MOJE KRESOWE SZCZENIĘCE LATA

Drodzy Czytelnicy, dziś w rubryce „Lektura dla Ciebie” pragniemy zaprezentować Państwu fragmenty wspomnień Pana Bohdana Nielubowicza o swoim przedwojennym dzieciństwie w Brześciu n/Bugiem. Opisując wydarzenia sprzed 80 lat, autor przenosi nas , ludzi zupełnie innej epoki i innego pokolenia, do lat 20-30 XX wieku, , donosząc do nas obrazki, barwy, smaki, rytmy, powietrze tych drogich naszemu sercu lat. To są lata dzieciństwa naszych ojców i dziadków. Widzimy tamten świat oczami dziecka z kolonii Narutowicza. Spacerujemy razem z Nim ulicami przedwojennego Brześcia, Brześcia wolnego , spokojnego, pełnego radości i nadziei, sprzed defilad sowiecko-niemieckich, sprzed wojen. Wybieramy się do kina 3 maja na film „Tarzan wśród małp”, wpadamy do sklepika spożywczego pani Afanasjew po krówki i landrynki, dowiadujemy się, jak się ubierali, w co bawili się, jakie pisemka dziecięce prenumerowali… Z uśmiechem czytamy o dużym czarnym dobermanie miejscowego proboszcza ( pózniej biskupa) Kazimierza Bukraby, którego unikał mały Bohdan. Szczególnie interesujące są strony, opowiadające nam o ostatnich właścicielach Skoków – o rodzinie Ursyn Niemcewiczów, potomkach naszego wybitnego ziomka Juliana. Czy o koleżance brata z Gimnazjum Traugutta Krystynie Krahelskiej… Zachęcamy Drogich Czytelników do spisywania wspomnień z lat dzieciństwa z dwudziestolecia międzywojennego: żaden film ani podręcznik nie przekaże tak ducha czasu ani atmosfery tych lat jak relacje uczestnika.

Moje wspomnienia sięgają pierwszej połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku i wiążą się nierozerwalnie z dawnymi kresami Rzeczypospolitej.

Ojciec mój Bronisław był architektem i inżynierem budownictwa i zajmował stanowisko w służbie państwowej w Brześciu n/Bugiem jako radca budowlany w starostwie brzeskim.

Z tego tytułu zamieszkał na wybudowanym z początkiem lat dwudziestych osiedlu urzędniczym, popularnie zwanym kolonią urzędniczą, a oficjalnie: „Osiedlem im. Gabriela Narutowicza”.

Nasz dom przy ul. Narutowicza 4, oraz domy czterorodzinne przy tej samej ulicy. (Zdjęcie z początku lat dwudziestych, bo brak jest posadzonych później drzew.)

Nasz dom przy ul. Narutowicza 4, oraz domy czterorodzinne
przy tej samej ulicy. (Zdjęcie z początku lat dwudziestych, bo
brak jest posadzonych później drzew.)

Składało się ono z ponad dwudziestu wolnostojących domów, przeważnie dwu – i czterorodzinnych.

Projektowali je czołowi architekci ówczesnej Polski. W zamierzeniach rządowych osiedle miało akcentować polskość, jak i państwowość polską na Wschodnich Rubieżach II Rzeczypospolitej. Na tych samych zasadach powstały w Brześciu jeszcze dwa osiedla: jedno urzędnicze i drugie dla oficerów miejscowego garnizonu. Analogiczne kolonie dla urzędników państwowych i wojska wzniesiono w kilkunastu innych miejscowościach na kresach wschodnich.

Budynki mieszkalne naszej kolonii nawiązywały do architektury szlacheckiej a w szczególności do tradycji dworu polskiego. Dlatego nasz dom, jako dwu lokalowy, przypominał murowany dworek z dwoma podcieniami w narożach i łamanym, cztero spadowym dachem w stylu polskim. Nasze mieszkanie na parterze, o powierzchni około 90 m², składało się z trzech dużych pokoi, przedpokoju, kuchni, ubikacji i pomieszczenia, które można nazwać, dzisiejszą łazienką(…). Każdy z domów na osiedlu był oznaczony efektownym godłem, zaprojektowanym przez artystę plastyka. Nasz dworek miał godło, przedstawiające kotwicę.

Kolonia sąsiadowała bezpośrednio z reprezentacyjną Ulicą Unii Lubelskiej a nasz dom (przy ulicy Narutowicza 4) był oddzielony od niej i pobliskiego kościoła katolickiego Św. Krzyża, rozległą łąką. Dzierżawiła ją moja matka, pasła się tam nasza krowa. Zabawny to był widok, gdy Unią Lubelską przechodziły parady wojskowe, naturalnie z nieodłącznymi orkiestrami wojskowymi – a nasza Krasula – zszokowana niesłychanym dla niej hałasem, cwałowa po łące z zadartym ogonem. Ale powracając do orkiestr niecodzienne wrażenie robiły na mnie wielkie trąby, sterczące z za pleców maszerujących muzykantów. Zwykle tłum chłopców wyprzedzał i otaczał dziarsko kroczącą orkiestrę; zaciekle ujadały psy podniecone hałasem. W uroczystych procesjach z okazji świąt kościelnych paradowały, zarówno orkiestry wojskowe jak i strażackie.

Duże wrażenie robiły również przeciągające Unią Lubelską pogrzeby miejscowych notabli. Zawsze nastrój był pełen dostojeństwa i powagi. Zwykle niesiono przed karawanem wieńce. Kondukt posuwał się powoli w rytm marszu żałobnego Szopena.

Na przeciwległej posesji, na rogu ulicy Narutowicza i Unii Lubelskiej, wznosił się nowo wybudowany dostojny i piękny gmach Banku Polskiego. Jego narożna kopuła dominowała w tej części miasta.

Tuż obok kościoła kończyła bieg druga ważna arteria Brześcia – Ulica 3 Maja, była prostopadła do Unii Lubelskiej, a drugi jej koniec sięgał daleko – poza szlaban torów kolejowych i cmentarz katolicki na Przedmieściu Kijowskim.

Nasza kolonia urzędnicza była najbliższej położona względem wielkiego kompleksu twierdzy brzeskiej. Na południe, aż do ujścia Muchawca do Bugu, rozciągały się pola i nieużytki. Jedynie w rejonie południowego odcinka Unii Lubelskiej, niedaleko już Muchawca, zbudowano drugie osiedle urzędnicze, zwane „Tartakiem” oraz położone w pobliżu niego osiedle oficerskie.

Po prawej stronie domu, pomiędzy ulicą a podwórzem, był ogród kwiatowy, odgrodzony od podwórza niskim płotkiem z furtką. Ogród był domeną ojca, który jako wielki miłośnik róż, sprowadzał je ze znanych, przedwojennych zakładów ogrodniczych; głównie z poznańskiego. Doskonale pamiętam zdarzenie, którego byłem sprawcą – dotyczyło właśnie – ostatnio posadzonych w ogrodzie róż. Otóż pewnego letniego dnia, ojciec opowiadał przy stole, jak należy przycinać róże i następnie usuwać nadmiar pąków – tak aby – pozostałe zakwitły jak najokazalej. Właśnie ostatnio posadzone krzewy reprezentowały nowe gatunki i ojciec z niecierpliwością kolekcjonera oczekiwał ich kwitnienia. Ja jako mały brzdąc, nie bardzo widocznie rozumiejący wywody ojca, poszedłem do ogrodu i pourywałem wszystkie pąki nowych róż, a następnie w dobrej wierze przyniosłem je w obu dłoniach do domu. Ojciec wręcz zdębiał na widok tej oczywistej katastrofy. Jednak po śledztwie, nie ukarano mnie. Bardzo zawiedziona mina taty oduczyła mnie podejmowania tego rodzaju dziecięcych usług.

W okolicach Brześcia, a ściślej 40 km na północ, niedaleko południowego obrzeża Puszczy Białowieskiej, znajdowały się rodzinne majątki Nielubowiczów: Leniewicze i Klukowicze. Klasycystyczny, przestronny, murowany, piętrowy dwór, niekiedy nazywany pałacem, w Leniewiczach spłonął podczas pierwszej wojny światowej a w folwarku Klukowicze zachował się niewielki dwór z zabudowaniami gospodarczymi.

Było to dziedzictwo po mojej babce Sabinie Jahołkowskiej. Ojciec jako współwłaściciel i pełnomocnik rodziny zarządzał nim. W okresie mojego dzieciństwa posiadłości te puszczane były w dzierżawy. Niemniej były stałe kłopoty z dzierżawcami, co zmuszało ojca do częstych wyjazdów.

W Brześciu rodzice posiadali klacz Karuchę oraz dwukołową bryczkę, zwaną popularnie dwukółką. Miała swe miejsce postoju na podwórzu za domem. Pojazd po wyprzęgnięciu konia wyglądał zabawnie – jego kosz opierał się o ziemię a oba dyszle sterczały wysoko w niebo. Bryczką ojciec jeździł od czasu do czasu do Klukowicz lub do pobliskiego Kamieńca Litewskiego.

Dwa fragmenty jednego z takich wyjazdów utkwiły w mej pamięci. Przypominam sobie doskonale przeprawę promem przez rozlewiska wodne rzeki Leśnej Lewej, stanowiącej granicę południową i wschodnią naszych majątków. Na promie stała nasza, złoto-brązowa dwukółka a po obu stronach promu siedziały białoruskie kobiety w kolorowych chustach na głowie. Prom płynął majestatycznie przez głęboką wodę rozlewisk, pokrytą liśćmi i kwiatami nenufarów i żółtych kaczeńców. Drugi zapamiętany, jakby obraz, dotyczy już samych Klukowicz: W parku przed dworem bawiłem się małymi kotkami. Miałem do zabawy plecioną tacę z prostopadłymi brzegami. Z jednej strony tacki, było nieduże wycięcie. Kładłem tackę na trawie dnem do góry – tak aby – tworzyła domek i przez otwór wpychałem do środka małe kocięta. Potem obserwowałem – jak wychodzą kolejno z tego zaimprowizowanego pomieszczenia.

Nasz dom w Brześciu miał doprowadzony jedynie prąd elektryczny. Wodę czerpało się ze studni kopanej, zaopatrzonej w ręczną pompę żeliwną. Kanalizacji nie było również. Przy domu, od strony podwórza był, wybetonowany dół kloaczny, opróżniany co pewien czas. Zajeżdżał wówczas beczkowóz i ludzie z czerpakami, na długich drągach, wybierali nieczystości i wlewali do beczki. Pomieszczenie łazienkowe było bardzo prymitywne, stała tam wanna z blachy cynkowej i umywalka z miednicą i dzbankiem. Ciepłą wodę do mycia i kąpieli trzeba było grzać na płycie kuchennej. Pokoje i kuchnia były ogrzewane piecami kaflowymi, opalanymi drzewem.

Przed sezonem zimowym kupowano kilkanaście songów drewna opałowego, które najęci ludzie piłowali dwuręczną piłą na odcinki, mieszczące się w palenisku pieca, a następnie rąbali siekierą na szczapy i układali w drewutni przy stajni. Dużo trzeba było przygotować tego opału, gdyż zimy wtedy na wschodnich rubieżach kraju były długie i niekiedy bardzo ciężkie a śnieg leżał zwykle od grudnia do końca kwietnia. Dla mnie przygotowywanie opału na okres zimowy było atrakcyjnym wydarzeniem i zwykle asystowałem przy tych pracach.

Naprzeciw gmachu Banku Polskiego, wśród drzew, stał stary dworek z ganeczkiem. Mieścił się tu sklepik spożywczy pani Afanasjew. Gdy tylko zdobyłem 5-cio groszówkę, a był to miedziak – znacznie większy od dzisiejszego – gnałem do pani Afanasjew. Przy otwieraniu drzwi do sklepu, odzywał się przywiązany do futryny dzwonek. Zjawiała się zażywna starsza pani. Ja wręczałem jej mojego miedziaka a ona – już nie pytając o nic – sięgała do jednego ze szklanych słoi, wyjmowała jedną krówkę, którą ja oczywiście zaraz pałaszowałem na miejscu. Inne smakołyki, a w tym i popularne wówczas landrynki, nie równały się z tymi krówkami od pani Afanasjew. Były tak samo owinięte jak dzisiejsze, a krówka na papierku była koloru bordowo brunatnego.

Za naszym domem wzdłuż ul. Narutowicza rozciągała się spora strefa niezabudowana. Wówczas były to po prostu nieużytki, z wyjątkiem drogi na nasze podwórko. Był to jednak dziwny teren zalegający odłogiem; na znacznej powierzchni rozpleniły się zwarte chaszcze potężnych ostów o białych pierzastych, zakończonych kolcami liściach. Osty te, zwane popłochem, osiągały wysokość do 1,5 m. To wielkie „ostowisko” było terenem zabaw dzieci z całego osiedla, a szczególnie z najbliższych domów. Wycinało się wąskie przejścia w tym gąszczu twardych liści i kolców i budowało wspaniałe „fortece” i miejsca ukrycia w „zabawie w chowanego”. Ale były i strefy porosłe konopiami. Tu przychodzili nieznani starsi chłopcy i zakładali sidła na ptaki z włosia końskiego. Polowali w ten sposób na zlatujące do konopi piękne kolorowe szczygły.

W okresie bezśnieżnej zimy chodziłem z kilku chłopcami na rozległe rozlewiska wodne nad brzegiem pobliskiego Muchawca. Pamiętam zaskakująco piękne widoki, gdy woda pokrywała się lodem – jakby taflą szklaną – zaś pod nią – zieleniło się cudowne akwarium roślin wodnych. Trochę to zaskakujące, że rodzice nawet nie przypuszczali, że ich dzieci chodzą samotnie na tak ryzykowne wyprawy.

We wspólnych zabawach uczestniczyło dwoje dzieci z naszego domu, czyli z mansardowego mieszkania na piętrze. Było to rodzeństwo: starsza nieco ode mnie Marysia Komocka i jej młodszy brat Bogdan. Marysia była niejednokrotnie inicjatorką zabaw. Przypominam sobie, że kiedyś przy zabawie w piasku wymuszaliśmy, aby nieco safandułowaty Bogdan, próbował jeść wyprodukowane przez nas babki z piasku.

Pozostali towarzysze moich zabaw rekrutowali się z kilku sąsiednich domów z naprzeciwka. Budynki te były większe od naszego, każdy z nich był cztero mieszkalny (po dwa na parterze i dwa na mansardzie). Największa grupka dzieci zamieszkiwała jednak bezpośrednio naprzeciw nas. Były tam dwie znacznie młodsze ode mnie dziewczynki, być może bliźniaczki, nie pamiętam już ich imion – chyba Basia i Krysia Budzińskie. Ale najważniejszymi kumplami byli bracia Przemek i chyba Adaś Zieglerowie. Obaj chłopcy byli w moim wieku. Przemek był chyba nieco starszy od swego brata Adama i wyróżniał się dużą indywidualnością. Bardzo, żywy, impulsywny, przedsiębiorczy i o ambicjach przywódczych. Dwóch albo trzech chłopców pochodziło z dalszych domów naszego niewielkiego osiedla. Obecnie nie są mi znane losy moich towarzyszy zabaw. Jedynym możliwym śladem może być informacja, że niejaki Ziegler Przemysław i Helena znajdowali się na liście imigrantów do Australii po drugie wojnie światowej. SS Castel Bianco wypłynął z Neapolu 5 lipca 1949 r. i dotarł do Sydney 3 września tego samego roku – czyżby to był nasz Przemek z lat mojego dzieciństwa?

Nasze podwórze było jedyne w swoim charakterze, bo miało wiele atrakcyjnych dla dzieci elementów. Tuż za płotem wspaniały teren do zabaw, zabudowanie gospodarcze z różnymi zwierzętami a przede wszystkim idealne miejsce do zabaw w postaci kurnika, który został zamieniony na warowną „twierdzę”. Naturalnie wszystkie te atuty wykorzystywałem w rywalizacji z pozostałymi chłopcami, i to tym bardziej, ze nagle – wyimaginowana w dziecięcej wyobraźni twierdza – stała się w rzeczywistości centralnym punktem obronnym.

Nie przypominam już sobie okoliczności w jakich doszło nagle do wojny naszej gromadki dziecięcej z uczniami prywatnej szkoły powszechnej z pobliskiego osiedla „Tartak” lub domów oficerskich. Uczniowie ci nosili czerwone berety z emblematem szkoły i stąd nazywaliśmy ich „czerwonymi bereciarzami”. Przyczyną nieporozumień było prawdopodobnie przystanie do naszej grupy dwóch nowych i bliżej nam nieznanych chłopców z dalszych domów osiedla. Widocznie dawniej bawili się razem z tamtymi chłopcami a ci uznali ich przejście do nas za zdradę i postanowili się zemścić. Chyba pierwszy atak nastąpił zupełnie niespodzianie. Kilkunastu „bereciarzy” pojawiło się nagle na drodze polnej przed otwartą bramą naszego podwórza. Błyskawicznie sforsowali wejście i dziko wyjąc, jak prawdziwi Apacze, zaczęli rzucać w nas czym popadło, a w tym niestety i kamieniami. Jednak my nie daliśmy się tak łatwo pokonać. Waląc z za kurnika tym co było pod ręką i równie walecznie wyjąc, jakoś udało nam się odparować atak napastnika. Przeciwnicy w tryumfie unieśli jednak zdobyczną kosę, skonstruowaną z długiego drąga z przywiązanym do jego jednego końca ułamanym fragmentem kółka do zabaw jednej z naszych markietanek. Pamiętam jeszcze kilka późniejszych ataków chłopców z sąsiednich kolonii, jednak nigdy więcej nie wdarli się na teren podwórza. Teraz linią walki był płot z desek a wspaniałym miejscem – jakby basztą obronną – była pozycja na skrzyni na śmieci. Tu bezpośrednio widziało się nacierającego wroga i można go było łatwiej trafić kamieniem. Raz nieźle oberwałem w głowę i trochę mnie zaćmiło. Jednak szczęśliwie zakończyło się na bólu i niewielkim guzie. Odgrażanie się starszym bratem było niestety mało skutecznym zabiegiem. Jak szybko następowały ataki – tak również błyskawicznie czerwone berety ustępowali pola.

Nasz kurnik służył również innym celom. Urządzałem w nim koncerty i występy artystów. W jednej z desek była dziura po sęku. Przykleiłem nad nią wycięty z jakiegoś kolorowego magazynu wizerunek współczesnego radia, w kształcie skrzynki i na niej czarny głośnik w postaci stojącej trąby. Towarzystwo lokowało się wewnątrz twierdzy i wybrany spiker lub artysta nachylał się, nad dziurą (od strony zewnętrznej) i realizował program. Chętnie w tych spektaklach jak i występach uczestniczyłyby dziewczynki.

Gdy już mowa o „sztuce” – niezapomniane wrażenia przeżywałem zabierany przez moich rodziców do kina. Mieściło się ono na rogu jednej z przecznic ulicy 3 Maja. Właściwie to najbardziej utkwił mi w pamięci sławny film niemy „Tarzan wśród małp”. Na migotliwym ekranie przedstawiano los porzuconego w Afryce niemowlęcia, notabene, syna lorda angielskiego. Znajduje go w dżungli i wychowuje tam stado małp. Najlepiej zapamiętałem jednak skoki z liany na lianę Tarzana, jako już dorosłego i muskularnie zbudowanego mężczyzny. Obok ekranu stało pianino, na którym w trakcie seansu grała jakaś pani w długiej czarnej sukni.

Do niemiłych wspomnień muszę zaliczyć wizyty u dentystki pani Dobrowolskiej. Tak się tego bałem, że za każdym razem, gdy matka brała mnie do miasta, bacznie obserwowałem, czy aby nie idziemy w kierunku, który mógł zwiastować ponowną wizytę. Jeszcze większy strach niż dentystka, wywoływała straż pożarna swą przeraźliwą syreną alarmową. Powiadamiała ona mieszkańców miasta o wybuchu pożaru. Ryk nocny tej syreny był dla mnie przerażający Wyskakiwałem natychmiast z łóżka i szukałem schronienia w objęciach matki. Tu już nie obchodziły mnie żadne pożary, ani porykiwania syren. Tylko rano byłem zwykle zaskoczony, gdy budziłem się znów na swoim posłaniu.

W kuchni i na podworcu królowała niepodzielnie Hanka Mirończuk, nasza gospodyni, nadzwyczaj oddana naszej rodzinie a moja opiekunka chyba od urodzenia. To ona zajmowała się sprawami kuchni, sprzątaniem i zakupami. Prace cięższe jak: noszenie drzewa, palenie w piecach, opieka nad inwentarzem należała do Janka. Niestety nie utkwiło mi w pamięci jego nazwisko. Był on sierotą wojennym, który po wojnie znalazł się w jakimś domu opieki w Brześciu. Rodzice zaopiekowali się chłopcem. Postury dość charakterystycznej: niski, krępy, o rysach twarzy jakby nieco tatarskich. Początkowo nie było wiadomo, skąd pochodzi, jednak poszukiwania mojego ojca zakończyły się powodzeniem. Był synem zamożnych gospodarzy z osiedla kolonistów polskich na głębokim Polesiu. Rodzice zostali zamordowani podczas rewolucji bolszewickiej a on jedyny ocalał. Gdy opuszczaliśmy Brześć w 1932 roku i ruszał nasz pociąg, na peronie stał nasz Janek, czapkę ściskał w rękach i płakał jak bóbr. Miał załatwione wszystkie formalności powrotu na swą ojcowiznę. Co się z nim potem stało po 1939 roku niewiadomo.

Janek oczywiście opiekował się koniem i powoził bryczką. Pamiętam zabawną sytuację, jaką podpatrzyłem przed stajnią, Janek siedział na naszej klaczy, nawoływaniem i kopaniem w bok, chciał zmusić konia do ruszenia. Ale Karucha uparła się i zupełnie nie reagowała. Gdy Janek nie ustępował, odwróciła łeb i zębami chwyciła go za but i ściągnęła na ziemię.

Przypominam sobie procedurę jaka obowiązywała mnie, jako małego chłopca, gdy o coś prosiłem Hankę. Hanka mówiła do mnie „Niu niu, niu niu poproś ładnie” Był to sygnał, że miałem razem złożyć dłonie i poruszając nimi ładnie poprosić.

Do Hanki przychodził jej brat, żołnierz lokalnej orkiestry wojskowej. Czasami przynosił ze sobą instrument na którym grał, były to talerze orkiestrowe. Zauważyłem, że te talerze nie miały gładkich brzegów W kilku miejscach na obrzeżu były dość głęboko wycięte. Na moje pytanie – brat Hanki wyjaśnił – gdy talerz pęknie, traci dźwięk. Aby temu przeciwdziałać konieczne jest usuniecie strefy uszkodzenia Było to namacalnym dowodem, jak ubogie wówczas było wojsko, że nawet brakowało pieniędzy na kupno nowych instrumentów dla orkiestry.

W pokoju stołowym przy oknie stał fortepian moje matki. Obok na etażerce leżał plik nut i to zarówno utworów poważnych jak i rozrywkowych, Bardzo lubiłem słuchać gry mojej mamy a szczególnie, gdy podniosło się wieko fortepianu, wówczas dźwięki były zdecydowanie pełniejsze i jakby piękniejsze. Nie byłem zmuszany do nauki gry na tym instrumencie. Prawdopodobnie było to rezultatem prób nauki gry na fortepianie mego starszego brata. Nauczycielka sama zrezygnowała, gdy podczas lekcji, za namową brata, Janek właził pod fortepian i szczypał nauczycielkę po nogach.

W mych „szczenięcych latach” otrzymałem kilka harmonijek ustnych, ale próby wygrania najprostszych melodii były bezowocne. Kiedyś na imieniny dostałem prawdziwą harmonię ręczną, wprawdzie małych rozmiarów ale z miechem i odpowiednią klawiaturą. Również na tym instrumencie nie byłem w stanie nic wygrać. Zabawa z tą dziecięcą „harmoszką” polegała na tym, ze zakradałem się do holów domów cztero rodzinnych i po naciśnięciu wszystkich klawiszy pompowałem miechem ile wlezie. Oczywiście piekielny hałas zmuszał do salwowania się szybką ucieczką.

Któregoś lata z wizytą zjechała do Brześcia bratanica mojej matki Zofia Dudzińska z dziećmi z Warszawy. Byli to dwaj chłopcy, chyba w moim wieku. Jakoś nie pasowali do naszej paczki. Odnosili się do nas z rezerwą, wyraźnie zadzierali nosa. Raziły nas nadto ich wykwintne ubranka. Obaj mieli śnieżno białe bluzy marynarskie i takie same spodeńki. Myśmy nosili podobne ale tylko od święta. Aby pognębić nas ostatecznie – brakowało w ich stroju, jedynie białych rękawiczek. Któregoś dnia bawili się na podwórzu, naturalnie w swych marynarskich strojach. I nagle ta niewinna zabawa zamieniła się w kompletną katastrofę. A winowajcą okazał się nasz Janek. Do jego obowiązków należało codzienne zbieranie pojawiających się „tortów”, po naszej Krasuli. Ale Janek – leń – nie pozgarniał szuflą tych placków, a jedynie zasypał je piaskiem. Pech chciał, ze goście do zabawy wybrali właśnie taką „pułapkę”, i wręcz błyskawicznie umorusali się w łajnie. Wygląd obu nieszczęśników był naprawdę wspaniały, nie mówiąc już o zapachu. Przyniesiono dużą balię, ustawiono koło studni i odbyło się szorowanie obu gości, a my wokół balii wykonaliśmy taniec zwycięstwa.

Prawie każdego lata wyjeżdżałem na 3-miesięczne wakacje do Krynicy. Ojciec wpadał do nas tylko na parodniowy urlop.

Na deptaku podpatrzyłem fotografa, który dla zachęty małych klientów urzędował tu z kucykiem. I takiego właśnie kuca wymarzyłem sobie. Zamęczałem rodziców, aby spełnili moje pragnienie. Matka chyba aprobowała ten pomysł. U nas w Brześciu warunki pozwalały na trzymanie tego dodatkowego miniaturowego konika. Ojciec początkowo był niezdecydowany i to budziło moje nadzieje. Jednak ostatecznie kategorycznie odmówił, tłumacząc, że byłoby to nie na miejscu, gdybym ja jako jedyne dziecko na kolonii posiadał własnego wierzchowca. Uznał to za skrajnie nie pedagogiczne.

Wszyscy chłopcy zbierali wówczas znaczki pocztowe. Mój zbiór był nad wyraz skromny i jak sobie przypominam liczył mniej niż sto znaczków. Kiedyś do rodziców przyszedł list od ich przyjaciela kapitana Daru Pomorza Konstantego Maciejewicza aż z Mauritiusa, dalekiej wyspy na Oceanie Indyjskim. Naturalnie wspaniały znaczek z tej egzotycznej wyspy stał się ozdobą mojej jakże skromnej kolekcji. Jakimś cudem utkwiły mi w pamięci moje małe, kolorowe znaczki brazylijskie z wysoką kolumną, z jakimś symbolem na szczycie. Okazało się, że nie tylko chłopcy z kolonii urzędniczej zbierali znaczki. W jednym z dużych budynków w mieszkanku mansardowym mieszkał starszy pan Tyszkiewicz, który kiedyś pokazał mi swój zbiór. Była to dla mnie kolekcja nieosiągalnych marzeń. Zapamiętałem niektóre ze znaczków polskich tej kolekcji, a wśród nich pierwszy znaczek lotniczy polski. Natrafiłem na niego później, w rzeczywistości był to znaczek wydany w Poznaniu przez prywatną organizację lotniczą.

Gdy już mowa o awiacji, to jadąc drogą na północ z Brześcia w kierunki Żabinki, mijało się polowe lotnisko wojskowe, gdzie stacjonowały wielkie płatowce Junkers- Fokkera z poniemieckiego demobilu wojennego.

Często na naszą ulicę zajeżdżały tankietki. Były to małe opancerzone pojazdy gąsiennicowe z obrotową wieżą, wyposażoną w karabin maszynowy. Załogę stanowiło dwóch żołnierzy. Wejście do pojazdu było od tylu. Prawdopodobnie załoga pojazdu składała wizyty swym najdroższym z naszej ulicy.

Ojciec skupywał kolorowe pocztówki, głównie malarstwa polskiego, a również – jeżeli się trafiły i rosyjskiego. Kolekcja ta składała się z kilkuset egzemplarzy. Miałem zawsze swobodny do niej dostęp. Obecnie rozumiem tą mądrą strategię wyrabiania w dziecku dobrego smaku i zamiłowania do sztuki. Podobną rolę spełniły kupowane mi szkicowniki i różnorodne kolorowe kredki. Dostawałem popularne wówczas „zeszyciki do wycinanek” z kolorowymi kartami podlepionymi lejem. Można było wycinać z nich nożyczkami poszczególne elementy kolorowe kompozycji i naklejać na karton lub papier szkicownika. Umożliwiało to rozbudzenie u dziecka zamiłowania do własnej interpretacji plastycznej zasłyszanych bajek i realizacji własnych pomysłów.

Rodzice prenumerowali dla mnie „Małe Pisemko”, a gdy podrosłem i umiałem już sam czytać, „Moje Pisemko”, wydawane przez sławny warszawski dom wydawniczy Marii Arctowej. Były to świetnie redagowane tygodniki dla małych i starszych dzieci, pełne ciekawych opowieści i zdarzeń bieżących. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z pisarstwem Janusza Korczaka. Jego „Król Maciuś Pierwszy” drukowany był w odcinkach. Jednak szczególny mój zachwyt budziła również drukowana w „Moim Pisemku” opowieść o psach z małego miasteczka, nosiła tytuł „Puc, Bursztyn i Goście”, autorem jej był Jan Grabowski. Sądząc z treści musiała to być druga część nieznanych mi „Przygód Reksia”.

Zwykle to ojciec przywoził mi nowe książki z Warszawy. Do najbardziej lubianych i szczęśliwie zachowanych do dzisiaj, zaliczam pisane wierszem i bogato ilustrowane opowiadania: „O Roztrzepanej Wini i Psotnym Józiu” i „Niezwykłą Podróż” E .Wyrobka”. Obie w wydaniu Księgarni św. Wojciecha w Poznaniu.

Rodzice prenumerowali pięknie ilustrowany i wydawany wtedy jeszcze w dużym formacie tygodnik poznański „Tęcza”. W tym to czasopiśmie, który przychodził pocztą co tydzień w postaci zaadresowanego rulonu, końcówka każdego numeru zawierała drukowane w odcinkach powieści. Mama zachwycona jedną z nich, postanowiła czytać mi ją na glos. W ten sposób poznałem „Szarą Wilczycą” Jamesa Olivera Coorwooda. Teraz razem z mamą wyczekiwaliśmy co tydzień dalszych losów zagubionej w śniegach dalekiej Alaski szarej wilczycy i jej szczeniąt. Kiedyś dostałem od ojca mały globusik, tak, że wiedziałem gdzie odbywa się akcja powieści. Ta pierwsza zasłyszana z ust matki powieść amerykańskiego pisarza rozbudziła we mnie zainteresowanie daleką północą i zachodem Ameryki. W wieku późniejszym poznałem prawie całą twórczość J .O. Coorwooda i dostępną całą Jacka Londona.

Zabawki dostawałem z okazji imienin i specjalnych okoliczności, ale nie miałem ich dużo. Prawie zawsze z powrotem ojca z Warszawy oczekiwałem jakiegoś prezentu – i niekiedy intuicja mnie nie zawodziła. Tak więc posiadałem twierdzę wykonaną z dykty i drzewa. Mury miała białe, flanki na wieżach czerwone a bramę pomalowaną na brunatno. Otwory okienne zaznaczone były na czarno. Podstawa była oczywiście zielona, gdyż imitowała wzgórze porosłe trawą. Była to konstrukcja o kształcie półkolistym. Fortecę flankowały dwie wieże a z frontu była otwierana brama z obustronnymi bastionami. Forteca była wystarczającej wielkości, aby nasze kolejne koty chętnie w niej sypiały. Dostałem również kolej drewnianą, składającą się z lokomotywy z tendrem i jednym wagonem osobowym i towarowym. Kolejka była sporych rozmiarów, jednak wraz z twierdzą mieściła się na dużej trójdzielnej szafie w pokoju sypialnym. Zawsze do moich obowiązków należało układanie zabawek we właściwym miejscu po zakończeniu zabawy. Kilkakrotnie dostawałem również kolejki metalowe z zestawami torów. Lokomotywy napędzane były sprężynami, ale nie wiem – czy to pech, czy tandetne wykonawstwo tych kolejek – po kilku dniach zabawy pękały te sprężyny i było już po zabawie. Miałem też czerwone autko ciężarowe drewniane. Bawiłem się nim głównie w ogrodzie. Zabawki te po latach przekazałem chłopcu, adoptowanemu przez moją ciotkę Jasię z Wołożyna. Również doskonale nadawał się do zabaw taboret od fortepianu. Miał trzy wygięte nogi i śrubowo podnoszone okrągłe siedzisko. Kładłem taboret bokiem na podłodze i siadałem na jego części centralnej a rękami kręciłem siedziskiem. W ten sposób można było obracać się w prawo lub lewo. Taboret imitował wówczas samochód. Bardzo lubiłem tą zabawę.

Z zabaw domowych lubiłem grę zręcznościową o nazwie „bierki”. To zestaw kilkudziesięciu (chyba około 40) patyczków drewnianych, zakończonych jakby haczykiem, czyli bosaków, pięciu wioseł i jednego harpuna, z dwustronnym grotem. Gracz obejmował ręką cały zestaw pałeczek i trzymając dłoń opartą o stół szybko otwierał ją i cofał rękę. Bierki powinny się rozsypywać na stole, układając stos wzajemnie stykających się patyczków. Wtedy grający przystępował do kolejnego zdejmowania ze stosu poszczególnych elementów. Ruszenie któregokolwiek z pozostałych patyczków stosu powodowało spalenie zawodnika. Liczyło się tylko poprawnie usunięte pałeczki. Najniżej, po jednym punkcie wycenione były żółte bosaki, czerwone wiosła liczono po 5, a najwyżej wyceniany był czarny harpun. Miał on wartość 20 punktów. Bierki były moją ulubioną zabawą towarzyską. Świetnie ćwiczyły koncentrację, cierpliwość oraz koordynację ruchów. Miałem również grę „Chińczyka” oraz jakąś grę, gdzie było mnóstwo kolorowych celuloidowych krążków, ale nie pamiętam na czym to polegało.

Szczególnie w zimowe wieczory rozstawiałem na stole w pokoju stołowym moich żołnierzy ołowianych. Dostawałem najrozmaitsze rodzaje żołnierzyków, reprezentujących róże armie świata i amerykańskich Indian. Byli wśród żołnierzy zarówno husarze jak i ułani na koniach. Zabawne było, gdyż koń miał dziurkę gdzie siodło a jeździec między szeroko rozstawionymi nogami szpic, który wchodził w ten otwór. W ten sposób ołowiany husarz nie spadał z konia. Miałem również i małe armatki. Do luf wpychało się zapałką ładunek w postaci jakby kartonowego serdelka z lontem. Armatka miała otworek na miejscu zamka i po umieszczeniu ładunku lont wystawał z otworka. Po jego podpaleniu armatka głośno strzelała a z lufy wydobywało się trochę dymu.

Nie posiadałem nigdy konia na biegunach. Tylko podczas wizyt u Cioci Jadzi w Krakowie, bujałem się na dość już sfatygowanym, ale jeszcze sprawnym koniu prawie dorosłego Jasia.

Zupełnie już zapomnianą i nieznaną dziś, była zabawa dzieci z naszej kolonii przy pomocy fajerek żeliwnych i kawałka odpowiednio ukształtowanego mocnego drutu. Była to ogromnie popularna i lubiana „jazda z fajerką”. Do tej jazdy potrzebna była jedna z większych fajerek z płyty żeliwnej z nad paleniska kuchennego. Naturalnie zabawa ta mogła się odbywać jedynie na dworze i tylko tam, gdzie podłoże było twarde i stosunkowo gładkie. Popychało się ręką fajerkę do przodu i równocześnie podpierało ją i pchało do przodu mocnym drutem, wygiętym u dołu w kształcie litery U. Wymagało to pewnej wprawy, ale wszyscy chłopcy doskonale to umieli. Nie pamiętam, być może tą zabawę nazywaliśmy „jazdą tramwajem”.

Do ogólnie uwielbianej zabawy należało strzelanie z procy do celu. Chłopcy sami sporządzali sobie to dość proste urządzenie. Trzeba było scyzorykiem wyciąć gałązkę, najlepiej olszyny, rozgałęzioną w postaci litery Y. Na obu końcach widełek przywiązywało się mocne dwie gumy, które w środku mocowało się do prostokąta ze skóry. Najlepiej strzelało się małymi kamykami, grochem lub fasolą. Na szczęście jakoś nikt nie wpadł na pomysł strzelania z procy ołowianym śrutem. Nie słyszałem aby dzieci z naszego osiedla strzelały z procy do ptaków.

Jakoś tak pod koniec naszego pobytu w Brześciu, ojciec miał chyba dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Widoczne było, że się nudzi. Wpadł jednak na pomysł, aby ten wolny czas wykorzystać na budowę latawca. W tym celu zgromadził odpowiednie materiały, w postaci mocnego papieru japońskiego, odpowiednich listewek drewnianych oraz kleju, no i oczywiście dużego mocnego kłębka sznurka. Skonstruowany przez ojca latawiec był dużych rozmiarów, chyba 100 na 80 cm, miał kształt prostokąta, oklejony był białym papierem a na środku miał czerwone kolo, tak jakby reprezentował flagę japońską. Na górnym, węższym, końcu płat latawca został lekko wygięty naciągającym sznurkiem. Na ten naciąg ojciec nalepił kawałek papieru japońskiego w postaci skrzydełka. Po odpowiednim zamocowaniu sznurka mocującego i zapleceniu go wokół drewnianego kołka, ojciec i ja oraz kilku moich kolegów poszliśmy na łąkę obok domu, gdzie nastąpiła generalna próba latawca. Okazało się, że prawie natychmiast uniósł się wysoko w powietrze; mało tego – wspaniale furkotał dolepionym skrzydełkiem – i nadto zakładało się na sznurek okrągłe kawałki papieru z otworem w środku – można było w ten sposób wysyłać „depesze” do latawca. Nigdy ojciec nie przyznał się skąd tak dobrze znał się na budowaniu latawców, może to było doświadczenie z jego lat dziecięcych?

W naszym domu ważną rolę odgrywała Mucha, biały foksterier z czarnymi łatkami. Była to ulubienica mojej mamy. Do nas dzieci odnosiła się z niechęcią, czasami szczerzyła do mnie zęby. Może to wynikało z tego, że jak się ją celowo złościło – reagowała w dość zaskakujący sposób; z zapamiętałą wściekłością zaczynała gryźć się w resztkę uciętego ogona i jak opętana kręciła się w kółko. Ciekawe, że jakoś nigdy nie było widać nawet najdrobniejszych śladów krwi na tak postponowanym szczątku ogona. Nie do pomyślenia było wzięcie Muchy na ręce. Mogła to zrobić wyłącznie matka. Dlatego piesek ten nie pozostawił we mnie miłych wspomnień.

Ale był w Brześciu i pies, którego po prostu bałem się. Był to czarny duży doberman. Pies należał do miejscowego proboszcza Kazimierza Bukraby, który wyprowadzał go na łąki i nieużytki za naszym domem. Kilka razy psisko wpadło na podwórze; któregoś dnia podbiegło do mnie, stanęło na tylnych łapach, a przednie wsparło na moich ramionach. Wystraszyłem się wtedy ogromnie i od tego czasu unikałem go jak ognia.

Święta Bożego Narodzenia w moim domu rodzinnym były zawsze dla mnie wielkim wydarzeniem i przeżyciem. Do stołu siadali wszyscy domownicy i ewentualni zaproszeni goście; pozostawiano zawsze tradycyjne wolne jedno miejsce. Wilia, jak u nas nazywano wieczerzę wigilijną, składała się z barszczu czerwonego z uszkami i zupy grzybowej z łazankami. Potrawy z grzybów przyrządzano wyłącznie z wonnych suszonych prawdziwków poleskich. Później podawano karpia w szarym sosie na słodko z rodzynkami i migdałami.

Ja zaś oczekiwałem na ulubionego karpia smażonego; dzwonka ryby, otaczano jedynie mąką i smażono w głębokiej fryturze, dzięki temu skórka była chrupiąca i wspaniałego smaku. Z ryb jedliśmy jeszcze szczupaka po polsku, posypanego siekanym jajkiem i obłożonego plasterkami cytryny; do ryby podawano sosjerkę z topionym masłem. Szczupaka wykładano w całości na długi półmisek.

Na deser zawsze były: kompot z suszonych owoców, strucle z makiem i marmoladą oraz bakalie. Nie przypominam sobie, aby na stole wigilijnym pojawiał się alkohol; po prostu nie było takiego zwyczaju w naszym domu.

Szczególne moje zainteresowanie budziły bakalie, które matka gromadziła przed Świętami w specjalnie w tym celu opróżnianej głębokiej szufladzie biedermeierowskiego sekretarzyka. W skład mieszanki wchodziły takie rarytasy jak: orzechy włoskie i laskowe, orzeszki ziemne i orzechy brazylijskie (nazywane wtedy „amerykańskimi”). W skład „bakalii” wchodziły również suszone figi, różnego rodzaju pierniczki lukrowane i w czekoladzie oraz cukierki i czekoladki; najwspanialsze były w kształcie buteleczek z rumem w środku. Trudno mi obecnie powiedzieć, czy dostęp do tej „zaczarowanej szuflady” był nieskrępowany. Dla mnie nie to było wtedy najważniejsze – z ciekawością i narastającą niecierpliwością zerkałem na szczelnie zamknięte drzwi od gabinetu ojca; stała tam zawsze wspaniale przybrana choinka, a pod nią – wyśnione prezenty.

Po przejściu do gabinetu zapalano na choince kolorowe świeczki woskowe i zimne ognie. Po rozdaniu prezentów, matka siadała do fortepianu i rozpoczynało się śpiewanie kolęd.

Gdy z gabinetu ojca usłyszało się podejrzany hałas; oznaczało to, że to nasza Mucha łasowała cukierki z choinki. Naturalnie udawała, że to nie ona była sprawczynią hałasu. Papierek opakowania, sterczący z pyska, zradzał popełnione przestępstwo.

Rodzice prowadzili w Brześciu dość żywe życie towarzyskie. Między innymi bywali i przyjmowali u siebie państwa Muszyńskich. On był inżynierem i zajmował jakieś stanowisko dyrektorskie w starostwie brzeskim. Mieszkali w budynku, tuż obok Klubu Urzędniczego na sąsiedniej ulicy. Matka żony Muszyńskiego była Rosjanką i nie mówiła po polsku, co starali się oni na wszelki sposób ukryć. Dlatego na przyjęciach – starsza pani była skrzętnie usuwana z oczu zaproszonych gości. Wywoływało to oburzenie rodziców a ze strony mojej matki uczucie ogromnej sympatii i chęci pomocy. Zapraszała do siebie matkę pani Muszyńskiej, częstowała herbatą i słodyczami i okazywała jej ogromną sympatię i przyjaźń. Dobrze zapamiętałem scenę, gdy pani Tatiana przyszła do nas zimą i na rękach miała jakieś cienkie białe niciane rękawiczki. Natychmiast matka to zauważyła i usilnie chciała ofiarować jej swoje nowe elegancki ocieplane rękawiczki skórkowe. Nie pamiętam, jak skończyła się ta wizyta, ale intencja mojej mamy – mimo że byłem jeszcze dzieckiem – były dla mnie jak najbardziej zrozumiała.

Z początkiem lat trzydziestych byłem z mamą z wizytą u wujostwa Famińskich na Święta Wielkanocne w Wołożynie na Wileńszczyźnie. Jechaliśmy przez zaśnieżoną północno – wschodnią Polskę do Lidy, gdzie była przesiadka. Mama zatrzymała się w hoteliku żydowskim. Wielki nieco staroświecki pokój był chyba na pierwszym piętrze. Gdy już byłem w pokoju, nagle wjechał do niego synek gospodyni na wspanialej dziecięcej drezynie. Boże! on ma taki wspaniały wehikuł a ja w Brześciu kręcę się w kółko na „aucie” z fortepianowego taboretu. Niestety, ku mojemu niezadowoleniu, nie udało mi się popróbować tej drezyny; matka delikatnie wyprosiła właścicielkę – tłumacząc się zmęczeniem podróżą.

Na drugi dzień rano byłem z matką w lokalnej cukierni. Pamiętam bufet zastawiony koronkowo lukrowanymi sękaczami, które były specjalnością kuchni kresowej.

Ojciec zawsze zamawiał sękacz (zwany popularnie baumkuchenem) na Stół Wielkanocny w Kobryniu, gdzie cukiernicy specjalizowali się w ich wypieku.

Tego samego dnia pojechaliśmy koleją dalej; droga prowadziła przez zasypane śniegiem pola i lasy, pełne tropów zajęczych. W końcu dojechaliśmy do celu, czyli do stacji w Horodzkach. Stamtąd do Wołożyna jechało się sankami ponad 20 kilometrów. Był ostry mróz i sanna była wspaniała. Ubrano nas w wielkie szuby z wilczego futra.

Mieszkanie u wujostwa było na terenie szpitala i co mnie napawało paniką – za oknem mojego pokoju była o zgrozo! – kostnica szpitalna. Wuj Famiński był chirurgiem i gdy już mieszaliśmy w Krakowie, przyjeżdżał co roku na staż kliniczny. Podczas tych pobytów odbywały się niezapomniane spotkania; wuj niesłychanie barwnie i z ogromną swadą opowiadał o swym burzliwym i pełnym przygód życiu w Rosji. Był z pochodzenia moskwiczaninem i do Polski dostał się wraz z armią bolszewicką w latach dwudziestych. Był to pan bardzo przystojny, postawny, zamiłowany myśliwy i jak nadmieniłem urokliwy gawędziarz. Wujostwo posiadali samochód produkcji francuskiej i szofera, co na ówczesne czasy było nie lada luksusem. Zapamiętałem z opowiadań wuja jeden szczegół dotyczący jego praktyki lekarskiej. Otóż na Kresach w bezpośrednim sąsiedztwie sowieckiej granicy był zwyczaj, że lekarzowi płacono za wizyty złotymi monetami carskimi, tzw. złotymi rublówkami. (…)

Zupełnie nie oczekiwana tragedia dotknęła naszą rodzinę w październiku 1928 roku. Nagle ciężko zaniemógł mój nieco starszy brat, ośmioletni Janusz i po bardzo krótkiej chorobie zmarł tego samego miesiąca. Był to straszny wstrząs dla rodziców, a szczególnie matki, która była wręcz na granicy obłędu. Ojciec, prawdopodobnie za namową przyjaciółki mamy pani Janiny Ursyn Niemcewicz, zadecydował, że należy matkę wywieźć z Brześcia – gdzie każdy zakątek naszego mieszkania przypominał jej ukochane zmarłe dziecko. Pani Janina zaproponowała zabranie matki do siebie do pobliskich Skoków. Ja oczywiście miałem jej towarzyszyć a starszy brat Ryszard miał jechać również z nami i codziennie dojeżdżać konno do gimnazjum w Brześciu (zaledwie 6 – 7 kilometrów).

Pamiętam nocną jazdę otwartym samochodem przez długą aleję drzew, oświetloną reflektorami samochodu. Była to chyba szosa w pobliżu Skoków.

Rodowa siedziba Niemcewiczów w Skokach była wzniesiona w 1770 roku przez Marcelego, ojca sławnego poety, pisarza i polityka Juliana. Był to budynek murowany, jednopiętrowy, z przyległymi po bokach, cofniętymi wieżami, w których znajdowały się alkierze. Od frontu i strony ogrodowej pałac miał identyczne portyki z balkonami, wsparte na filarach. Sklepione pokoje parteru służyły celom mieszkalnym, a na piętrze znajdowały się pomieszczenia reprezentacyjne a w tym obszerna sala balowa z balkonem dla orkiestry. Pałac otaczał piękny park w zakolu rzeki Leśnej.

Mężem pani Janiny był Stanisław Niemcewicz, również zaprzyjaźniony z mym ojcem. Znajomość ta nawiązała się po niecodziennym wydarzeniu – w połowie lat dwudziestych pałac podpalił jakiś wędrowny żebrak, któremu odmówiono obiadu. Spłonął wówczas jedynie dach. Mój ojciec, jako architekt, zaprojektował nową konstrukcję dachową i następnie kierował jej odbudową.

Trudno mi teraz ustalić, jak długo przebywaliśmy w Skokach. Ja bawiłem się z młodszym ode mnie o rok Elkiem synkiem pani Janiny. Kiedyś wieczorem zaciągnął mnie w sposób sekretny do jednego z dalszych pokoi, gdzie w kołysce spała jego mała siostrzyczka Marysia. Rozejrzał się przebiegle, czy aby nikt nas nie podgląda. Wyrwał niemowlęciu smoczek z buzi i zaczął namiętnie go ssać a następnie w drodze wyróżnienia podał mi go również do possania. Byłem tak zaskoczony propozycją, że uciekłem z sypialni, pozostawiając na miejscu zdziwionego Elka ze smokiem w łapie.

Na folwarku, przynależnym do Skoków, gospodarował Alfred Pilecki, mąż siostry pani Janiny – Zofii. Któregoś roku zostaliśmy zaproszeni na uroczyste dożynki. Przed dworem poustawiane były stoły, wręcz uginały się pod stosami placka ze śliwkami. Zapamiętałem tłum ludzi wokół stołów, ale najzabawniejszy – a dla mnie raczej groźny – był widok tysięcy os latających i lądujących na tych słodkościach. Według niedawno uzyskanych informacji, zapraszający gospodarz został zamordowany w 1939 roku. (…)

Jak byłem ubierany przez matkę gdy byłem mały? – naprawdę to trudne pytanie, ale zostało trochę zdjęć z okresu brzeskiego, jednak ich większość była wykonana przez zawodowych fotografów w Krynicy.

Przypominam sobie wieczorne przyjęcie dla gości u nas w domu w Brześciu. Siedziałem przy stole i głównym moim zmartwieniem były czarne długie pończochy, które w sposób najwyraźniej złośliwy nieustannie wyłaziły mi z przykrótkich nogawek spodenek i ostentacyjnie odsłaniały goliznę moich nóg. Przecież pończochy były przypięte do stanika.

Starałem się ratować sytuację i wpychałem pończochy z powrotem do nogawek – ale bez skutku. Gdy robiło się ciepło, chodziłem i biegałem po dworze jedynie w krótkich skarpetkach i sandałach. Natomiast na zimę kupowano mi gumowe kalosze. Były czarne z błyszczącej gumy na wierzchu, wyłożone wewnątrz ciemno fioletowym kutnerem. Miały one niespotykane też dziś zamknięcie, z przodu, z prawej strony znajdowała się metalowa drabinka a z lewej łamane zawiasowo zamknięcie. W zależności od potrzeb wybierało się odpowiedni otwór drabinki i wsadzało się do niego koniec zamknięcia. W tak zabawny sposób dawniej regulowało się zapinanie kaloszy, sięgających powyżej kostek.

Mam wrażenie, że sprawiano mi tylko rzeczy koniecznie i praktyczne, ale w dobrej jakości.

W Krynicy biegałem w koszulce z krótkimi rękawami i krótkich spodeńkach, na głowie miałem granatowy beret, lub chodziłem z gołą głową. Miałem dość krótki sweterek wełniany w poziome paski oraz płaszczyk z popielatego tweedu; miał dwa rzędy guzików i sięgał mi nieco poniżej kolan. Na lato nosiłem na nogach krótkie skarpetki i sandały zapinane na pasek.

W Brześciu mój najstarszy brat Ryszard chodził do państwowego gimnazjum koedukacyjnego im. Romualda Traugutta. Mieściło się przy ul. Mickiewicza, niedaleko dworca kolejowego i placu targowego. Był to stary rosyjski budynek piętrowy z przestronnymi wewnętrznymi korytarzami. Zabierała mnie tam czasami matka, gdy miała do załatwienia jakieś sprawy szkolne brata. Zapamiętałem dobrze salę teatralną, z wierną kopią kurtyny Henryka Siemiradzkiego z teatru im. Słowackiego w Krakowie. Kopię tą wykonał tutejszy profesor rysunków Ćwikiewicz.

Ale chyba głównym powodem zapamiętania tej salki było przedstawienie szkolne, na które były zaproszone rodziny aktorów i ich kolegów. Grali sami uczniowie i uczennice. Sztuką była 19-to wieczna farsa angielskiego autora Thomasa Bardona, o zaskakującym tytule: „Ciotka Karola skąd małpy pochodzą”. Według mojej obecnej wiedzy – było to „uśmiesznienie” oryginalnego tytułu, który w rzeczywistości brzmi: „Ciotka Karola z Brazylii skąd sprowadzamy orzechy”. Brat nie brał udziału w przedstawieniu, ale bohater farsy, młody arystokrata z Oxfordu, przebrany za Ciotkę Karola, był dobrze mi znanym kolegą brata.

W klasie przedmaturalnej koleżanką brata była córka byłego wojewody poleskiego Krystyna Krahelska, która w 1937 roku pozowała rzeźbiarce Ludwice Nitschowej do pomnika Syrenki Warszawskiej. Podczas wojny działała w konspiracji, i zginęła w 1944 roku w Powstaniu Warszawskim. Była autorką pieśni i wierszy, a w tym m.in. sławnej: „Hej chłopcy, bagnet na broń”.

 

Bohdan Nielubowicz

 

 

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany