Stanisław Widuchowski i jego wspomnienia

29 stycznia b.r. po przeżyciu 88 lat zmarł w Dąbrowie Górniczej Stanisław Widuchowski, prawdziwy dżentelmen, mój dobry przyjaciel i najlepszy konsultant historyczny. Choć sam nie pisał artykułów, do ostatniego dnia żywo się interesował historią i zawsze szedł mi z pomocą  dzieląc się bezcennymi poradami. Był prawdziwą kopalnią wiedzy, bo wszystko, o czym mówił, przeżył sam i doskonale pamiętał. To dzięki niemu pojawiły się na łamach „Ech Polesia” artykuły o modzie w Baranowiczach w okresie międzywojennym oraz o zbrodni na polskich policjantach w Hawinowiczach we wrześniu 1939 roku.

Był wyjątkowym człowiekiem. Nie chciał odejść bezpowrotnie, nawet po śmierci chciał jeszcze oddać przysługę żyjącym. Poświęcił się więc nauce, oddając do dyspozycji swoje ciało Akademii Medycznej w Katowicach. 

Stanisław Widuchowski

Na ganku domu w Hawinowiczach, 1936 r.

Stanisław Widuchowski urodził się w 1929 roku w Hawinowiczach (dziś to wieś Pogdornaja w rejonie baranowickim) i spędził pierwsze lata życia w tej pięknej kresowej wsi na Nowogródczyźnie. Rodzice, Karol Widuchowski i Zofia z Topczewskich, posiadali duży majątek ziemski. Przyszłość miała być bezchmurna, gdyby nie wybuch wojny. Aresztowany przez bolszewików zginął bez wieści ojciec „pomieszczik”. Pan Stanisław wraz z matką, starszym bratem oraz dawnym rządcą majątku Tadeuszem Piątkiewiczem musieli się ukrywać pod zmienionym nazwiskiem w okolicach Słonimia i rozpoczynać życie od nowa. W okresie okupacji niemieckiej Widuchowscy mieszkali w Słonimiu. W 1941 roku władze okupacyjne pozwoliły Zofii Widuchowskiej objąć zarząd nad Hawinowiczami. Rodzina na krótko wróciła do rozrabowanego przez bolszewików dworu, jednak już w następnym roku musiała się stąd wynosić w obawie przed partyzantami. W 1942 roku partyzanci sowieccy spalili dwór. Jak wspominał pan Stanisław, spłonęło wówczas kilkadziesiąt budynków, pozostały tylko domy fornali oraz murowana cerkiew prawosławna. Widuchowscy powrócili do Słonimia, zaś w roku 1944 wraz z wycofującymi się wojskami niemieckimi wyjechali na Zachód. Zostali wywiezieni przez Niemców na roboty przymusowe, dopiero w 1945 roku wyzwoliły ich wojska angielskie.

Dwór w Hawinowiczach przed wojną

Będąc już w podeszłym wieku, Stanisław Widuchowski napisał bardzo ciekawe wspomnienia, które do tej pory czekają na swego wydawcę. Szczegółowo opisał cztery dramatyczne okresy życia Polaków z Kresów: utracony raj, okupacja sowiecka i niemiecka oraz powrót do Polski na tzw. Ziemie Odzyskane. Poruszył tematy, o których musiał milczeć przez większą część życia. Pan Stanisław gorąco pragnął odwiedzić swój kraj lat dziecinnych, skąd został wygnany przez wojnę, bardzo chciał zobaczyć swoje rodzinne strony. Niestety, nie zdążył ze względu na wiek i stan zdrowia.

 

Wieś Podgornaja (dawne Hawinowicze) obecnie

Niżej przytaczam kilka fragmentów jego wspomnień o przedwojennych Hawinowiczach, dodając kilka współczesnych zdjęć, by pokazać to piękne miejsce położone wśród lasów. Być może, ktoś z Czytelników, czytając te fragmenty, przypomni z nostalgią o swej utraconej małej ojczyźnie, o rodzicach, o swym ukochanym domu oraz o uprawianej przez dziadów i pradziadów ziemi.

 

Ryby

Tatuś miał wielorakie zainteresowania. Jeśli czegoś nie lubił, to nie robił. Ale jeżeli już coś robił – robił to doskonale. Oprócz stolarki i pszczelarstwa, Tatuś zajmował się hodowlą karpi. Do tego celu służyły stawy. Stawy rybne zajmowały dużą przestrzeń i to w trzech oddalonych od siebie miejscach. Pierwsza grupa stawów leżała w dolinie obok granicy z państwem Oskierków. Środkiem doliny płynął strumyk. Dolina była poprzegradzana groblami, i w ten sposób kaskadowo, nad strumieniem powstało sześć stawów. Między piątym i szóstym była szeroka grobla, po której można by nawet jeździć. Stanowiła on połączenie między majątkami naszym i państwa Oskierków. Nie służyła jednak do przejazdów, a tylko jako przejście dla pieszych i swoich. Za stawem była ścieżka, którą można było dojść do kuźni. Tuż przed groblą, po jej lewej stronie była bania i też ścieżka do kuźni. Bania, to drewniany budynek o grubych ścianach. Wewnątrz był duży kocioł opalany drewnem, do podgrzewania wody i duża wanna. Tam co sobotę odbywała się kąpiel. Od domu do bani dochodziło się ścieżką, wzdłuż starego sadu. Za rogiem, a przed banią w lewo, dalej wzdłuż płotu, biegła ścieżka do grobli szóstego stawu, przez którą było najbliżej do kuźni. Piąty i szósty staw, to były „zimochowy”. Do nich wpuszczało się karpie na zimę. Były to stawy głębokie. Latem puste i rosła w nich rzadko koszona trawa, a to dla tego, żeby ryby miały w zimie naturalne żerowiska i więcej powietrza. W obu zimochowach zimą wyrąbywało się przeręble, – kwadratowe otwory w lodzie. Mniej więcej metr na metr, po to żeby ryby miały dostęp powietrza i żeby się nie podusiły.

Drugi zespół stawów był za drogą do Dobrego Boru i za stodołami. Zasilane były tym samym strumieniem. Strumyk po opuszczeniu ostatniego zimochowu, przepływał koło kuźni, przecinał drogę i po około dwustu metrach zasilał drugi zespół stawów. Były tam dwa stawy płytkie, przeznaczone tylko do tarła. Napełnianie wodą tylko na okres tarła. Poza tym stały puste i rosła w nich specjalnie pielęgnowana trawa, potrzebna na czas tarła. Na niej to matka – ikrzyca, składała ikrę. Oprócz tego, były jeszcze trzy albo cztery stawy, na letni wychów karpia. Napełniało się je wodą wczesną wiosną, a na jesieni, po odłowach, zostawiało się te stawy puste. W nich trawa i wodna roślinność rosła jak chciała.

Kilometr dalej był największy staw. Ręcznie kopany już za mojej pamięci. Powierzchnia tego stawu wynosiła 22 hektary. Pamiętam jak go kopano. Z trzech stron usypano groblę. W najgłębszym miejscu, przy mnichu, głębokość wynosiła około 4-ch metrów. Kiedyś była to chyba podmokła łąka, bo pamiętam, że z miejsca gdzie kopano, ziemię wywożono taczkami. Na ziemi były ułożone deski i robotnik pchał taczki po deskach, pod górę i wysypywał ziemię na groblę. Ludzie pracowali w gumowych butach i ziemię wybierali wprost z błota. Staw nie był jednolicie głęboki. Były pozostawione kępy, jakby wysepki z krzakami, te Tatuś kazał zostawić żeby się wodne ptactwo lęgło.

Nieopodal przepływała rzeka Łochozwa – dopływ Szczary, (a ta z kolei jest dopływem Niemna). Kawałek dalej na Łochozwie była śluza. Stamtąd, przed śluzą wykopano kanał doprowadzający wodę do naszego stawu. Odpływ ze stawu poprowadzono chyba prosto do Szczary, nie pamiętam.

Mnich, to było urządzenie zatrzymujące i odprowadzające wodę w stawie. Jest to rura o przekroju kwadratowym, zbita z desek i przechodzi pod całą szerokością grobli, w jej najniższym położeniu. Na wylocie musi jeszcze kawał wystawać, żeby wypływająca woda nie rozmywała grobli. Z przodu, od strony stawu, do tej rury dobudowano koryto pionowe, mające trzy ścianki – dwie boczne i tylną. Otwarte od strony stawu, oraz daszek. Z przodu koryta, pionowo, po obu stronach znajdują się listwy, o które opiera się „zastawki” – deski przycięte na szerokość mnicha. Podczas napełniania stawu wodą, trzeba te zastawki ustawiać, jedna na drugą – kiedy woda przelewa się przez poprzednią. Woda sama te zastawki przytrzymuje tak mocno, że przy spuszczaniu wody ze stawu, trzeba użyć dużej siły aby zastawkę wyjąć. Takie urządzenie musi mieć każdy staw. Bywa i tak, że po napełnieniu stawu na najwyższą zastawkę trzeba wstawić kratę, żeby ryby nie uciekały ponad zastawką.

Dwa razy do roku było „święto odławiania ryb”, (to było moje święto.). Na wiosnę, kiedy ryby przenosiło się do stawów letnich i na jesieni, kiedy Tatuś odstawiał ryby do miasta a „wymiarowe” i „kroczki” przenosił do zimochowów. „Wymiarowe” to były takie średnie, przeznaczone do chowu. „Kroczki” to narybek roczny, wybitnie hodowlany.

Tarło ryb odbywało się w specjalnych dwóch stawach, o których już wspomniałem. Płytkie, bo głębokość wody wynosiła (jeśli dobrze pamiętam) 50 może 60 centymetrów. Na wiosnę wpuszczało się tam samicę tzw. ikrzycę i dwa samce – mleczaki. Woda płytka, czysta widać było jak pływają: pierwsza samica, po bokach troszkę w tyle – samce. „Chodzą” wzdłuż w szerz i w poprzek – stawów. Dwa – trzy dni. Potem Tatuś je wyławiał i wpuszczał do zwykłego stawu, między inne karpie. Z dna każdego stawu wyrywał po kilka źdźbeł trawy z osiadłą na nich ikrą, i z wodą z tegoż stawu. Z każdego stawu w osobnym słoju. Przynosił w słojach do domu i stawiał na oknie. Obserwował jak z ikry złożonej na źdźbłach trawy wylęgają się malutkie rybki. Po trzech mniej więcej dniach, szliśmy z Tatusiem i płaskim talerzem pod pachą nad stawy, tam Tatuś kładł talerz na dnie przed mnichem, wyjmował zastawki i obserwowaliśmy jak malutkie, zaledwie centymetrowej długości karpie, przezroczyste i tylko im widać było czarne oczy, spływają z prądem wodnym do sąsiedniego stawu, gdzie już o własnych siłach będą dorastać, aż uzyskają na jesieni wielkość „kroczków”. Zostaną odłowione, posegregowane i przeniesione do zimochowów, skąd na wiosnę powędrują do zwykłych stawów, i tak w kółko, aż dojrzeją do wielkości nadającej się na pańskie stoły wigilijne.

Choć do stawów wpuszczane były tylko karpie, przy odłowach zawsze znajdowało się w sieci inne ryby, albo tzw. chwast rybi – płotki, kiełbie, ukleje itp. białą rybę, albo też szkodniki – szczupaki, okonie. Karpie były przez Tatusia strzeżone i dostawali je tylko wybrańcy za wybitne zasługi przy odławianiu ryb. Pozostały „chłam” brał kto chciał. Byleby tylko odpowiadała wielkość. Małe sztuki Tatuś zawsze kazał wypuszczać do rzeki.

Odławianie ryb odbywało się w ten sposób, że najpierw spuszczało się wodę ze stawów przez wyjmowanie z mnicha zastawek. Zdejmowało się po jednej. Dwóch na raz nie dałoby się wyjąć, bo był mocny napór wody, a po drugie, woda mogłaby zniszczyć spust. Kiedy woda opadła do takiego poziomu, że znajdowała się już tylko w najgłębszych miejscach stawu i było aż gęsto od ryb, Tatuś rozdawał ludziom gumowe buty, sięgające pachwin i sufaty – rozpoczynało się właściwe odławianie.

Do odławiania ryb służyły właśnie sufaty. Wyglądały one jak duża litera „X”, z tym, że górne końce były krótkie połączone poprzeczką, która stanowiła uchwyt. Dolne, pod skrzyżowaniem miały drugą poprzeczkę, usztywniającą i też była ona dolnym uchwytem. Długie końce były u dołu połączone napiętą linką. W tym trójkącie była rozpięta, lekko zwisająca w środku siatka. Sufaty były większe i mniejsze. Używane w zależności od zbiornika gdzie się łowiło. Sufaty robił Tatuś, w miarę potrzeb, a sieci do nich wiązała przede wszystkim Mamusia, a często też i Tatuś, czasem ciotki. Złowione ryby wrzucało się do pływających dziurawych skrzyń z uchwytami, które potem wynosiło się na groblę, gdzie czekały wozy z beczkami napełnionymi wodą. Beczki też były specjalne. Drewniane, wykonane jak wszystkie inne, tyle tylko, że dna zamknięte na stałe a duże owalne otwory wycięte z boku. Beczki leżały po dwie na wozie. Otworami do góry. W dnie miały otwór „zabity” szpuntem do spuszczania wody. Wozy z pustymi beczkami podjeżdżały na groblę, w pobliże mnicha. Napełniało się je wodą ze strumienia na dopływie, musiała być czysta. Złowione ryby wpuszczało się do beczek i wozy jechały z rybami – kroczkami, do jednego zimochowu, z młodzieżą do drugiego, a przeznaczonymi do sprzedaży – do Słonima. To na jesieni, a na wiosnę, odwrotnie. Z zimochowów były rozwożone do różnych stawów.

 

Dożynki

Rok rocznie na zakończenie żniw Tatuś urządzał dożynki. Było to przyjęcie dla wszystkich ludzi pracujących przy żniwach i nie tylko. Przy suto zastawionych stołach. Specjalnie na ten cel, za każdym razem robiono nowe prymitywne stoły i ławy. Wokół na słupach i na rozciągniętych między nimi drutach, były rozwieszane kolorowe lampiony, ze świeczkami wewnątrz. Specjalność cioci Wandy. Przygotowywała je przez całe wakacje. Nie przeszkadzało jej to w robieniu diabła, czy innych psikusów. Przygotowania trwały dłuższy czas, ponieważ przyjęcie było przewidziane dla kilkudziesięciu, albo i więcej osób. Pracowali przy tym wszyscy, łącznie z niepracującymi żonami fornali i ich dorastającymi dziećmi. Tradycyjnie były zimne przekąski, potem coś na gorąco, najczęściej bigos i wszelakie napoje, od wódki poczynając, poprzez lemoniadę do kompotu włącznie. Do tej uroczystości przygrywała wiejska kapela. Harmonia, skrzypce, trąbka, basetla i coś tam jeszcze i koniecznie bęben, co się teraz perkusją nazywa. Ale jej nie dorównywał. Na tę okazję Tatuś kupował dużo ogni sztucznych, różnego kształtu i autoramentu. Zaczynało się to wczesnym popołudniem i trwało do bardzo późnej nocy. Ludzie zbierali się dużo wcześniej. Nikt nie chciał być ostatni. Ale kapelę Tatuś kazał przywozić jak zaczął zapadać zmrok. A to ze względu na sztuczne ognie. Były tzw. wulkany – race w kształcie stożka, ustawiało się to na ziemi wzdłuż drogi i kiedy orkiestra wjeżdżała na dziedziniec, grała marsza. Wyznaczeni chłopcy zapalali wulkany. Robiło się kolorowo i jasno. Oświetlony lampionami cały teren na którym odbywały się dożynki. W tym czasie Tatuś, Tadzik, pan Tadeusz i ja byliśmy na balkonie i każdy z nas miał przydział rac, czyli sztucznych ogni i każdy we właściwym czasie na znak Tatusia je podpalał. Wcześniej inni, pod komendą cioci Wandy zapalali lampiony. Kiedyś Tatusiowi raca nie poleciała do góry, tylko spadła na ziemię między zgromadzonych i latała po ziemi, kręciła się między ludźmi jak opętany wąż. Ile to było wrzasku i krzyku, a ile radości. Nic się nikomu nie stało i wszystko dobrze się skończyło. Mamusia ze służbą robiła ostatnie przygotowania do przyjęcia. A Tatuś z balkonu gromkim głosem obwieszczał, że zaprasza wszystkich do stołu. Schodziliśmy na dwór, gdzie czekała nas Mamusia i tu rozpoczynała się ceremonia wręczenia Tatusiowi i Mamusi bochenka chleba upieczonego z nowego ziarna i wieńca dożynkowego. Po tej ceremonii wszyscy zasiadali do stołu i rozpoczynała się uczta. Orkiestra cały czas przygrywała, z krótkimi przerwami na posiłki. Butelki z wódką i innymi napojami były rozstawione na stołach i co rusz uzupełniane, tak żeby nikomu niczego nie zabrakło. Służące z pomocnicami na ten czas zatrudnionymi cały czas w kuchni dorabiały kanapki i donosiły je. Niczego nie mogło zabraknąć. Towarzystwo sobie podjadło, popiło i ruszyło w tany. Zabawa nieraz trwała do białego rana. Na stołach cały czas było coś do jedzenia i picia. Tak że na zakończenie każdy zabierał ile mógł do domu. Zdarzało się, że ktoś zasnął sobie gdzieś w kąciku. Nigdy nie zdarzyła się żadna pijacka burda czy awantura. Nigdy nie trzeba było interweniować, czy kogoś godzić. A przecież to byli prości ludzie, wiejscy. Zdarzały się bijatyki na wiejskich zabawach, ale nigdy u nas na dożynkach. To była zawsze piękna uroczystość i długo wspominana w okolicy.

Choć na wiejskich zabawach różnie to bywało. Zdarzało się, że nawet w nocy przybiegali do Tatusia po ratunek. Trzeba było szybko dostarczyć delikwenta do szpitala w Słonimiu. Zdarzały się różne przypadki. Nie tylko na zabawie. Dawniej obowiązywał tzw. szarwark. Były to obowiązkowe prace na rzecz gminy, czy powiatu. Nie wiem, ale wiem, że Tatuś też wysyłał ludzi z końmi i wozami na szarwark. Na wsi, czy w majątku, każdy właściciel musiał odpracować i to się nazywało szarwark. Były to najróżniejsze prace. Wiem, że chłopi jeździli na szarwark furmankami. Tatuś też wysyłał konne wozy z woźnicami. Między innymi przy naprawie szosy. Wożenie kamieni, albo tłuczenie kamieni przy szosie. To był częsty widok jak jechaliśmy do Słonimia. Na skraju szosy leżała zwieziona pryzma kamieni. Zwyczajnych polnych kamieni. U szczytu pryzmy siedział sobie człowiek z ciężkim młotem i tłukł te kamienie na drobny tzw. „tłuczeń” i całkiem drobne odpryski zwane „szutrem”. Tłuczeń sypał na drugą pryzmę, za plecami. I tak to wyglądało: pryzma kamieni polnych – człowiek tłukący kamienie – i znowu pryzma, tłucznia. Kiedy tak sobie jechaliśmy do Słonimia, a ja, niestety miewałem problemy w szkole, – to Tatuś mawiał:

– Ucz się synku, ucz. Albo będziesz tłukł kamienie na starość, jak ten człowiek.

Miodobranie

W sadzie była pasieka. Liczyła 160 uli, czyli ,,pni”, tak się to w pszczelarskiej gwarze nazywa. Tatuś sam te ule budował i sam ,,chodził koło pszczół”. Nikt mu w tym nie pomagał. Dopiero po wyjęciu ramek z ula i przyniesieniu ich z miodem do domu, tam gdzie stała wirówka, podówczas zwana ,,centryfugą do miodu”. Nie mylić z ,,centryfugą” bez dodatków, to była nazwa zastrzeżona dla wirówki odciągającej śmietanę od mleka.

Przy przygotowywaniu ramek do odwirowania miodu można było już Ojcu pomagać. Ramki pełne miodu, były zasklepiane przez pszczoły, aby miód nie wypływał. To zasklepienie należało ściąć, bardzo ostrym nożem i bardzo cieniutką warstwę. To robił wyłącznie Tatuś, czasem dostępowała tego zaszczytu Mamusia, ale już nikt inny. ,,Zrzynki” dostawało się do wysysania. To było bardzo smaczne. W tym czasie były już młode ogórki. Wydrążało się środek ogórka i wypełniało miodem – pycha!

Cały cykl pozyskiwania miodu, jak by to teraz nazwano, odbywał się w ciemnym holu. Drzwi na oścież otwarte, pełnia lata, więc w holu nie było znowu tak bardzo ciemno. Właśnie kręciłem się z ogórkiem wypełnionym miodem po holu, między rozstawionymi naczyniami z miodem. Było tego dużo. Lato miododajne. Urodzaj. Na podłodze, między innymi, stoi duża miednica częściowo napełniona miodem. Tatuś wraca ze skrzynką ramek wyjętych z ula. Mamusia wchodzi do holu ze stołowego. Wokół Tatusia aż roi się od pszczół. Tatusia nie gryzły. Mama mówi do mnie:

– Stasiu! Cofnij się, bo cię pogryzą. – Cofam się, zaczepiłem piętą o miednicę i usiadłem w niej. Niebyła zbyt pełna i miodu tylko trochę się wylało. Mama w rozpaczy, co to będzie? Tyle miodu się zmarnowało! A Tatuś na to:

– Nie martw się Zosiu! Przecież to i tak, Icek zabiera, a wiesz co on z tym miodem robi! – O co chodziło, że Icek ten miód zabiera? Nigdy się nie dowiedziałem. Problem tkwił gdzie indziej. Trzeba mnie było wyjąć z miednicy tak żeby nie zapaćkać całego holu. Tatuś kazał przynieść balię, przełożył mnie do niej. Wynieśli mnie w balii na dwór i dopiero tam mnie rozebrali i umyli. Pszczoły się ulitowały i nikogo z nas nie ugryzły.

 

Naczleżniki  (Młodzież wiejska prowadząca konie na nocny wypas)

Męska młodzież ze wsi, wyprowadzała konie na nocny wypas na bezpańskie łąki, nie gardząc też naszymi łąkami. Dopóki większych szkód nie robili, to nikt im w tym nie przeszkadzał. Chodzi o to, że młodzi chłopcy, zbierali chyba wszystkie albo prawie wszystkie konie ze wsi i wieczorem, prowadzili cały tabun, drogą koło naszego majątku. Konie szły luzem, kawalerka z przodu i z tyłu prowadziła te konie jadąc na oklep na swoich i przy tym śpiewali. Śpiewali, trzeba im przyznać, ładnie i z przyjemnością się tego śpiewu słuchało. Jak tylko dosiadali koni, zaraz zaczynali śpiewać i z daleka było słychać że „naczleżniki jeduć”.

Tatuś myślał, myślał i wymyślił! Tego lata, akurat obrodziły dynie. Były naprawdę okazałe. Nie wiem ile mogła ważyć jedna, ale my z bratem nie mogliśmy takiej udźwignąć. Dyni się u nas nie jadało. Tatuś wybierał tylko pestki, a resztę się wyrzucało. Tatuś ściął górę dużej dyni, wydłubał pestki, powycinał otwory: oczy, nos i zęby, wstawił do środka świecę. Uwiązał to na mocnym, ale cienkim sznurku, zaniósł wieczorem na cmentarz, powiesił na gałęzi i czekał. Kiedy usłyszał nadjeżdżających „naczleżników”, zapalił wewnątrz dyni świecę. Poruszył ją tak, żeby się obracała raz w jedną, raz w drugą stronę. Cmentarz od wsi oddzielała górka, tak że dopiero jak się ją minęło, widziało się cmentarz. Na to Tatuś czekał. Chłopcy jadą, śpiewają. Kiedy minęli górkę, ci z przodu przestali śpiewać. Zatrzymali się i coś do siebie półgłosem mówią. Przyjechali i ci co jechali z tyłu, zaintrygowani, dlaczego tabun się zatrzymał. Już nie śpiewają, ale jeszcze głośni. I oni też ucichli. Zobaczyli ducha! Tatuś leży między grobami i nie wie o czym oni mówią. Nie słychać. Noc ciemna, ale sylwetki choć z trudem, można wypatrzyć. Tatuś najpierw usłyszał ciche kroki, a potem zobaczył na tle nieba zbliżające się sylwetki. Było ich kilku, może kilkunastu? Powoli się zbliżają, im bliżej tym grupka odważnych maleje. Ale są już bardzo blisko. Między drzewami sylwetek nie widać, ale wyraźnie słychać że są już tuż, tuż. Tatuś się wystraszył, bo co będzie jak oni złapią ducha w nocy? Zerwał się i w nogi! Potrącił dynię, ta z hałasem spadła na ziemię. Świeczka zgasła, a towarzystwo w nogi! Każdy w swoją stronę. Tatuś sobie, a oni sobie. Uciekali z krzykiem i wrzaskiem. Ostatecznie ducha na cmentarzu nie często się widuje. Konie też się wystraszyły i tej nocy narobiły szkody na naszym polu. Chłopi dopiero rano te konie połapali i przyszli do Ojca prosić o zrozumienie, bo przecież konie też się ducha przestraszyły. To wszystko przez to, że w nocy na cmentarzu straszy. Tatuś to zrozumiał i do nikogo pretensji tym razem nie miał. Tylko przez cały dzień pilnował, żeby nikt koło cmentarza się nie kręcił, bo przed tym musiał uprzątnąć rozbitą dynię i świeczkę. Długo ludzie, nie tylko w Hawinowiczach, opowiadali legendy o pokutujących duszach. O tym, jak na starym cmentarzu o północy pokazują się duchy.

Opracował Dymitr Zagacki

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany