyłyśmy się nigdy zarzucić Stryjowi rąk na szyję lub Go uściskać, czy ucałować. Chociaż nigdy tego nam nie zabronił. Tylko ja czasem położyłam głowę na sercu tak bardzo kochającym. Stryj wpatrzony w postać swego Pana i Mistrza, kochając Go całym sercem, starał się Go naśladować. Jezus, wystarczał mu całkowicie do szczęścia. Nie pragnął dla siebie nikogo więcej i niczego. Kilkakrotnie mówił nam, bratanicom: – „Kocham was i cieszę się, gdy jesteście ze mną, ale jak was nie ma, nie brakuje mi was”. Słyszałyśmy nieraz takie słowa: – „Musimy kochać jeden drugiego, ale nie wolno przywiązywać się do nikogo. Całe serce ma należeć tylko do Pana Boga”.

Pobożność Stryja zwyczajna, że nikogo nie krępowała: w Jego obecności czuło się lepszym i szczęśliwym. Nie dawał nam siebie za wzór do naśladowania. Rozumiał doskonale, że nikogo nie można na siłę „uświęcać”. To Chrystus jest Tym jedynym Nauczycielem, Wychowawcą. Tylko On i Jego łaska może człowieka i to w odpowiednim czasie pociągnąć do pracy nad sobą w dążeniu do świętości.

Codziennie po mszy św. odprawiał rano pół godz.[inne] rozmyślanie, odmawiał brewiarz kapłański, różaniec i czytał książkę „Zarys teologii ascetycznej i mistycznej” Tankereja[1] [sic!] (napisane po polsku) oraz Pismo św. Przed wojną codziennie po obiedzie odwiedzał Pana Jezusa – Więźnia Miłości w kościele i zachęcał nas do tego.

Ogromną miłością, czułą i synowską darzył Matkę Boską.

W Jego pokoju stała duża figura Niepokalanej. Przed Nią na klęczniku odprawiał swe modlitwy. U Jej stóp załatwiał wszystkie swoje i cudze sprawy. U Niej szukał rozwiązania problemów i wątpliwości.

Bardzo pobożnie, choć często bardzo długo sprawował Eucharystię. Pewnego razu po powrocie z kościoła zapytał mnie:

– „Jadziu, jak ci się dziś podobało moje kazanie?”.

– „Stryjciu, bardzo ładne do 15 minut, bo potem już nie wiedziałam, co Stryjek mówił” –szczerze wyznałam.

– „Dlaczego?”- spytał ciekawie.

– „Bo Stryjek mówił bardzo długo, prawie 3 kwadranse”.

– „Naprawdę?” – Nie wiedziałem”.

Ale ja wiedziałam. Ten nasz drogi kapłan: teolog, filozof, moralista, mając tak rozległą wiedzę i osobiste doświadczenie, chciał jak najwięcej Bożej nauki przekazać wiernym. Żyjąc zaś w zjednoczeniu z Chrystusem, pełen gorliwości i miłości wywierał wielki wpływ na tych, którzy go słuchali lub żyli w bliskiej z nim relacji.

Nasz ks. Stryj prowadził życie bardzo umartwione, ascetyczne i uregulowane według ustalonego harmonogramu:

Godz. 5.00      – wstawanie /bez względu na pory roku, zdrowie i inne poważne powody/, odmawianie brewiarza

7.00     – msza św. w kościele

8.00     – śniadanie

9.00 – 13.00     – praca

13.00   – obiad, rekreacja

14.00 – 15.00  – rekreacja, odpoczynek przy słuchaniu czytanej

książki, czasem rozgrywanie partii szachów ze mną

15.00 – 18.00  – praca

18.00   – kolacja /gdy nie było mszy św. w kościele/

19.00 – 20.00  – modlitwa

20.00   – osobiste sprawy

21.00   – spoczynek / często później nie z własnej winy, kierując się miłością bliźniego/

Będąc niewyspanym, zmęczonym, cierpiącym z jakiegoś powodu, nigdy o tym nie mówił, nie uzewnętrzniał. Zawsze pogodny, zrównoważony, pełen pokoju. Mogło to komuś wydawać się, że ks. Jan taki już się urodził, że ma nieco flegmatyczny charakter. Nic z tego! Już od wczesnych lat zdradzał wysoką inteligencję, doskonałą pamięć, dziwną powagę przy równoczesnym żywym, cholerycznym usposobieniu. Przejawiał skłonność do gniewu i przewodnictwo nad drugimi.      Chętnie i pobożnie się modlił. Nieustanna, solidna praca nad sobą przy równoczesnej współpracy z łaską Bożą, wydała piękne owoce w duszy ks. Jana.

W codziennym, szarym dniu praktykował ducha umartwienia i ascezy. I tak odnośnie wyżywienia. Posilał się tylko 3 razy dziennie, spożywając zawsze tę samą ilość. Np. na śniadanie – 1 szklanka kawy czy herbaty. Na obiad pół talerza zupy bez względu na smak. Na drugie danie, to co było i bez dobierania większej ilości. Jeżeli był deser – spożywał. Kolacja wojenna – 2 kromki chleba, napój. Poza trzema posiłkami nigdy nic nie brał do ust. Nieraz prosiłam, aby skosztował np. upieczone, świeże ciastko, czy zjadł owoc, wtedy mówił: „Daj to na obiad, czy kolację, to wówczas chętnie zjem”. Przy jedzeniu nigdy nie krytykował tego, co się podało do jedzenia. Równocześnie doskonale znał się na sporządzaniu potraw, na racjonalnym żywieniu, na wyrobie win, serów, etc.

Nie palił papierosów, nie używał alkoholu. A jednak… w niektórych wypadkach jak: w dniu imienin, gdy byli goście, jubileuszu, na obiedzie weselnym Marychny, na obiedzie świątecznym, gdy był obecny.

Stryjek częstował kieliszeczkiem wina i sam troszeczkę wypijał. Rozumiałam to dobrze – robił to dla przyjemności gościa.

Według mego rozumienia takie postępowanie można nazwać prawdziwym człowieczeństwem, wolnym i otwartym, a nie skostniałym.

————————————————————————————————

Z ubrania miał tylko 2 sutanny: codzienna, mocno zużyta i świąteczna, płaszcz letni i palto zimowe, 1 sweter, kilka zmian bielizny, 1 szlafrok – i to wszystko. Rzadko kupował coś z osobistych rzeczy, jedynie w razie konieczności. Nie lubił tak zwanego „dziadostwa”. Jak w osobistych rzeczach, tak i w całym mieszkaniu utrzymywał wielki porządek i od nas tego wymagał. Bogate kilimy na ścianach, perskie dywany na podłogach, bogate zasłony na oknach, stołowe serwisy z porcelany ćmielowskiej, śliczny komplet do czarnej kawy i piękna saska waza – unikat z czasów napoleońskich – to wszystko były prezenty od przyjaciół na jubileusz 25-lecia kapłaństwa lub dary imieninowe.

Od momentu aresztowania i rozstrzelania w Charkowie w roku 1940 ks. Fabiana Szczerbickiego, proboszczem katedry został ks. Stryj. Wierni żyjąc w ciężkich warunkach materialnych, ofiarnie składali grosz na potrzeby kościoła. W zależności od pobytu okupanta były to: „czerwieńce”, ruble, marki, a nawet złote 5-cio rublówki carskie z racji ślubu, chrztu. Za udzielanie Sakramentów świętych, Stryj nie wyznaczał sumy pieniężnej. Gdy parafianie pytali, ile kosztuje np. msza św. odpowiadał: -„Ofiara Pana Jezusa nie ma ceny. Jeżeli możecie i chcecie, to dajcie na utrzymanie kościoła”. I wyjaśniał nam: „Jedni nic nie dali, a drudzy podwójnie za siebie i za drugich, co nic nie dali”.

Gdy na święta „tacka” była bogata, Stryjek tak ją „rozchodował”: podwójną pensję otrzymali: organista p. Bronisław Terlecki, p. Adam Surma – kościelny, mający liczną rodzinę, pomagał staruszkom samotnym, Żydom w getcie, młodzieży w partyzantce, dzieciom i młodzieży uczącej się z biednych rodzin.

Na nasze skromne utrzymanie brał tylko ze swoich odprawionych intencji mszalnych. Zasadą Stryja było: mamy żyć nie jak bogaci lub nędzarze, ale jak biedni. Gdyśmy pojąć nie mogły takiej zasady, wyjaśnił: „Biedny jest ten człowiek, który ma wystarczająco na dzienne przeżycie i na potrzeby związane z jego stanem”.

[1] Adolf Tanquerey, Zarys teologji ascetycznej i mistycznej, t. 1-2, przeł. z oryg. fr. Piotr Mańkowski, Kraków 1928.

Kapłan otwarty na ludzi

Ks. Jan Wasilewski (1885–1948) jako proboszcz parafii katedralnej w Pińsku i profesor tamtejszego Seminarium Duchownego. Fot. z 1939 r. w zbiorach fotograficznych Archiwum Diecezjalnego w Drohiczynie, polskipetersburg.pl

Ks. Jan wobec każdego człowieka, bez względu na wiek, pochodzenie, stanowisko socjalne, był uprzejmy, serdeczny, gościnny, darzył szacunkiem i sercem. Często przychodzili do niego parafianie ze swoimi bolesnymi sprawami, załamani, pogrążeni w beznadziejności. Także księża, siostry zakonne szukali u Niego rady, pomocy. A Stryj zawsze opanowany, spokojny, pełen wiary w Opatrzność Bożą pocieszał, uspokajał, wlewał nadzieję na nadejście lepszych dni. Równocześnie trzeba zaznaczyć, że będąc z natury bardzo wrażliwy i czuły na ludzkie cierpienia, jak głęboko musiał przeżywać w swym sercu w zetknięciu z różnorodną ludzką tragedią. Czasem mimowolnie zdradzał się wyrazem twarzy, wzruszeniem do łez, ale od razu tłumaczył się:

– „No cóż, jestem już stary, więc i więcej wrażliwy”. A przecież liczył tylko 50 kilka lat.

W codziennym życiu, powiedzmy rodzinnym, był bardzo prosty, nieraz jak dziecko, taki szczery, bratersko-ojcowski, ludzki. Posiadał dar gawędziarski i wykorzystywał go do zabawiania „towarzystwa”. W jego obecności nikt się nie nudził. A mając szeroki wachlarz wiedzy i bogactwo przeżyć z dodatkiem dowcipu, mógł słuchających zainteresować i rozszerzyć ich horyzont myślowy.

Gdy po zamążpójściu Marychny byłam już sama ze Stryjkiem, dla relaksu nauczył mnie grać w szachy. Nieraz w godzinie wypoczynku rozgrywaliśmy partię. Oczywiście zawsze wygrywał nauczyciel. Zdarzało się, że nieraz przegrał. Dałam Stryjowi „mata”. Cieszyłam się, ale wiedziałam, że sam chciał przegrać, abym ja się radowała.

Stryj odznaczał się wielką kulturą bycia. Jego mowa była spokojna, wyraźna, słownictwo piękne, literackie. Nigdy nie używał słów prostackich, dwuznacznych, nieodpowiednich żartów. Jego postawa, chód, całe postępowanie nacechowane było godnością kapłańską, co innych skłaniało do okazywania szacunku, a również i do miłości. Radość Stryj okazywał pogodną twarzą, uśmiechem piwnych oczu, ale nigdy głośnym śmiechem. U niego panowanie nad sobą obejmowało ducha i ciało.

Nasz drogi Opiekun po ojcowsku miłował młode małżeństwo swej bratanicy. Głęboko na sercu leżały mu sprawy związane z ich początkowym życiem w rzeczywistości straszliwej wojny. W rodzinnym majątku Henryka, w Płoskiniach, 60 km od Pińska, szwagier z ramienia Niemców był administratorem. Latem, gdy oboje z żoną przebywali w zniszczonym i ograbionym dworze, a raczej w czworakach, białoruska banda z kosami i widłami w rękach wpadła wykrzykując: – „Gdzie Skirmuntt i jewo żena? Na pohybiel im! W ostatniej chwili, uprzedzeni przez życzliwą służącą, oboje „schowali się” osobno obok domu, w miejscach całkowicie widocznych. Modląc się gorąco do Sł.[ugi] B.[ożego] Bpa Zygmunta Łozińskiego o ratunek, dobrze widzieli jak banda po przeszukaniu dworu i zabudowań gospodarczych odeszła z „obietnicą” – „My jeszczo pryjdziom” . Tego samego dnia Henrykostwo wróciło do Pińska. Stryjek bardzo to przeżył i wspólnie zastanawiali się, co dalej robić.

Ponownie w roku 1943, Niemcy zatrudnili Henryka w majątku Skirmunttów, Porzecze, blisko Pińska. W pałacu stacjonował oddział wojska niemieckiego. Marychna z mężem i maleńką półroczną córeczką Basią, zajmowali czworaki między pałacem a dużą stodołą, pełną w tym czasie nowego zboża. Jednej nocy partyzanci podpalili stodołę. Straszliwy ogień, niesamowite trzaski, gęste strzały karabinowe zerwały małżonków na nogi. Nie wiedząc, co to wszystko znaczy, wpadli w przerażenie. Marychna zarzuciła na siebie tylko płaszcz i wziąwszy na ręce swój skarb, zaspaną Basieńkę, nie wiedziała co robić. Szwagier w bieliźnie nerwowo biegał po pokoju. Będąc wówczas u nich na wakacjach, szybko się ubrałam i wybiegłam do Niemców. Zapytałam, czy Skirmunci mogą u nich się schronić. Pozwolili. Za moment wszyscy czworo znaleźliśmy się pod „skrzydłami wroga”. Za dnia okazało się, że nie był to napad, ale mogło skończyć się tragicznie – być spalonymi żywcem.

Henryk zdecydowanie zrzekł się administratorstwa u Niemców. Za radą Stryja i jego pomocy konkretnej, rozstawszy się z ukochanym Opiekunem, z jego błogosławieństwem, wyjechali do Warszawy latem 1944 roku.

Widząc codziennie ks. Stryjka pełnego pokoju, pogodnego, zrównoważonego, odnosiło się wrażenie, że na świecie panuje spokojne życie, dobro i miłość, podczas gdy poza drzwiami Chrystusowego Sługi szalało okrucieństwo i piekielna nienawiść człowieka do człowieka, naród do narodu.

Tymczasem nas obie z siostrą, Pan Bóg w niewypowiedzianej Swej dobroci umieścił „w rajskim przybytku” Swego wiernego Sługi. „Zapamiętajcie moje brataniczki, że nigdy już w życiu nie będziecie miały tak dobrze, jak u Stryjcia” – powiedział nam kiedyś. I to była prawda! – Żyłyśmy u dobrego Stryja, jak „U Pana Boga za piecem”: beztrosko, radośnie, w idealnych warunkach, kochane i kochające.

Ks. Stryjek należał do „Ruchu Kapłańskiego”[1] (nie jestem pewna, czy taka była prawdziwa nazwa). Być może, że jeszcze należał do Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego.

Prowadził systematycznie codzienny rachunek sumienia. Na klęczniku w pokoju leżała kartka, na której zaznaczał „tajemniczymi znakami” kontrolę z pracy nad sobą.

Na zakończenie starego roku 31 XII odprawiał dzień skupienia. Raz zapytałam, dlaczego właśnie na „Sylwestra” odprawia rekolekcje. Wytłumaczył mi tak: – „Bo widzisz muszę zrobić w ostatni dzień roku dokładny remanent w swojej duszy, by dobrze rozliczyć się z Panem Bogiem”.

Nieraz mówiłam mu: – „Stryjcio jest święty”. A on na to: -„Święty jest tylko Pan Bóg. Ja jestem tylko Jego sługą”.

Kiedy indziej powiedziałam: – „Stryjek pójdzie prosto do Nieba”. A on na to: – „Jestem tylko grzesznikiem, ale ufam Miłosierdziu Bożemu, że mnie przyjmie do Królestwa Niebieskiego”.

1942 r.

Jestem świadkiem wielkiej miłości ks. Jana do każdego człowieka.

Podczas przebywania Żydów w getcie miałam polecenie od Stryja, wydawać porcje żywności dla małego Żydka, który codziennie dzwonił delikatnie do drzwi. Gdy je otworzyłam, wsuwał tylko chudą rączkę i prosił żałosnym głosikiem: – „Dajcie szto niebuć”[2]. I szybko zmykał.

Ukrył też innego małego chłopca żydowskiego w piwnicy sąsiedniego zrujnowanego budynku i tam zanosiłam mu posiłek.

Taka pomoc Żydom była przez Niemców zabroniona i w wypadku jej wykrycia, groziła śmiercią Stryja i moją. W dzień po Wielkanocy okupanci zamknęli getto i biedne dzieci zniknęły nam z oczu. A późną jesienią tego roku Niemcy bestialsko, krwawo zlikwidowali to getto.

Podczas minimalnej swobody wychodzenia na miasto, przychodziła do Stryja młoda, inteligentna Żydówka, którą On przygotował do chrztu św. i do innych Sakramentów św. Mądra i piękna profesor gimnazjum pragnęła jako odrodzone dziecko Boże i wierząca w Jezusa Chrystusa, wejść do Królestwa Bożego.

1943 r. – lato

Gdy byliśmy już na ul. Nadrzecznej, często zjawiał się młody żołnierz polski. Wychodząc od Stryja zawsze coś wynosił pod pachą.

Brudną bieliznę prała praczka, a ja wydawałam Stryjowi czystą bieliznę w soboty. Gdy spostrzegłam, że gdzieś zginęły nowo uszyte koszule, a zostały tylko stare, scerowane, zaraz zwróciłam się do osoby podejrzanej:

– „Stryjciu, nie ma nowych koszul, nie ma co dać na zmianę. Pewno ukradła praczka”.

– „A widziałaś, że kradła?” – „Nie” – odpowiedziałam.

– „To jak możesz ją posądzać?”.

– „No tak! To pewno Stryjek oddał temu żołnierzowi? . A nie można było dać starych?”.

– „A cóż by to był za dobry czyn, gdyby zaraz przy pracy fizycznej, taka koszula spadła mu z pleców?”.

– „Czy Stryjcio wie, że on pije i oddaje za wódkę?” – informuję.

– „Widzisz dziecko, moją rzeczą jest dać temu, kto prosi, a co on z tym zrobi, to jego rzecz”. Taki był nasz Stryj!.

——

Podczas pobytu Niemców, przez Pińsk często przechodziły na Wschód oddziały wojsk hitlerowskich. Wśród żołnierzy znajdowali się nieraz kapłani. Bywało, że do katedry przychodził rano ksiądz na celebrację Eucharystii. Stryj przyprowadzał go na śniadanie. Trzeba było widzieć i słyszeć z jaką miłością, z jakim wyrozumieniem z nim rozmawiał…

1943 r., Boże Narodzenie

Przed świętami przybył do Pińska oddział wojska węgierskiego. Na wigilię i na same święta Stryjek zaprosił kapelana, młodego o. benedyktyna z jego przyjacielem, lekarzem.

Niezapomniana to była wigilia!… Przy prawdziwej choince, pachnącej świerkowym lasem, lśniącej od świeczek, ozdobionej pierniczkami, w ciekawym składzie osobowym, ale zjednoczonym prawdziwą Bożą miłością – dzieliliśmy się polskim opłatkiem. Składaliśmy wzajemnie szczere, gorące życzenia w języku łacińskim: dwóch kapłanów – Polak i Węgier, lekarz – żołnierz, dwie młode panienki – to była rodzina wojenna. Pod koniec wieczerzy popłynęły rzewne kolędy polskie i węgierskie na zmianę.

„Pastorok, pastorok erwendezwe,

Zietnok, Jeżuszok Betlejembe”.                   (tylko tyle zapamiętałam)

W czasie wieczerzy, o. Benedyktyn szczerze nam powiedział:

– „Polacy nie mają przyjaciół wśród innych narodów. Tylko my Węgrzy was kochamy. Historia nas już łączyła i dobrze by było, gdyby i dziś doszło do zawarcia unii”.

Przy pożegnaniu o. benedyktyn dziękował Stryjowi słowami:

„Choć przez krótki moment będąc na froncie wojennym, poczuliśmy się jak we własnym kraju, w swojej rodzinie. Na chwilę zapomnieliśmy o ciężkiej rzeczywistości. Za tę ciepłą, rodzinną atmosferę, tak bardzo serdeczną z całego serca dziękujemy i będziemy długo pamiętać. Bóg zapłać!”.

Miesiące letnie i jesienne… ogromne trudności z dostaniem żywności. Sklepy pozamykane, rynek nieczynny. Szczególnie brakowało tłuszczu i czegoś do chleba. Wszystkie  zapasy domowe wyczerpały się do reszty. Ktoś przyniósł kilka butelek łoju i na nim gotowałam obiady, smażyłam i podawałam do stołu. Stryjek znosił te trudności pogodnie, bez słowa skargi. A przecież łój krzepnął już w drodze do ust i trzeba było porządnie się namęczyć, zanim dostał się do żołądka.

Któregoś wieczoru wróciwszy z nabożeństwa różańcowego, przyniósł z kościoła litrowy słoik świeżego masła. Uradowana, że będę miała co podać Stryjowi do chleba, przemyłam masło, złożyłam do słoika, przykryłam wilgotną ściereczką, na wierzch nasypałam soli i dla bezpieczeństwa schowałam w kredensie. Coś za godzinę zjawiła się staruszka, chuda, wymizerowana, skóra i kości. Zaraz przyleciała myśl do głowy: -”O Boże! Masło w niebezpieczeństwie!”.

Za chwilę wszedł Stryj do kuchni i prosi:

– „Jadzieńko, daj mi to masło”. – „Jakie masło? – Nie ma!”.

– „Jak to nie ma, przecież ci przed chwilą dałem”.

– „Nie dam! A co Stryjek będzie jadł?”.

– „Pomyśl, czy nam czego dotąd brakowało. Wszystko żeśmy mieli. Pan Bóg dba o swego sługę. A ta babcia od wybuchu wojny je tylko chleb suchy z kartoflami. Pan Jezus powiedział –„Dajcie, a będzie wam dane. Chociaż wolałbym, by mi na tym świecie nie oddawał”.

I gdy nic mi do rozumu nie przemawiało, a dalej trwałam w swoim uporze – Stryjcio, ten zawsze łagodny Stryjcio – głosem podniesionym i stanowczym zażądał:

– „Proszę w tej chwili przynieść!”. Bez słowa przyniosłam i dałam, ale byłam zagniewana.

Na drugi dzień po powrocie znów z kościoła, mój dobry Stryjek podał mi sporą paczkę z uśmiechem i wyjaśnieniem:

– „Przyszedł do zakrystii pewien wieśniak i mówi: -„Proboszczu, w nocy zabiłem świnię i pomyślałem, że może ksiądz nie ma co jeść, więc przywiozłem trochę wyrobów”.

– „Widzisz Jadzieńko, że Dobry Bóg już mi oddał na tej ziemi za tę odrobinę masła”.

To była dla mnie lekcja miłości bliźniego, wiary w Opatrzność Bożą, która nauczyła mnie na całe życie dzielenia się ostatkiem z potrzebującymi wsparcia braćmi.

1944 r.

Dzień sobotni, godz. 20.00. Stryjek brał kąpiel w łazience. Ostra zima na dworze. Chodziły po mieście słuchy o napadach różnych band. Nagle rozległ się ostry dzwonek u drzwi. Otworzyłam i okropnie się wystraszyłam. Przede mną stał mężczyzna w kożuchu, z wielką czapą na kudłatej głowie.

– „Boże, to bandyta! Napad na Stryja!” – przeraziłam się, lęk o Stryja. A ten przybyły pochwalił Pana Boga i zapytał: – „Czy jest proboszcz?. Przyjechałem po księdza do mojej ciężko chorej żony”.

– „A daleko pan mieszka?” – zapytałam.

– „Za Pińskiem, na wsi. Do godziny drogi saniami”.

I znów opanowała mnie podejrzana myśl: -„On może tak mówi, a w drodze napadnie banda i zabiją”. Właśnie wyszedł z kąpieli Stryjek w szlafroku, cały rozgrzany. Gdy usłyszał od nieznajomego po co przyjechał, powiedział: – „Dobrze. Proszę zaczekać” i poszedł do swego pokoju, a ja za Nim z błaganiem: – „Stryjciu, proszę nie jechać, straszny mróz, a Stryj bardzo rozgrzany, zachoruje…, a może to jaki zamach bandycki…”

A nieustraszony Boży Kapłan na te moje wywody:

– „Jestem kapłanem i proboszczem. Moim obowiązkiem jest iść do chorego, gdy go wzywają”.

Ubrany w palto zimowe, wyszedł z domu i za chwilę znikł w ciemnościach nocy. Przez przeszło dwie godziny klęcząc przed figurą Matki Bożej, błagałam Maryję o ocalenie ukochanego Stryja. Około północy wrócił szczęśliwie od umierającej kobiety.

Powyższy przykład z życia prawdziwego kapłana nie potrzebuje komentarza.

——-

W przeciągu jedenastu lat życia ze Stryjem, nigdy nie słyszałam, aby z Jego ust wyszły słowa jakiej krytyki, obmowy, posądzenia itp. Gdy w Jego obecności ktoś to czynił , zwykł wówczas mówić:

– „Pan Jezus powiedział: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, lub łacińskie: -„Non mirari, non admirari, sed intelligere”. W wypadku, gdy dana osoba dowodziła, że się nie myli, bo ten ktoś naprawdę źle postąpił, zło uczynił… I na to Stryj miał odpowiedź gotową: -„A może ten ktoś miał dobrą intencję, może nie rozumiał”, na wszelki sposób starał się wytłumaczyć. A gdy już nic nie pomagało, wówczas kończył „dyskusję” słowami rosyjskimi: – „Nie wsiem Boch razreszył raditsia martyszkoj”[3].

Naukę, którą Stryj przekazywał innym, opierał na trwałym fundamencie nauczania Pana Jezusa, zawartego na kartach Ewangelii.

Nie starałam się przytaczać tych świętych Słów Naszego Zbawiciela w opisywanych wspomnieniach, gdyż byłoby ich zbyt wiele.

——

Kilka wypowiedzi o naszym ks. Stryju słyszane przez mnie:

sercanki i ss. misjonarki w Pińsku nieraz do nas mówiły:

– „Panienki mają świętego Stryja”.

Stryja kilku kolegów:

– „Po ks. Bp. Zygmuncie Łozińskim, drugim kandydatem do wyniesienia na ołtarze, jest bez wątpienia ks. Jan Wasilewski”.

Pewien ksiądz z Kapituły pińskiej powiedział: – „Ks. J. Wasilewskiemu nic nie można zarzucić, ma tylko jedno dziwactwo – leczy się ziołami”. Cudowny zarzut!!!

[1] Ks. J. Wasilewski był członkiem stowarzyszenia Pomoc Bratnia Duchowieństwa Rzymskokatolickiego Diecezji Pińskiej. Zostało ono powołane do życia w połowie lat 30-tych. Jego celem była pomoc duchownym w trudnym położeniu materialnym. Ks. J. Wasilewski pełnił funkcję członka Komisji Rewizyjnej Pomocy Bratniej; por. M. Hałaburda, Duchowieństwo diecezji pińskiej…, s. 419–422.

[2] Dajcie szto niebuć (ros.) –

[3] Nie wsiem Boch razreszył raditsia martyszkoj – Не всем Бог разрешил родиться мартышкой (przysłowie rosyjskie), tłum. Nie każdemu Bóg pozwolił urodzić się małpą.

Fragmenty wspomnień s. Bożenny (Jadwigi Wasilewskiej)

Źródło: Książka „Wspomnienia i zapiski kronikarskie” Siostry Bożenny od Niepokalanego Serca Maryi CSCIJ, wydawnictwo Cum Laude w Bielsko-Białej, 2023 r.

 

Udostępnij na: