Z historii rodów Trebuchowskich i Dzierżyńskich

Komu leżą na sercu losy naszej Ojczyzny oraz kto nie jest obojętny na swój własny rodowód i tożsamość: korzystajcie z okazji, dopóki jest u kogo zapytać, dopóki żywi są świadkowie minionych wydarzeń. Przecież bez przeszłości nie ma przyszłości!

Rodzina Trebuchowskich ok. 1911 r.

Rodzina Trebuchowskich ok. 1911 r.

Taki już jest mój los, że nie miałem szczęścia pamiętać swoich dziadków. Dziadkowie po linii matki – Dzierżyńskcy, zmarli podczas wojny na tyfus w 1942 roku na swojej ojcowiźnie w miejscowości Kacewicze w rejonie Tołoczyńskim. A dziadek po linii ojca – Zygmunt Trebuchowski, pochodzący z Żytomierza, zginął bez śladu podczas rewolucji październikowej w 1917 roku. I jedni, i drudzy byli Polakami.

Ojciec mój od 6 roku życia został sierotą. Być może właśnie ciekawość, kim oraz jacy byli moi dziadkowie, sprawiła, że przez całe swoje świadome życie żmudnie zbieram historię moich przodków. Zawsze żywo interesowała mnie także historia naszych ziem, historia Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz historia Polski. Niewątpliwie te moje zainteresowania zawdzięczam patriotycznej postawie mojej matki Sabiny, która opowiadając o religii, o polskiej historii, kulturze, tradycjach i obyczajach, zaszczepiła swoim dzieciom miłość do naszej dalekiej, niestety, Ojczyzny.

W minionych latach podczas każdej okazji kupowałem w sklepach „Drużba” polskie książki o różnorodnej tematyce, przez przeszło 20 lat prenumerowałem magazyn „Polska”, a także inne polskie gazety i czasopisma. Na szczęście, wówczas było to już możliwe. W miejscowości Kartały na pograniczu Uralu i Kazachstanu, gdzie wówczas mieszkałem, stanowiłem pod tym względem wyjątek. Gdy nadeszły nowe czasy i można było o swoich krewnych otrzymywać (odpłatnie) informacje archiwalne – zbierałem je jak okruchy we wszystkich archiwach, poczynając od Białorusi i Ukrainy, przez Rosję aż do Turkmenii… Poniżej kilka wydarzeń z historii mojego rodu, które proponuję Państwa uwadze:

Wybawicielka Janka

Mój dziadek Zygmunt Trebuchowski był oficerem carskiej armii. Rodzina żyła w dostatku, lecz po wybuchu październikowej rewolucji w 1917 roku dziadek zaginął bez śladu. Ratując się przed terrorem i gwałtem moja babcia z dziećmi (moim ojcem Romanem i jego siostrą Haliną), rzuciwszy wszystko, uciekła do pewnej głuchej miejscowości na terenie Zachodniej Syberii, do swojej rodzonej siostry, zamężnej za Kazimierzem Kozłowskim. Mieli trzy córki – Dankę, Leokadię i Jankę. Niestety, nie wiem jak i dlaczego rodzina Kozłowskich znalazła się na Syberii Zachodniej, ale zapytać już nie ma u kogo.

W 1918 roku w miejscowości tej szalała banda atamana Mamontowa. Ponieważ Kozłowscy żyli dość zamożnie, było tylko kwestią czasu, kiedy przyjdą i do nich. Stało się to – nie przyszli, lecz wdarli się do domu. W ręku jeden z bandziorów trzymał odciętą głowę miejscowego popa.Watażka bandy rozkazał wszystkim domownikom pośpieszyć się, by zebrać cenniejsze rzeczy, przy okazji mówiąc: „Szykujcie się – z wami to samo będzie!” Usiadł na taborecie pośrodku pokoju.

Obok – nic nie rozumiejąc – kręciła się kilkuletnia Janka. Nagle, niespodziewanie dla wszystkich… wlazła na kolana do watażki i patrząc jemu w oczy mówi: „Dziadzia, dziadzia – zobacz, jakiego ja mam wiercipiętę”, targając przy tym watażkę za brodę. Rodzice Janki i moja matka ze strachu zamarły bez ruchu. Ale stał się cud! Twarz dzikiego człowieka, sadysty i zbója, na oczach wszystkich zaczęła się zmieniać: złagodniała i zjawiło się na niej coś podobnego do uśmiechu. Zaczął bawić się z Janką. Zaczęli się uśmiechać również inni bandyci, patrząc jak Janka targa ich herszta za brodę…

Później zabrali wszystkie cenniejsze rzeczy, lecz wszystkich pozostawili przy życiu. Nic nie rozumiejące dziecko, samo z tego nie zdając sprawy, uratowało wszystkich (w tym mojego ojca) przed niechybną śmiercią. Po wojnie domowej w Rosji Kozłowscy wyjechali do Polski. Janka, gdy dorosła, wyszła za mąż, obecnie mieszka w Warszawie.

Brat za brata

Mój ród pochodzi z Żytomierza, gdzie w sposób zwarty mieszkało największe skupisko Polaków na Ukrainie Wschodniej. W latach 30-ch ubiegłego wieku rozpoczynają się na terenie ZSRR masowe represje. Dwaj rodzeni bracia Trebuchowscy – Józef i Leon zostawiają swoją ojcowiznę i wyjeżdżają do pracy do miejscowości Niżnij Tagił. W roku 1937, kiedy stalinowskie czystki sięgają apogeum, zapada również wyrok na Józefa, lecz NKWD pomyłkowo przychodzi nie po Józefa – a po Leona. Cóż miał zrobić – wydać brata? Leon tego błędu przed NKWD nie zdradził i zamiast Józefa poszedł do GUŁAGU.

O losie Leona już w czasach chruszczowowskich dowiedziała się jego żona – zmarł w wieku 42 lat w łagrach kołymskich obok Oceanu Lodowatego, miejsca pochówku jednak nie sposób było ustalić. Oprócz zaświadczenia o śmierci męża dostała również dokument o jego uniewinnieniu i rehabilitacji – takie same dokumenty otrzymały także żony braci rodzonych mojej mamy Sabiny – Franciszka i Bronisława. Natomiast Józef, który życie zawdzięcza swojemu bratu Leonowi, jakimś cudem wydostał się do Polski i mieszka w Bytomiu. Jedyny raz odwiedził swoją ojcowiznę w Żytomierzu w latach 70-ch ubiegłego stulecia.

Śnieżna zaspa

Ta historyjka jest nieco bardziej wesoła, a wydarzyła się na samym początku XX wieku w miejscowości Kacewicze na Witebszczyźnie, gdzie od dziada-pradziada rodzili się, mieszkali i umierali moi przodkowie po linii mamy Sabiny – Dzierżyńscy. Dziadek Józef Dzierżyński miał w swojej posiadłości 21 dziesięcin ziemi ornej oraz 2 dziesięciny lasu.

 

Siostry Trebuchowskie: Leokadia, Danka i Janka

Siostry Trebuchowskie: Leokadia, Danka i Janka

Pewnego zimowego poranka po nader mocnej śnieżycy (w środku zimy) wyszedł obejrzeć swoje posiadłości i nagle zauważył niedaleko w polu olbrzymią, bardzo nietypową, śnieżną zaspę. W jednym miejscu wystawał z niej jakiś przedmiot. Dziadek niezwłocznie udał się tam i zobaczył… wystającą spod śniegu ogłoblę. Odgarnął nieco śnieg, pod nim ukazała się głowa konia. Natychmiast pobiegł do domu zwoływać pomoc. Jakież zdziwienie ogarnęło wszystkich, kiedy spod śniegu wydobyto najpierw konia, następnie sanie, a w saniach – mocno śpiących zawiniętych w baranie kożuchy ludzi!

Z wielkim trudem obudzono ich i przyprowadzono do domu. Sprawa okazała się dosyć prosta. Najpierw podróżnych w drodze zaskoczyła mocna śnieżyca, później nastąpił zmierzch, stracili drogę i orientację, a następnie i siły. Zdali się na wolę losu, ufając w zmysły konia. Lecz i temu wkrótce zabrakło sił i motywacji by kontynuować podróż. Okazało się, że ci podróżni – to nasi dalecy krewni, w domu więc z okazji tego wybawienia rozpoczęła się prawdziwa uczta. Trochę podobny wypadek, po mniej więcej 70 latach, przeżyłem również ja, kiedy wierny koń uratował mi życie.

Podsumowując te moje powyższe opowiadania, pragnę zwrócić się z apelem do wszystkich, komu leżą na sercu losy naszej Ojczyzny oraz kto nie jest obojętny na swój własny rodowód i tożsamość, a szczególnie dotyczy to ludzi młodych – korzystajcie z okazji, dopóki jest u kogo zapytać, dopóki żywi są świadkowie minionych wydarzeń. Przecież bez przeszłości nie ma przyszłości!

Aleksander Trebuchowski, Brześć

Udostępnij na:
Tagi:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany