Kobieta na Polesiu

Drodzy Czytelnicy, prezentujemy dziś w nowej rubryce ” Z teki poleskiego archiwisty” fragment unikatowej broszury pt.”Kobieta na Polesiu”, wydanej w Pińsku przez Koło Krajoznawcze Uczniów Gimnazjum Państwowego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego . Teksty do broszury przygotowywali sami uczniowie, gimnazjaliści z różnych zakątków Polesia: z Dawidgródka i Janowa Drohiczyna i Stolina, Pińska i okolic. Wiele materiałów etnograficznych powstawało jako owoc pracy badawczej w oddalonych wioskach i miasteczkach Polesia. Teksty przedwojennych gimnazjalistów są dla nas bezcennym zródłem informacji o wszystkich sferach życia: o pracy, obyczajach, świętach, o życiu materialnym, duchowym i społecznym naszych przodków.

DOLA PARASKI

kobieta_polesie2Cichy, mroźny, zimowy wieczór otulił świat szarą, srebrzystą płachtą. Cisza. Tylko od czasu do czasu przerywa ją głuchy łoskot, dochodzący od strony stawu i rzeki. To lód z hukiem pęka od mrozu. Śnieg skrzypi pod nogami przechodnia. Zima objęła w swe władanie świat. Mróz pięknie ustroił w najcudniejsze ornamenty małe szyby chałupy. Nikt jednak nie podziwiał cudnych wzorów, gdyż w jzbie prócz zgarbionej chudej staruszki nie było nikogo. Siedziała na niskiej ławie obok dużego pieca. Twarz jej i cała postać nabierała jakiejś fantastycz ności i zagadkowości w srebrnym świetle księżyca, który, wdarłszy się przez szyby, oświetlał nędzne wnętrze izdebki. Twarz ta jednak poorana zmarszczkami i otoczona siwymi kosmykami włosów, bezładnie wymykających się spod chustki, w rzeczywistości była szczera. Można z niej czytać, jak z otwartej księgi całe życie starej Taraski. Teraz malowała się na jej twarzy głęboka jakaś zaduma. Splotła spracowane ręce na kolanach. Wargi jej zwolna zaczęły się poruszać – mówiła pacierz. Słów jego nie rozumiała, ani też nie starała się zrozumieć, jednak czuła niezwyciężoną potrzebę obcowania z Bogiem i nigdy temu chrześcijańskiemu obowiązkowi nie uchybiła w swym życiu. Myśli jej Wyrwały się z codziennego łożyska i uniosły ją w krainę wspomnień. Przed przymkniętymi oczyma staruszki stanęło całe jej życie, twarde, pełne trudów i pracy. Jak na ekranie w kinie poczęły się przesuwać jeden po drugim barwne obrazy. Zapomniała stara Paraska o wszystkim, dała się porwać wspomnieniom.

Wzeszło wiosenne słonko. Po świecie ciągnął się przejmujący chłód. Na trawie mieniły się jak brylanty kropelki rosy. Wioska zbudziła się ze snu. Zaskrzypiały żurawie studzienne i rozległ się ryk bydła, pędzonego na pastwisko, odezwały się gęsi, śpieszące na łąkę ku rzece, za którymi szła mała dziewczynka w dużej ojcowskiej siermiędze, prze* cierając drobnymi piąstkami zamykające się co chwila oczy. Na łące senność pokonała ją. Dziewczynka, podłożywszy rękę pod głowęf zapatrzona w niebo, usnęła. Sen jej był niespokojny. Co pewien czas zrywała się i patrzała na swoje stadko i znowu zasypiała.

Obraz się zmienia. Nieruchoma staruszka widzi siebie znowu. O wschodzie słońca, spożywszy kaw0ałek chleba, śpieszy z sierpem na pole, idzie ochoczo i raźno. Będąc dwunastoletnią dziewczynką, pracowała już jak dorosła kobieta, zamiast oddawać się nauce lyb zabawom. Do szkoły nie chodziła. Bo i na co jej się przyda ta szkoła, czy to będzie jadła z niej chleb? – tak sobie myśleli rodzice Paraski. Toteż zapędzono ją jak inne dziewczęta poleskie do roboty. Ukończywszy pracę na własnym polu, szły z matką na zarobek do dworu. Słońce pali, upał się wzmaga, a ona żnie zboże dworskie, choć obfity pot zlewa jej czoło, a krzyż boli nieznośnie. Jednak nie może przystanąć, odpocząć, gdyż wytrąciliby jej za to z zarobku. Pracuje więc mimo znużenia. Wieczór zimowy. W izbie pali się zwisająca z pułapu lampa, przyjemne rozchodzi się od dużego pieca ciepło po izbie. Za oknami wichura i zamieć, a tu tak miło. Na ławach pod ścianami siedzi szereg młodych dziewcząt i chłopców. Wesoło płynie czas. Z izby rozlega się to smutny, przeciągły śpiew, to śmiech. Znowu milknie wszystko, ktoś opowiada bajkę. Dziewczęta słuchają z otwartymi ustami. Zwolna poczęły się im kleić oczy, nić coraz się rwała, ogarniała nieprzezwyciężona senność. Zerwały się szybko, pożegnały gospodarza i gospodynię i pomknęły do domu.

Przed oczyma Paraski staje inny obraz barwniejszy od poprzednich. Oto. widzi siebie w ślubnym stroju z wianuszkiem na głowie, a obok siedzi za stołem odświętnie przystrojony. Stepan. Jak przez mgłę dostrzega podniecone wódką twarze zebranych, stół uginającyśię pod wszelakim jadłem i gorzałką. Potem niejasnymi barwami maluje się wnętrze cerkwi, zapalone świece, ksiądz – staruszek. Wspomnienie to napawa starą Poleszuczkę jakimś błogim uczuciem. Gdzież są te dawne chwile młodości? – myśli – lecz oto nowy obraz powstaje w jej wyobraźni.

W małej izbie, obok   łóżka wisi kołyska. Na łóżku siedzi mała, może pięcioletnia dziewczynka i kołysze swego mniejszego braciszka. Obok niej zaś bawi się druga mniejsza dziewczynka. . Po izbie krząta się niewiasta w sile wieku. Zbudziła męża, dała mu śniadanie i wyprawiła do lasu na zarobek. Sama zabrała się raźno do roboty. Dała dzieciom po kilka kartofli, a sama poszła karmić chudobę. Na barkach jej spoczywa cały ciężar utrzymania gospodarstwa, toteż wstawszy o brzasku, nie ustaje w pracy do zmierzchu…

Szczekanie psa, ujadającego na przejeżdżające sanki, budzi na chwilkę Paraskę. Jednak już znowu zatapia się w poprzednie rozpamiętywania. Przypomina sobie, jak z najstarszą córką nosiła kopy siana do stogu, jak wspólnie kopały ziemniaki, a nad nimi wznosiły się nici babiego lata. Wieczory zimowe spędzała teraz sama, przędząc nici lub tkając płótno. Doczekała się teraz pomocy, więc może trochę odpocząć. Czas już najwyższy. Nie mogłaby już tak, jak dawniej pracować, nie podołałaby. Nagle… nie, „o tym nie chciała staruszka myśleć nagle jednak mimo rozpaczliwej obrony wdzierają się smutne, bolesne wspomnienia. Przed oczyma przesuwa się postać pijanego Stepana. Stracił cały tygodniowy zarobek, przehulał, a teraz krzyczy, awanturuje się i odgraża żonie: „horyłki!” – krzyczy. Scena ta powtarza się coraz częściej, co niedziela, każdego święta i przy każdej sposobności. Do chaty wciska się natrętny gość, któremu „nędza” na imię. Nieszczęście spada jedne po drugim, bije w słomianą strzechę jak grzmot w czasie burzy. CJmiera jedno dziecko na ospę, drugie na szkarlatynę, a trze-cie zabiera nieznana choroba, gdyż nie było za co sprowadzić lekarza. Wreszcie przychodzi ostatni cios. Sosna zabija w lesie Stepana podczas pracy. Wielkie łzy jak groch płyną bruzdami, wyżłobionymi przez życie, po twarzy staruchy.

Twarde życie nie szczędziło Parasce ani jednej kropli goryczy. Każda zmarszczka, każda bruzda na twarzy – to obraz nieszczęścia, ciosu, walki z życiem, pracy w pocie czoła. Kobieta poleska nie ma tego uprzywilejowanego stanowiska,, jakie sobie inne zdobyły na świecie. Nikt jej nie uważa za istotę słabą, delikatną. Drogo ona opłaca chwile przelotnej radości, którą ma w swym życiu. Zycie jest dla niej jakby macochą, która umie tylko karać, nigdy zaś nie popieści, nie „przyhołubi” jak matka. Stara Paraska zadumała się nad dolą Poleszuczki, nad tym; co dało jej życie wzamian za tyle trudów i cierpień. Głębokie westchnienie poruszyło jej starcze piersi. Z ust popłynęła dalej przerwana modlitwa, jakby skarga bolesna ku Bogu.

Jerzy Klug

PRACA KOBIETY PRZY OBRÓBCE LNU

Zbliża się wiosna. Poleszuk poświęca dużo pracy uprawie ziemi pod len. Leży to w interesie jego żony, toteż ona zawczasu zaprząta sobie tym głowę, gdzieby na ich roli był najlepszy ku temu obszar gruntu i nakłania męża do jak najlepszego użyźnienia tego kawałka, by wyrósł duży len.

Gdy zasiany len wzejdzie i wyrośnie mniej więcej do 15 cm wysokości, kobieta zabiera się do pielenia. Na początku wiosny nie ma innych prac, więc poświęca tej czynności dużo starania i wysiłków. Piele dokładnie te kilka zagonów, ślęcząc nad nimi nieraz całymi dniami. Do pracy wdziewa fartuch z płótna samodziałowego i piele, stojąc zgię-ta wpół lub siedząc wprost na zagonie. Nie troszczy się o to, że len narazie wygniecie, gdyż wie, że to mu nic nie zaszkodzi, a nawet, według jej przesądu, len wyrośnie większy. Gdy po wypieleniu jednorazowym ziele szybko odrasta, czynność tę powtarza jeszcze raz. Za to niebawem len zakwita, napełniając radością swą właścicielkę, która widzi w falującym błękicie zagonów swą długą i mozolną, lecz jakże radosną pracę.

Teraz następuje okres obawy o len, by przed dojrzeniem nie pobił go grad, albo też nie zniszczyła susza, bo cała praca poszłaby na marne. Toteż, z wielką uciechą przystępuje Poleszuczka do wyrywania lnu, gdy widzi, że wyrósł on i dojrzał nie-uszkodzony, stając się z zielonego brązowym. Wyrywa ostrożnie, biorąc rękami pod samymi główkami po kilkadziesiąt łodyżek i wyciągając je z ziemi. Ponieważ znajduje się w nim jeszcze trochę ziela, więc z każdej wyrwanej garści starannie je wyciąga. Wyrwawszy len, związuje w tak zwane „puczkiat coś w rodzaju snopów. Łączy zazwyczaj po 4 „puczkia razem, gdyż łatwiej tak połączone przenosić, a to dlatego, że główki lnu bardzo łatwo splatają się ze sobą. „Puczki” te przewozi się pod strzechę, lub wprost do izby, aby len lepiej dojrzał i wysechł.

Następnie po kilku dniach, gdy „puczki” dokładnie wyschną, zabiera się do obijania główek, czyli wyłuszczania siemienia. W tym celu kobieta wybiera kąt w sieniach na glinianej podłodze i, położywszy na niej „puczok”, bije po jego główkach t. zw. „praczem”, zrobionym z kawałka drzewa.Ten „pracz” służy później jako kijanka do prania bielizny. Główki odlatują ód łodyg i, pękając, wysypują swoją zawartość – siemię. Czynność ta nie jest trudna, toteż często pomagają w tym dzieciaki. Niekie – dy, gdy jest większa ilość lnu’, Poleszuczce w tej pracy – pomaga mąż, młócąc go wprost cepem w stodole. Czynność ta odbywa się mniej więcej w końcu sierpnia. Pewną trudność w dalszej obróbce przedstawiają łodygi, gdyż siemię, przesiane przez sito i oczyszczone od plew, idzie do worka, by czekać na dalsze dyspozycje gospodyni. Ta rozporządza nim w ten sposób, że część tylko zostawia do zasiania na drugi rok, a resztę zimą odsyła do olejarni, by otrzymać zen olej, główną okrasę ; potraw podczas postów.

Tymczasem łodygi idą na tydzień do wody, a następnie są rozścielane cieniutką warstewką na łące lub pastwisku, by zmiękły i łatwiej dały się oddzielić włóknom od paździerzy. Podczas moczenia len wydaje niemiły zapach, zatruwa nawet wodę. Przykładem tego jest fakt, źe w stawach, gdzie moczył się len, giną ryby. Lepiej się moczy len w wodzie stojącej, ponieważ tu pod wpływem dość ciepłej wody prędzej się rozkłada. Przygniata się go w wodzie darniną, a to w tym celu, by nie wypływał na wierzch wody. Nieraz gospodyni z braku wody lnu nie moczy, lecz tylko rozściela na ziemi na kilka tygodni. Z tego jednak lnu, który był moczony, płótno jest zawsze bielsze.

сканирование0005Gdy len rozścielony „wyleży się”, wtedy Póleszuczka zbiera go z powrotem w pęki, tylko większe, niż poprzednio, przywozi do domu i zabiera się do oczyszczania z paździerzy. W tym, celu suszy się na piecu i łamie w „ternyci” – międlicy. Obecnie jest ona często zastępowana przez maszynę do tarcia lnu, którą porusza korbą dwu chłopów i praca idzie o wiele szybciej. Z kolei ten len oczyszcza się ż paździerzy za pomocą „trypaczki”, podobnej do miecza, a zrobionej z drzewa. Gderzą się jej płazem w trzymane na „potasi” „powismo” – ilość włókien lnu, dającą się wziąć do garści – i włókna, nz większego” gotowe, związane w pęki, wędrują na strych. Wracają stamtąd dopiero zimą, gdy są „pryświata” (mniejsze święta). Wówczas bierze się „hrybyni” i na nich oddziela się czysty len ód pakuł. „Hrybyni” mają z jednej strony gwoździe, osa-dzone gęściej, a z drugiej rzadziej. Czyści się włókna najpierw na rzadkich, później na gęściejszych grzebieniach. Pakuły są chętnie nabywane przez jeżdżących po wsiach szmaciarzy, lub też przędzie się z nich grube nitki. Teraz „powisma”, oczyszczone jeszcze szczotką, zrobioną ze szczeciny, są zwijane po kijka w „kudelę” – kądziel. I tu dopiero następuje żmudne ślęczenie nad przekształceniem włókien lnu w nici. Kobieta przędzie, przywiązując kądziel do „potasi”, bądź na wrzeciono, bądź to na kołowrotek, podczas długich wieczorów i „doświtków” zimowych. (Doświtki–to ranne wstawanie na kilka godzin przed świtaniem).

Skoro nitki znajdują się już na wrzecionach, Poleszuczka lub zręczny Poleszuk zwijają je za pomocą „służki” i – „jurka” w kłębki. Gdy zaś kłębki gotowe, snuję się nici na „snyjnycę”, aieby przy* gotować do-tnania na krosnach. Odległość między jednym a drugim kołeczkiem „snyjnyci” nazywa się „hyba”, a długość jej wynosi 5–7 metrów. Długość wysnutych nici licży przeważnie po kilka „hyb”. Teraz ten zwój nici moczy się i, po wyschnięciu nad piecem, nawija się na krosna, . by tu ostatecznie wytkać to upragnione płótno.

сканирование0008Rękawy koszul, ręczniki i obrusy są ozdobione kolorowymi nićmi. Są to nici nie kupione, lecz wysnute wprawną ręką Poleszuczki i сканирование0006pofarbowane na różne kolory. Przetyka się nimi płótno w poprzek, podczas jego tkania. Wśród kolorów przeważa czerwony i czarny. Obecnie młode dziewczęta tkają obrusy i ręczniki, zdobiąc je bogatymi wzorami i de-seniami, posługując się też kolorowymi nićmi. Występuje tu połączenie barw: czerwonej z niebieską, żółtej z zieloną lub po prostu białej z szarą. W ostatnim wypadku, by otrzymać połączenie barwy szarej z białą, pierze się tę część nici, którą się przetyka płótno w poprzek, podczas gdy reszta nici, nawiniętych na krosna, zostaje’nie wyprana, więc bardziej szara od nici, przetykanych poprzecznie. Okres tkania na krosnach przypada mniej więcej na kwiecień.

Po wytkaniu płótna Poleszuczka pierze je i bieli, rozścielając na dzień na łące lub wiesząc wprost na płocie. Po wyschnięciu prostuje je w rękach, składając wzdłuż na pół i maglując t.zw. „kacziełom”, a następnie zwija w rulon. Dopiero teraz po żmudnej pracy zabiera się Poleszuczka do szycia z gotowego płótna rodzinie i sobie przyodziewku. Ogrom pracy poświęca Poleszuczka uprawie i przeróbce lnu. Omówiłem ją tylko po części – pobieżnie.

P. Michalczuk, kl. lVa m. Okolice Drohiczyna Poleskiego

DOŻYNKI

Zabrał dziś Kościuk Mntosiuk aż 5 kobiet do żęcia zboża. Chętnie szły one, bo to dziś mają być u niego dożynki, no i Kościuk – najlepszy gospodarz we wsi.

Poszły aż na Perewóz (5 km od wsi). Poszedł i Kościuk wiązać zboże w snopy. Pomimo, upału raźno idzie robota. Nie nadąży Kościuk przy pomocy „knebla” (kijka) wiązać „snopków. Pierwsza idzie flntola Michasiowa. Zobaczyła, że żeńcy zmęczyli się, więc zaciągnęła zdrowym głosem pieśń, którą podchwycili wszyscy i nawet Kościuk:

„Oj ja żała ne leżała,

Try snopoczki za den zźała.

Pojedź miły po try snopki,

Ne zabudź że rubla wziaty, („rubela-żerdź)

Ne zabudź że rubla wziaty,

Try snopoczki prywiazaty.

Oj, ja dumaw szczo try snopy, Fit to try kopy…

” Po „połudeniu” (barszcz i zsiadłe mleko) pierwsza wstała Antola i zaśpiewała:

„Poszła Antola żyto żaty

Da zabuła serpa wziaty

Serpa wziała, chlib źabuła

Ciły deń w domu buła…”

Biegają sierpy po polu, aż za nimi pozostają rzędy snopów, flle otóż i koniec. Snopy ustawione w kopy. Przed pierwszą kopą położyła Antola „na krzyż” dwie garści słomy, a na niej bochenek chleba, szczyptę soli i kawałeczek słoniny. Fedora Bazylowa związała pęk kłosów w kształcie kropidła, a Kateryna powrosłem z żyta opasała Kościuka. Wracają ze śpiewem do domu. A tam już nagotowano kaszy, napieczono „młyńców” (placków). Zaprosił Kościuk do stołu żeńców, zaprosił i sąsiadów. Postawił na stół miodu w plastrach i 2 litry wódki. Kateryna postawiła „młyńce” i miskę ze smażoną słoniną. Nakrajała surowej słoniny, suchej (swego wyrobu) kiełbasy i postawiła kaszę. ftntola zaciągnęła:

„U naszoho pana dożynoczki

Napyjmosia horyłoczki” I poszły krążyć kieliszki.

Każdy mówił: „Werny Boże nam syłku (siłę), a panu Kościuku daj na zdorowje dar Boży – chlib, – nechaj zdorow spożywaje. Nikt nikogo nie nazywał „ty”, tylko „pan Kościuk lub „pani Antolka. Odbywało się to „z waszecią, „po szlaćhecku. Zapraszano do jedzenia: „prószę Waszeci. Widać było nie zatarte ślady polskości.

Przyszedł miejscowy muzykant Harasym, urżnął mazura. Wyskoczył diad’ko Michaś, pochwycił w pasie flntolę, przytupnął nogą i rozpoczęły się tańce.Zaśpiewali:

„Poduszeczki, poduszeczkiсканирование0011

Da wseź puchowyi,

Mołodoczki, mołodoczki,

Da wseż mołodyi.

Koho lublu, koho lublu

Toho pocałuju,

Poduszeczku puchowuju

Tomu podaruju…

I zakręcił się wir tańczących par… Do późnej nocy słychać było śpiew u Kościuka. I Poleszuk bywa wesoły.

Zofia Dzikowicka, ucz. kl. I b ż.

Na TARG

Ciemno jeszcze było, gdy Prakseda obudziła się. Szybko ubrała się i zabrawszy przygotowaną już z wieczora wereńkę (kobiałkę z brzozowej kory), w której była butelka mleka, pół bochna chleba i garnek kaszy jaglanej, szturchnęła Stepana, który jeszcze spał: „Stepan, wstawaj, ja wże jidu! Prynesy mni do czowna scłomy, a ja pojdu po Olenu”. Stęknął Stefan, wstał, naciągnął na siebie swytkę i wyszedł z chaty. Wkrótce łódź cała była wysłana świeżo wymłóconą słomą, a na niej leżały dwie tłuste czarne owieczki i 10 kaczek Praksedy oraz 20 gęsi Oleny. Oprócz tego miała każda po kilka wianków suszonych grzybów. Łódź była tak naładowana, że ledwie mogły kobiety stać. Rządziła tu teraz Prakseda, która już nieraz jeździła sama do Pińska, odległego o 50 km. Prakseda stanęła na rufie (w tyle łodzi), aby łatwiej było kierować, Olena zaś na dziobie. Łódź, popychana długimi wiosłami, szybko posuwała się na przód. Tylko na głębokiej wodzie, gdzie wiosła nie sięgały dna, „mołodyce (młode mężatki) wiosłowały stojąc.

сканирование0012Po przebyciu Gniłej Prypeci, łódź wpłynęła na wody Prostym. Tutaj płynąć było łatwiej, bo prąd był silniejszy niż na Prypeci. Zaczęło świtać. Słońce już było wysoko, kiedy Poleszuczki wpłynęły na wody Strumienia. Tu skierowały łódkę do brzegu pomiędzy łozę i trzcinę. Wyjęły swe zapasy i posiliły się po rzetelnej pracy.

Niedługo odpoczywały, musiały jechać dalej ze zdwojoną szybkością, aby nadrobić stracony czas. Po drodze mijały podobne łodzie naładowane drzewem, sianem, słomą, drobiem, ziemniakami, zbóżem oraz innymi wiejskimi produktami. Jedne z tych łodzi były obsadzone kobietami, drugie – mężczyznami. Tylko ryby w specjalnaj łódce z dziurami, zanurzonej w wodzie, holowali za zwykłą łodzią wyłącznie mężczyźni. W pobliżu Pińska Prakseda zaczęła opowiadać Olenie, jakie tam są cuda: kwiaty na ulicach, murowane domy, samochody i kina. Olena słuchała wiosłując i obie nie spostrzegły jak przejechały pod żelaznym mostem na Pinie i trzeba było przybijać do brzegu przed potężnym gmachem kolegium o. o. jezuitów z 1635 roku. Zawdzięczając sprytowi Praksedy udało im się wcisnąć pomiędzy łodzie, które przybyły wcześniej na targ do Pińska.

Szczęście uśmiechnęło naszym niewiastom, po godzinie wszystko wyprzedały, same zaś kupiły sobie trzewiki, mężom czapki, a dzieciom–obwarzanki. Radosne odbiły od brzegu, wiedząc, że jeszcze 10 godzin ciężkiej drogi – a będą w domu.

Helena Dzikowicka, ucz. I kl. liceum hum.

PO CZEROT

Przygrzało słonko, zaszumiał ciepły wiatr i popłynął Styr, unosząc ogromne kry lodu aż do Prypeci. Jakoś lżej, weselej zrobiło się mieszkańcom wsi Ostrowia (40 km na południe od Pińska). Zdaje się, że jakiś bardzo ciężki kożuch spadł każdemu z pleców. I nie dziw. Teraz rozpocznie się wiosenny połów ryb, polowanie na kaczki.

Teraz Poleszuk użyje swobody na swojej „czajce” (łódce) i całą piersią zanuci smętną pieśń poleską. Postawił już diad’ko Michaś swe „żaki” i „neroty”. Pływał już i z „wołoczkom”. Przywiózł całą „wereńkę” ryby. Cieszy się i Antola Michasiowa. Rada. Dziś niedziela. Pojedzie z Haleną Mikołajową na rzekę. Piecze Antola „młyńci” (placki) kartoflane i wesoło przyśpiewuje.

Po obiedzie zarazże pojechały Antola z Haleną na Styr. Szeroko rozlała się rzeka. Zalała wokoło łąki i łozy. A na łąkach, jak okiem sięgnąć, kwitnie „łotać” (kaczeńce). Nad starym „czerotęm” (trzcina), nad krzakami łozy, latają całe stada dzikich kaczek. Krzyczą żurawie. Wesoło. Zaśpiewały i Antola z Haleną:

„Pozwol, Boże, łotati dożdaty,

To poidemo do Marusi w swaty.

A Marusia nieduża leżała (chora była),

Hołowku szołkom zwiazała !!…”

Są już u celu swej podróży. Przed nimi ogromny „zatoń” (zatoka), a na nim płynie moc białych „boczok” (korzeni czerotu). Spróbowały je gryźć. Są słodkie. Nazrywały pół czajki tej nowalii poleskiej. Będzie czym obdarzyć Antoline dzieci. Smakuje ten prezent dzieciom poleskim. Minęła „Mikoła” wiosenna. Nowa praca rozpoczęła się dla Antoli. Nie ma już słodkich „czereto – wych boczok”, ale za to zazielenił się sam jćzerot. Zawiązała Antola do chustki kawałek chleba i sera suchego, wzięła sierp, wiosło i wyruszyła hen, aż do Tenetychy (pod w. Ładoroże) po zielony czerot. Po drodze zaśpiewała:

„Oj, pojdu ja de wik ne chodyła,сканирование0014

Czy ne znajdu, koho wirno lubyła?

Koho lubyła, toj stoit’ za płeczyma,

A koho nie znała, z tym na ślub stała”

.. Naścinała Antola całą „czajkę” czerotu. Nakarmi teraz i cielęta i owce. A będzie jeszcze suszyć i wiązać na zimę owieczkom. Nadeszła zima. Styr z zatonami pokrył się lodem. Poszedł Michaś do kowala Jośka. Zrobił tam „koskę” (rodzaj sierpa na długiej tyczce), jedną sobie, a drugą flntoli. Teraz rozpocznie się „bicie” (ścinanie) suchego czerotu. Michaś i flntola obudzili się w „doświta” (bardzo wcześnie). Ugotowali ziemniaków na kominku, zjedli z kiszonymi ogórkami i suszonymi „wiunami” (piskorze) i zaczęli zbierać się w drogę. Włożyli do torby chleba, suszonej ryby, kawałek słoniny i zapałki.

Wyruszyli. Zabrał ze sobą Michaś i pieska, Rozboja: może w krzakach wytropi tchórza? Zaszli daleko, aż w „Dołhyj Lesok”. Tchórza nie złapał Michaś: wyprzedził go Semen Kołoszwa, najlepszy myśliwy na tchórze. Ale za to czerot – jak ściana. Szumi, zachęca Michasia i ftntolę do ścinania. Zjedli trochę chleba z „wiunami” – i do praczy Lewą ręką biorą czerot, a prawą podcinają „kosk1ą V.Wiążą powrósłami w snopy. Pracowali do wieczora. Naścinali czerotu 97 snopów. Powrócili do domu zmęczeni, ale zadowoleni. Będzie za co kupić soli, nafty i 8 kg mąki pszennej na święta Bożego Narodzenia! Czerot kupują wieśniacy z tych wsi, gdzie on nie rośnie, na pokrycie dachów oraz kupcy z Pińska na eksport do zachodnich dzielnic Polski, gdzie używają go do tynków. Najwięcej cieszy się Mnto – la, bo kupi sobie za czerot czerwoną spódnicę.

Hanna Dzikowicka, ucz. kl, II b ż.

BIELENIE PŁÓTNA I PRANIE BIELIZNY NA POLESIU

Aby wybielić płótno, lub dobrze wyprać bieliznę, trzeba dołożyć wiele starań. Praca ta bowiem bardzo trudna, tym bardziej dla Poleszuczki, która nie posługuje się odpowiednimi środkami chemicznymi, tak bardzo potrzebnymi dla należytego wy-prania płótna własnego wyrobu. Toteż chcąc nie chcąc musi się ograniczyć do środków domowych, – prymitywnych. Pozwalają one jednak wyprać dość dobrze szare i szorstkie, tylko co zdjęte z warsztatu płótno. Proces takiego prania nazywa się „bieleniem” i odbywa się wiosną.

сканирование0016Poleszuczka wynosi płótno na łąkę, znajdującą się w bliskim sąsiedztwie z rzeką lub stawem, i zmoczywszy je, posypuje popiołem, a następnie ściele na murawie. Chce, by słońce je wyparzyło, bez tego bowiem płótno się nie ubieli. Po wyschnięciu znowu się je zlewa wodą i posypuje popiołem.

Czynność tę powtarza się kilkakrotnie. Potem pierze się je kijanką. Pranie trwa kilka dni, w czasie których płótno się nieco „ubieli”. Rzecz zrozumiała, że przez ten czas samodział nie będzie taki biały, jak po kilku latach używania. . V”.

Jeszcze trudniej jest wyprać bielizpę płócien – ną. Ale gospodyni poleska umie sobie ‚dać radę i w tej ciężkiej pracy. Moczy więc latem brudną bieliznę w rzece, a zimą w – balii lub cebrze. Po. wypłukaniu jej w rzece następuje główna cześć prania. Gospodyni składa bieliznę w „żłókcie”. Jest to wydrążony pień, podobny do beczki bez dna. „Złókto” ustawia się na podwórzu na rozesłanej słomie. Bieliznę składa się w ten sposób, że starą i wybieloną umieszcza się na dnie, a nową, sztywną i szorstką na wierzchu, by się lepiej ubielfta i przykrywa się ją popiołem. Następnie leje się w „żłókto” gorącą wodę i wrzuca się rozpalony kamień lub żelazo. Wrząca woda z popiołem wytwarza ług, który przechodząc przez bieliznę rozpuszcza brud. Ponieważ „żłókto” jest bez dna, przeto woda wypływa dołem na ziemię. Teraz pozostaje tylko wypłukać bieliznę w” cebrze lub w rzece. Są „żłókta”, które posiadają dna z otworem i drewnianym szpuntem. W takim „żłókcie” bielizna pozostaje w ługu przez całą noc. Ma drugi dzień kobieta płucze bieliznę w rzece, po czym wiesza ją na płocie lub strychu, aby wyschła. Nie pozwala się jej jednak wyschnąć całkowicie, by dobrze się maglowała, a w języku Poleszuków „kaczała”. Nazwa ta pochodzi od przyrządu „kaczałko”, służącego do tej czynności. Składa się ono z dwóch części: pierwsza i najgłów – niejsza, to samo „kaczałko” – maglownica. Jest to klocek drewniany (około 80 cm długi i 15 cm szeroki), mający w poprzek nacinane zęby i rączkę. Druga część, to pięcio- centymetrowej średnicy wałek, na który nawija się bieliznę i toczy się go „kaczałkiem”. W taki sposób bielizna się magluje. Następnie się ją dosusza i pranie skończone.

Gorzej się jednak sprawa przedstawia z praniem bielizny zimą. Wówczas praczka musi wkładać na siebie ze dwie pary starych spodni męskich i сканирование0015buty rybackie (z długimi cholewami, nie przepu – . szczające wody). O nie wybija praną bez mydła bieliznę nad przeręblą. Ta w czasie silnego mrozu bardzo szybko zamarza. Toteż co kilka minut przychodzi ktoś nad rzekę z domu, o ile jest blisko, i zabiera wypłukane sztuki. Gdy zaś praczka nie posiada ani butów, ani spodni, to idzie w łapciach i pierze bieliznę uderzając ją o „noczowkę” (nieckę), którą stawia na lodzie, opierając o nogi. Wracając z rzeki po takiej pracy wygląda jak bryła lodu. Nic też dziwnego, że z tego powodu częste są wypadki przeziębienia. Trzeba naprawdę być odpornym na zimno, by mając często nogi mokre, ręce obnażone po łokcie, prać bieliznę przez dwie godziny nieraz na mrozie z wiatrem.

Rusak Adam, kl. IVa m.

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany