„Inne czasy, inni ludzie”

34734Drodzy Czytelnicy, dzis w rubryce „Lektura dla Ciebie” pragniemy zaprezentowć Państwu fragment niezwykle fascynujących pamiętników autorstwa Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej. Książka „Inne czasy, inni ludzie” została wydana w Londynie w 1998 roku nakładem Fundacji Tadeusza Walczaka w Published by Polish Cultural Foundation Limited, 63 Jeddo Road, London W12 9ED. Publikowane dziś fragmenty pamiętników odtwarzają dawne życie dworu Dereszewicze i jego mieszkańców, atmosferę, obyczaje, dzwięki i barwy innego świata, tej na zawsze straconej polskiej kresowej Atlantydy. Tam, w Dereszewiczach, pozostały najszczęśliwsze lata autorki: lata beztroskiego, dostatniego dzieciństwa wśród licznej wielopokoleniowej kochającej rodziny, w otoczeniu malowniczej poleskiej przyrody . Zapach Prypeci , poleskich łąk i lasów. ” Krajobraz i dwór tworzyły dla mnie ramy świata, który wydawał się doskonały. Dziecinna moja miłość do Dereszewicz polegała na bezwzględnym zadowoleniu z tego, co było. Pobyty w Derewszewiczach łączyły się z pełnym radości używaniem czarów i zalet ukrytych w przyrodzie. Zawsze, i to od dziecka, czułam, że uczestniczę w czymś, co może być stracone.”

Janina z Puttkamerów Żółtowska /1889-1968/

Urodziła się 27 czerwca/9 lipca 1889 r. w Wilnie, była córką Wawrzyńca Puttkamera i Zofii z Kieniewiczów, prawnuczką Maryli z Wereszczaków Puttkamerowej. Odebrała staranne wychowanie domowe, oparte na wielojęzycznych poważnych lekturach, wzbogacanych w toku podróży do Włoch. Brała lekcje rysunku i chętnie uprawiała malarstwo pejzażowe. We wrześniu 1910 r. wyszła za mąż za Adama Żółtowskiego. Otrzymała wówczas od ojca leśny majątek Rajcę w pow. nowogródzkim. Tu zaskoczyła ich oboje wojna; 2 lata spędzili pod okupacją niemiecką, na pierwszej linii frontu. W 1921 r. osiadła w Poznaniu, gdzie mąż jej objął katedrę na Uniwersytecie. Prowadziła salon intelektualny, w którym spotykał się świat ziemiański i profesorski, gościły odwiedzające Poznań sławy europejskie. Parała się piórem; jej powieść obyczajową pt. „Ballada”, sytuowaną na Kresach przed I wojną światową, drukował w odcinku w 1925 r. „Dzień Polski”. Pisała pod ps. Jan Rajecki. Zamieszczane w konserwatywnej prasie recenzje literackie sygnowała J.R.

Po śmierci ojca w 1923 r. odziedziczyli majątki: Bolcieniki w pow. lidzkim i Korelicze z przyległościami w pow. nowogródzkim. Nie zajmowała się administracją dóbr.W Koreliczach z jej inicjatywy założone zostało duże gospodarstwo rybne. Zabiegała o erygowanie w Koreliczach parafii rzymskokatolickiej i przyczyniła się do wystawienia tamże tymczasowej kaplicy. W Bolcienikach spędzała lato, na stałe zamieszkali tam w 1933 r. gdy mąż jej utracił katedrę w Poznaniu.

Po 17 września 1939 r. wydostała się wraz z mężem i matką, przez Kowno i Szwecję do Anglii. Resztę życia spędzili w Londynie. W 1949 skreśliła pamiętniki, poświęcone życiu obyczajowemu i umysłowemu ziemiaństwa w różnych częściach Polski. Początkowa ich partia, po rok 1909, ogłoszona została drukiem pt. „Inne czasy, inni ludzie” / Londyn, Alma Book 1959/. Maszynopis dalszej części, doprowadzonej do 1921 r. pozostaje w ręku rodziny. Fragmenty wspomnień, jak również recenzje z obcojęzycznej literatury, zamieszczała w londyńskich „Wiadomościach”. Zmarła bezdzietnie w Londynie, w początku lutego 1968 r., pochowana obok męża. Dział rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie przechowuje jej obszerne dzienniki sięgające lat panieńskich, aż po rok 1932 – celnie skreśloną kronikę rodzinną, obyczajową i polityczną, wartościową zwłaszcza dla okresu 1917-1932.

Stefan Kieniewicz

Obyczaje dereszewickie – Boże Narodzenie – Wielkanoc – 4 sierpnia – Przedstawienia – Goście – Domownicy

Krajobraz i dwór tworzyły dla mnie ramy świata, który wydawał się doskonały. Dziecinna moja miłość do Dereszewicz polegała na bezwzględnym zadowoleniu z tego, co było. Pobyty w Derewszewiczach łączyły się z pełnym radości używaniem czarów i zalet ukrytych w pogodzie. Zawsze, i to od dziecka, czułam, że uczestniczę w czymś, co może być stracone. Mój dziadek i moja babka grali dla mnie rolę dobrotliwych bóstw; ciotki, wujowie i kuzynki istot jeśli nie wyjątkowych, to odrębnych od innych ludzi. Uczestniczyłam w każdej rozmowie, chciwie łowiłam każdą zasłyszaną opinię. Wcale nie idealizowałam mojej rodziny. Pojęcie zła i dobra nie grało żadnej roli w jej ocenie. Moi krewni pociągali mnie, gdyż nie byli nudni, i jeśli coś męczyło mnie w ich towarzystwie, to różnica wieku i moja zależność od różnych prawideł bolcienickich, czyli przeszkoda w zabawie i używaniu. Patrzyłam na nich jak na bożków z Olimpu w podręcznikach mitologii. To, że się kłócili, gniewali, zdradzali nawzajem i mieli wiele ludzkich przywar, nie odejmowało im jednego bezcennego przywileju, swobody w działaniu. Wszystkiego, czego już zaznali, bogactwa, podróży, szczęścia, strojów, mogłam się dopiero doczekać. Ponieważ psuli mnie i dogadzali mi, więc w towarzystwie Dziuni i cioci Leli czułam się prawie dorosła.

Obyczaje dereszewickie splatały się z porami roku i jak one powtarzały. Można było przewidywać to, co nastąpi, i cieszyć z tego, że to jeszcze wróci.

darashevichy-slavinsk-syadziba-1287-1345495922_b1Kiedy po przyjeździe z moją matką przywitałyśmy się z czekającymi na nas dziaduniem, babunią, ciocią Klosią i Dziunią, jadłyśmy śniadanie podane w czerwonym salonie, przy okrągłym stole, na drewnianej, ciemnej tacy, oprawnej w srebrną ramę. Składało się ono z herbaty, plasterków szynki, masła i świeżych bułeczek z kminkiem i odrobiną topionego masła na wierzchu. Potem prowadzono nas, zależnie od rozmieszczenia gości, do pokoju na dole albo na górze nowego domu. Duży, obity granatowym papierem, z oknem na dziedziniec, zwykle dostawał się w udziale cioci Isi, a nam mniejszy od rzeki albo jego odpowiednik na parterze. Pokoje zimą były ciepłe, ale prowadząca do nich galeria i sala jadalna lodowate. Wszędzie pachniało drewnem, czy od woskowanych posadzek, czy od palących się kłód w piecach. Moja babka asystowała naszemu myciu się za parawanem i niezmiernie ważnej czynności rozpakowywania. Z rozmowy dowiadywałam się o tym, co się dzieje, i o tym, co będzie. Zwykle Dziunią w pierwszym zdaniu dawała mi klucz do sytuacji, co zrobiła ciocia Lela albo Tonio, co powiedziała ciocia Isia. Najlepiej utkwiła mi w pamięci taka chwila, zaraz po przyjeździe, już po ślubie Toni, kiedy panna Dziekońska malowała portrety babuni i Madzi. Cały dom zdawał się być tylko zainteresowany malarstwem. Dziunia zaprowadziła mnie do rogowego pokoju na piętrze i pokazała żółtą różę wymalowaną przez siebie pastelami. Za oknem srebrna smuga światła tańczyła na wodzie.

Wydobywszy z kufrów najnowsze suknie i wystrojone w nie, przechodziłyśmy z Mamą do czerwonego salonu, gdzie przewlekle czekano na obiad.

Ciocia Isia mniej więcej o tej samej porze co my przyjeżdżała od strony Mińska. Przyjęcie jej było podobne do naszego, ale może otoczone jeszcze większymi względami. Zdawała się nie zmęczona drogą i już od południa ładnie ubrana i pachnąca. Siedziała za stołem, na sztywnej kanapie pod ścianą, kładąc obok siebie złotą papierośnicę. Na górze, przy rozpakowywaniu jej kufrów, panna służąca wyjmowała różne cenne przedmioty, a dla nas miłe prezenty.

W owych czasach strojono się o wiele więcej niż dzisiaj. Noszono suknie tak zwane wizytowe i powłóczyste. Moda przed rokiem 1900 wzorowała się na stylu Ludwika XV. Spódnice były szyte w falbany i szeleściły jedwabnymi podszewkami, staniki ściśnięte w pasie z bufiastymi rękawami, ubrane koronkami, futrem, haftami. Ruszano się o wiele mniej, a szczególnie w Dereszewiczach żadna kobieta nie uprawiała sportów. Ciocia Klosia występowała w hersowskiej sukni z cienkiego, pastelowego sukna, wypracowanej w zaszewki i przybranej gipiurową koronką. Długa spódnica przeszkadzała jej w ruchach, więc brała ją pod rękę unosząc znad ziemi.

Ciocia Lela, przyjeżdżająca z pobliskiego Bryniewa, wsiąkała do domu niepostrzeżenie, ale prawie zawsze zastawało się ją na miejscu. Z rana tak była zajęta czytaniem, dykcjonarzami, pisaniem dziennika, a potem fryzurą, upinaną na jej głowie przez pannę służąca, że do salonu zjawiała się w ostatniej chwili przed obiadem. Było to zawsze wejście ukartowane z góry, jak aktorki na scenę. Raz skromna, cicha, obrzucała zebranych wejrzeniem powłóczystym, ciemnoniebieskich oczu; innym razem wchodziła głośno i ostentacyjnie dla pokazania nowego stroju. Wszyscy obecni panowie zaraz musieli być wciągnięci w jej orbitę. A jeśli gra się nie udała i nie było pola do popisu, siedziała na boku i tylko od niechcenia dorzucała do rozmowy zdania: Non? Vraiment? – Cen’est pas possible?

Obiad uważałam w dzieciństwie za nudną uroczystość. Składał się on zwykle z zupy z pasztecikami, pieczystego, drugiego mięsa z drobiu albo zwierzyny i słodkiego. W wielkie uroczystości poprzedzano go zakąskami. Bryniew, Łoszyca, nawet Bolcieniki miały doskonałych kucharzy, ale pod względem kuchni ambicje mojej babki nie dorównywały jej gospodarskiej umiejętności. Siedząc u szczytu stołu pytała się tylko ukradkiem: czy Rucio je? Wuj Hieronim, uśmiechnięty i milczący, tylko kosztował potrawy i odsuwał talerz. Przy stole najbardziej honorowany gość siedział po prawej stronie mojej babki. Obok, za węgłem mój dziadek, obok niego milcząca ciocia Klosia, naprzeciwko dziadka ciocia Isia, przy niej zięciowie albo szwagrowie, dzieci i guwernantki od strony kredensu.

Jeżeli zjazd wypadł w zimie, to po skończonym obiedzie, przy roznoszeniu czarnej kawy czy herbaty, już zapadał zmrok i mało zostawało czasu na przebranie się na codzienny spacer po parku albo po drodze wzdłuż sadu, prowadzącej do Hołubnicy. Trudno jest, po dwóch wojnach światowych i krwawych rewolucjach, oddać uczucie bezpieczeństwa, jakie panowało na pustym i zapadłym Polesiu. Okna nie miały okiennic, żadne drzwi dworu prowadzące na zewnątrz nie były zamknięte na klucz. Nie pamiętam złych psów ani wzmianki o stróżu nocnym. Szło się na spacer o zmroku, po śniegu, pustą drogą albo pustym parkiem. Spokój i cisza zalegały wielkie przestrzenie łąk, dębów, zmarzniętych pól i lasów. Może ostatnia smuga zachodu przeglądała przez drzewa i gasła, a wtedy życie, jak gdyby serce tych przestrzeni, koncentrowało się we dworze, w którym powoli zapalały się nieliczne lampy. Nieduża i mroczna świeciła w przedpokoju, dwie w czerwonym salonie, jedna w błękitnym. Noc ogarniała powoli wszystko inne. Przez galerię przechodziłam zawsze szybko, bo mi się wydawała pełna tajemniczego i groźnego niepokoju, i dopiero uspakajałam się zapalając drżącymi rękami świecę w gościnnym pokoju.

Jakże opisać urok dwóch świec w srebrnych lichtarzach? Urok głębokich cieni, jakie od przedmiotów padały na ściany, i nieprzeniknionych mroków czających się po kątach? Mając w świeżej pamięci śnieg i zimę spaceru, tym lepiej się odczuwało ciepło zamkniętego pokoju. Przy takich dwóch świecach, jak mogłam, czytałam, co mi do rąk wpadło, albo poprawiając włosy przed lustrem, myślałam o wszystkich osobach obecnych w domu. Współżycie z nimi było dla mnie wysiłkiem tak wielkim i tak wyczerpującym, że potrzebowałam chwili samotności, aby odpocząć i wrócić do równowagi.

Za wczesnych lat mego dzieciństwa wszyscy schodzili się jeszcze na ranne śniadanie do sali jadalnej. To grono rodzinne najżywiej utkwiło w mojej pamięci w połączeniu z pogodą wiosenną albo letnią. Moja babka i ciocia Kamilka Mikulska zajmowały szczyt stołu od okna. Siedziały w szlafrokach z batystu w kwiaty, przybranych wstążkami i koronkami. Moja babka dawała do pocałowania na powitanie odwróconą dłoń, ciocia Kamilka długą, białą, delikatną rękę ozdobioną pierścionkami. Mój dziadek, który jadł bardzo mało, odwracał krzesło w stronę okna i bystro śledził za czymś w głębi dziedzińca przy stajni albo za ruchem za bramą. Okno było otwarte, salę jadalną zalegała świeżość ranna pokoju zwróconego ku północy, ale cały dziedziniec był już zalany słońcem, już dach zaczynał się rozgrzewać, podczas gdy przy podmurowaniu i jeszcze w cieniu stado wróbli hałasowało tak donośnie, jak gdyby chciało przekrzyczeć siedzących przy stole.

Tocząca się rozmowa prawie zawsze graniczyła z lekkim podnieceniem. Obie starsze panie, pełne kobiecych zastrzeżeń i uprzedzeń, a równocześnie pełne uwielbienia dla mego dziadka, cichymi protestami przyjmowały jego zbyt szczere czy kategoryczne oświadczenia. Mój dziadek nie lubił jezuitów, gotów był ganić politykę Watykanu (zapewne za ugodowość w stosunku do Rosji), a ciocia Kamilka przywoziła z Rzymu ostatnie ultramontańskie poglądy. Polityka babuni krzyżowała zdecydowaną wolę mego dziadka. Krytyka Horwattów zapalała się sporadycznie, tym bardziej że p. Maurycy z Hołowczyc nie odznaczał się bezinteresownością we wspólnym interesie rektyfikacyjnym. Babunia, czując, że teren jest niepewny, poprawiała ręką uczesanie albo palcem przesuwała po ustach i mówiła: nie ma już moich starych Horwattów, ale to nie oznaczało potępienia, bo Horwattowie pozostali jej faworytami. Kiedyś, w taki ranek letni trafiłam na pierwszą dyskusję o nowej sztuce i wierszach Tetmajera. Ciocia Isia, ubrana jak z żurnalu, i młody człowiek, przyjezdny gość, p. Emanuel Bułhak, bronili poety, podczas kiedy starsze pokolenie wołało, „że jego wiersze nie mają treści i sensu”. Jeden z niewyczerpanych tematów dotyczył złych manier i złego wychowania Tyszkiewiczów. Mój dziadek ich nie lubił i swoją antypatię ilustrował anegdotami, zwalczając energicznie opór obu pań; poza tym potępiał szkodliwy wpływ sportów, drwił z tenisa jako wymysłu cudzoziemskiego, gorszył się lekkomyślnością fircyków salonowych, którzy nie skończyli żadnego uniwersytetu, tylko trzy klasy, i to na Pradze. Jako groźne postacie rysowały się też hałaśliwe panny Rakowskie i pani Jakacka, nauczycielka i opiekunka dzieci z Hołowczyc. Wreszcie przy tym rannym śniadaniu usłyszałam pierwsze sprzeczki o głośną sprawę Dreyfusa. Mój ojciec, ku powszechnemu zgorszeniu, twierdził niebacznie, że był on niewinny, a został wysunięty jako ofiara dla ukrycia nadużyć popełnionych przez innego.

Dziunia i ja starałyśmy się zjeść jak najprędzej nasze śniadanie i wybiec na ganek, gdzie stał pleciony wózek pełen kół, młotów i żelaznych bramek do krokieta. Popychałyśmy go po brukowanym bocznym zjeździe i wyjeżdżały wzdłuż krzaków spirei pod staraj amerykańską sosnę w parku. Na liściach igrało słońce. Pnie drzew otaczały mnie zewsząd, pełne smug świetlnych albo skąpane w cieniu. Wózek podskakiwał na korzeniach, które przerastały drogę, a pod drzewami czerwony i zielony mech pokrywał te same korzenie. W gęstwinie drzew pachniało grzybami. Wysoko pod błękitnym niebem chmary ptaszków prześcigały się w świergocie. Wiedziałam, że dwie godziny upłyną nam na zażartych partiach, w których przeważnie będę pokonana, aż od strony domu ukaże się ciocia Klosia, ażeby Dziunię odwołać na lekcję. Widzę ją zbliżającą się ku nam w tym letnim ogrodzie, w luźnej, jasnolila, batystowej sukni, zamyśloną, pozornie bierną, a tak z młodymi łagodną, że żadne spoufalanie się z nią nie wytrącało jej z równowagi.

Okna pokoju cioci Kamilki były otwarte do południa, a na nich wietrzyły się suknie przywiezione z Wiednia. Przywilejem nas, dziewczynek, było zbieranie kwiatów dla jej bukietu, za który dziękowała, każdą z nas po kolei nazywając mignonette cherie. Moda bukietów nie dotarła jeszcze do polskiego dworu, nie ubierano stołów sali jadalnej kwiatami. Bukiet dla ciocia Kamilki był małą wiązanką składającą się z paru róż, rezedy, heliotropu albo werweny. Mieścił się w dużym kubku szklanym do picia wód w Karlsbadzie. Zrywanie tych kwiatów w wirydarzu nad rzeką w godzinach popołudniowych sprawiało mi najżywszą przyjemność. Może dzieci, będąc małego wzrostu, są bliższe ziemi i łatwiej chłoną jej zapachy, toteż skacząc po trawie, między grzędami i klombami, i gromadząc moją wiązankę, rozróżniałam woń każdego kwiatu, ostrość werbeny, słodycz floksów, piżmowatość goździków. Dotykanie się łodyg, ich chropowatość albo gładkość także mnie czarowały. Ciocia Kamila była muzykalna i pod wieczór, kiedy sądziła, że mało jest osób w domu, siadała w błękitnym salonie do fortepianu i wówczas przez otwarte drzwi na ganek ulatywała ku mnie delikatna aria Chopinowskiej etiudy albo preludium i była dla mnie bajecznym, a więc zaczarowanym uzupełnieniem trawy, kwiatów i wielkiej, ciemnej ściany drzew, stojącej opodal. Kiedy słońce prawie gasło, dziadkowie i ciocia Kamilka ukazywali się na ganku i schodzili ze stopni na piasek tarasu, przygotowując się na spacer. Obie starsze panie były przybrane w kapelusze z woalkami, rękawiczki i parasolki, czasem jedwabne pelerynki zdobne dżetem. Towarzyszące im ciotki musiały się posuwać równie powoli jak starsi państwo i często przystawać, jak tylko rozmowa nabierała żywszego tonu i mój dziadek gromił Dreyfusa albo Tyszkiewiczów. Całe towarzystwo zmierzało wzdłuż alei kwiatów przecinającej sad, pełnej zapachu nikocjany i floksów, do trzech ławek ustawionych na placyku, nad brzegiem rzeki. Wielka cisza i pustka zalegały dookoła. Woda Prypeci, szeroko rozlana, płynęła od zachodu ku wschodowi, przezroczysta i bez zmarszczek, odbijając różowo-liliowy kolor nieba. Topole paulinowskie błękitniały, jak widma na zimnym błękicie wschodu. Zdawać by się mogło, że w tej zadumie i ciszy wszystko trwać może wiecznie, że się nic w ogóle nie dzieje, że nic się stać nie może, tylko chłód spadającej rosy zastąpi upał rozgrzanej ziemi, a potem gdzieś nad horyzontem pierwsza gwiazda zabłyśnie drżąc i mrugając.

Co niedzieli, latem, przed południem gromadzono się znowu na ganku od strony zajazdu, ażeby razem ruszyć spacerem na nabożeństwo do kaplicy. Stała ona na samym końcu parku, od strony pola i szczęśliwie uniknęła zaniknięcia w okresie najgwałtowniejszego prześladowania katolicyzmu. Innym dworkom takie prywatne kaplice zostały zabrane na cerkwie prawosławne. Moja babka umiała zażyć mińskiego gubernatora i potrafiła go przebłagać. Z dzieciństwa nie pamiętam księdza, który by mszę odprawiał w kaplicy. W Petrykowie nie było proboszcza. Jedyny ksiądz katolicki, dziekan, mieszkał w Mozyrzu i tak się bał władz rosyjskich, że nabrał zwyczaju mówienia od rzeczy, nie wiadomo, czy dla zmylenia indagacji, czy dla odwrócenia uwagi. Przyjeżdżał on raz do roku do Dereszewicz i wówczas obowiązku zabawiania go podejmowała się ciocia Klosia, znana z cierpliwości, a gdy to się dało, urządzano dla niego partie winta. Obowiązek uczęszczania na mszę w niedzielę był niewykonalny, a gromadka wiernych podążająca latem do kaplicy nie przekraczała rodziny i paru osób ze służby, do których od drogi i jakby ukradkiem przyłączało się trochę starszych kobiet ze wsi Ślązaki.

Jasne, falbaniaste suknie, słomkowe kapelusze zdobne w kokardy z tiulu albo bukiety kwiatów, koronkowe parasolki dodawały strojności towarzystwu, zanurzającemu się w parku. Równocześnie panny służące i gospodynie, także wystrojone i szeleszcząc krochmalonymi spódnicami, spieszyły w tę samą stronę przez aleję świerkową. Szło się środkiem parku, na prawo od krokietu, wzdłuż niższych spirei, pod akacjami do mostku prowadzącego na cmentarz otoczony przez rowy i rudą rzeczką w parowie. Dookoła kaplicy rosły stare drzewa. Była ona nieduża, murowana, miała okna wycięte w gotyckie łuki i gotyckie zakończenie drzwi, na zewnątrz i wewnątrz bielona. Wysoka, a zarazem ciasna, mieściła w środku malutką zakrystię, jeden ołtarz i trzy rzędy niewygodnych ławek. Wysoko umieszczone okna były oszklone kolorowymi szybami i rzucały na białe ściany smugi żółtego i fioletowego światła. Ołtarz był w stylu klasycznym, naśladującym szary marmur. Między jego kolumnami wisiały dwa obrazy, wpuszczone do marmurowej ściany i oprawne w wąskie złote listwy Mater Dolorosa i Chrystus w cierniowej koronie. Mensę przykrywała serweta haftowana w ciężkie róże na kanwie. Moja babka, klęcząc na klęczniku przed kratkami, czytała z książki do nabożeństwa litanie i modlitwy oraz Ewangelię przypadającą na niedzielę. Czasem zastępowała ją ciocia Klosia, a po odmówieniu litanii ktoś ze służby intonował Zdrowaś Maria.

Wychodziło się z kaplicy na upał i świergot ptasi. Białe chustki włościanek i perkalowe suknie służących rozpraszały się powoli wśród drzew, jak plamy jasnych kwiatów. Nie wiem, czy ktokolwiek świadomie stwierdził, ze niedzielne nabożeństwo było jedyną i cotygodniową manifestacją katolicyzmu. Sądzę, że tego rodzaju stwierdzenie obudziłoby obawy przed możliwymi komplikacjami. Unikano starannie wszystkiego, co by mogło mieć pozory manifestacji. Fanatycy katoliccy mieli za złe ówczesnemu społeczeństwu jego ospałość. Prądy liberalne, a więc świeckie, bardzo wtedy przeniknęły umysły, ale wierność dla obyczaju i wrodzona poczciwość robiły swoje. Gdy się zważy, na jakie bezdroża zeszły inne, bardziej energiczne i mędrkujące narody, należy być wdzięcznym polskim dworom za ich silne przywiązanie do wiekowych tradycji i za prostotę i wytrwałość, z jaką umiano ją przechować.

Do roku 1900 co lato po parę miesięcy spędzałam pod opieką M’elle Heleny w Dereszewiczach. Moja matka jeździła do Francesbadu albo znów w Dereszewiczach odbywały się lekcje tańca z dwoma kuzynami z Rudakowa, Wańkowiczami, zwanymi bobasami. Do Dziuni przyjechała w tym czasie z Anglii bardzo przez wszystkich lubiana Miss Emma Grimshaw, która dawała jej lekcje rysunku i sama bardzo przyjemne robiła sketche. Ja uczestniczyłam w tym rysowaniu, ale najżywiej zapaliła się do niego ciocia Lela. Malowała ona razem z Dziunią różne modelki w pokoju nowego domu, dla swego przeznaczenia nazywanym studio.

Punktem kulminacyjnym lata były urodziny mojej babki 4 sierpnia (starego stylu), o wiele huczniej obchodzone niż imieniny w październiku. Różni Horwattowie i Wańkowiczowie wyładowywali ze statku na brzeg, zwykle o nieprawdopodobnych godzinach w nocy. Zacznę galerię tych krewnych od wuja Olesia Horwatta z Barbarowa, jąkającego się lekko i dlatego przezwanego „tego-tego”, i jego żony, cioci Wiwy (z domu Krasickiej) z wielkim nosem, wypukłymi oczami i czubem czarnych włosów, uczesanych trochę jak wronie gniazdo. Płynęła ona krokiem kołyszącym się, podobna do żaglowej łodzi, szeleszcząc falbanami z jedwabiu i koronkowymi wstążkami, dzwoniąc brelokami i powiewając boa ze strusich piór. Była żywa, wesoła, niedyskretna i bardzo lubiła plotkować. Jej mąż, wuj Oleś, chyba od młodości wyglądał na bankiera z komedii Bałuckiego, uroczysty, z grubym złotym łańcuchem na wystającym brzuchu, w binoklach, bardzo próżny, bogaty i skłonny do zgryźliwości. Jego młodszy brat Stanisław, suchy, szczupły, także w binoklach, z długimi spadającymi jasnymi wąsami, uchodził za ministerialną głowę. Czytał mało, ale żywo przejmował się tym, co czytał; jedna książka starczała mu za temat do rozważań na parę lat. Miał wykształcenie prawnicze i dużo wrodzonego zdrowego rozsądku. W Chabnie, leżącym na pograniczu Ukrainy, z żyzną ziemią, urządził chmielarnię i wszyscy interesowali się tym przedsięwzięciem. Ciocia Sofineta była bardzo zgrabna, czarnowłosa, z czarnymi oczami w podłużnej oprawie, mówiła trochę ochrypłym głosem; i strojami, i zachowaniem imponowała starszej siostrze, cioci Leli. Z Narowli przyjeżdżał wuj Edward Horwatt, wysoki, z jasnymi rumieńcami, krótkim nosem i wyrazem twarzy, który znikł razem z epoką, jowialnego pozytywisty. Pełen był temperamentu i humoru; żonaty z prześliczną i pełną uroku Jadwisią, Gusią, z domu Oskierczanką. Tej ostatniej nie pamiętam w Dereszewiczach. Słabego zdrowia, przesiadywała na Riwierze albo w górach. Ani ona, ani jej siostra, równie jak ona ładna, nie cieszyły się uznaniem mojej babki, przeciwnie, budziły silny jej sprzeciw, a to z tego powodu, ze pani Edwardowa miała kiedyś powiedzieć: „wszystkie swoje siostry osadzi na poleskich tronach”, czyli po rezydencjach Horwattowskich. Z Rudakowa przyjeżdżał Stanisław Wańkowicz, także żonaty z Oskierczanką, ciocią Helcią (naturalnie związaną klanowym przymierzem z Oskierczanką z Narowli). Wańkowiczowie tworzyli najbardziej nowoczesną parę, wysportowaną i czynną, najbliższą prototypów angielskich. Wreszcie pan Maurycy z Hołowczyc, wdowiec po Horwattównie z Barbarowa, należący sam do starszego pokolenia, przywoził cztery swoje córki, Marysię, Janinkę, Lolę i Ryte. Janinka miała rysy regularne i wysoką, trochę masywną postawę, była kiedyś, to jest parę lat przedtem, przedmiotem pierwszej miłości Tonia. Najładniejszą była trzecia z rzędu, Lola, mająca piękny rysunek ust, owal twarzy i duże wyraziste oczy. Obecność tych starszych kuzynek przygnębiała mnie, uważałam, że są mało grzeczne, niezależne i nie okazują mi tej życzliwości, do której przywykłam. W dodatku drażniono mnie, że są moimi ciotkami i że muszę całować je w rękę.

Pan Maurycy, z siwą bródką i mefistofeliczną zmarszczką na czole, miał aspiracje artystyczne, trochę malował, bardzo dużo mówił i dyskutował. Siedzące koło niego, grono pań zawsze było wciągnięte w protesty albo dyskusje. On stworzył teorię, że Horwattowie wielkością rodu dorównują Habsburgom. Jego starszy syn Stanisław, ociężały i o wybitnym typie murzyńskim, był żywym zaprzeczeniem wszelkiej dorodności rasy.

W okresie dorocznego zjazdu sierpniowego wypadała doroczna majówka, będąca wyprawą na Kacieczne, czyli łąki położone nad odnogą Prypeci. Służba występowała w przebraniu marynarzy, w białych długich spodniach i bluzach z czerwonymi kołnierzami. Po południu całe towarzystwo domowe gromadziło się nad brzegiem od strony nowego domu, bo schody prowadzące do rzeki były tam mniej strome. Cała moja ambicja zmierzała ku temu, aby mi pozwolono jechać mniejszą łódką z młodymi, jak Tonio, Dziunia, Lola Horwattówna, ale ci młodzi woleli bawić się między sobą, niż czuwać nade mną, a nieznośna ostrożność starszych zawsze zmuszała mnie do siedzenia w wielkiej łodzi. Piękność otoczających mnie widoków trochę mnie potem pocieszała.

Płynąc pod prąd, w stronę południowo-zachodnią, mijaliśmy na przeciwległym brzegu latarnię, nocny sygnał dla statków, i wówczas za nami rozwijała się cała panorama parku, dworu, sadu, odbita w wodzie. Ta woda zaczynała potem błękitnieć, a odbicie wielkich świerków mącić w zygzaki i duża nasza biała łódka, poruszana ośmiu wiosłami, sunęła wzdłuż osypisk piasku i bujnych zielonych traw, podczas kiedy naprzeciwko niska plaża z białego piasku, porosła wierzbą, zakrywała odnogę Prypeci sięgającą do folwarku Już tylko ciemna smuga parku widniała z oddali Trzymając się ciągle na lewo, wjeżdżaliśmy do kanału zarosłego trzciną po obu stronach, na którym liście lilii wodnych tworzyły zwarte wyspy. Gdzieniegdzie wyrastał z nich kwiat o rozwartym kielichu woskowych płatków, zakończonych spiczasto. Po prawej stronie kanału wielkie i stare wierzby, kuliście, nad wodą pochylone, zanurzały w niej swoje gałęzie Z wodorostów wystawał gdzieniegdzie sczerniały pień, a w moczarach porosłych wierzbami roiło się od wodnego ptactwa Wreszcie wjeżdżaliśmy do jeziorka, złączonego z odnogą Prypeci, a zwanego Kaciecznym, gdzie polowano na kaczki. Jesienią łodzie przedzierały się przez pokłady h-sci, ocierały się o trzciny i dobijały do bardziej otwartego brzegu. Słonce schylające się ku zachodowi, błyskało przez wysokie konary dębów i złotymi smugami zalewało przestrzeń łąk. Horyzont, niski i odległy, był zamknięty pasmem zieleni. Na łąkach, jak w angielskim parku, rosły rozrzucone dęby, wierzby i łozy tworzyły srebrzyste kępy, kryjące zwykle małe jeziorka. Rozciągano wielki dywan na trawie, znoszono kosze z jedzeniem, ciastkami, lodami i owocami, wszyscy rozkładali się dookoła dywanu, młodzież już samodzielna i bez guwernantek zapuszczała się ku dalszym dębom. Potem cienie robiły się dłuższe, woda zamieniała się w ciemną głębię, zwijano dywan, wsiadano do łódek, aby popłynąć wzdłuż dąbrowy do rodzaju bramy, stworzonej przez wodę w gęstwinie wierzb i prowadzącej z powrotem do głównego koryta rzeki. Naprzeciwko ukazywał się wysoki brzeg, na którym stała rektyfikacja, odległa o półtorej wiorsty od dworu. Słonce już było zaszło, niebo paliło się złotem i mieniło różowo, na wschodzie kilka chmurek, jak lekkie pióro odbijało ciepło i światło zachodu. Woda również była zaróżowiona i pierwszy chłód unosił się nad jej powierzchnią. Na łódkach, gdzie siedzieli młodzi, zaczynano śpiewać, zwykle piosenkę Moniuszki O rannej rosie, ale starsi przestrzegali, aby nie rozpoczynano pieśni patriotycznych.darashevichy-slavinsk-syadziba-1287-1345495922_b2

Moja babka urządzała żywe obrazy i teatry amatorskie. Snuła dalej tradycję XVIII w. W czasie jednych uroczystości sierpniowych dziedziniec i wirydarz od strony rzeki były pozawieszane kolorowymi lampionami z niebieskiej, różowej i żółtej bibułki.Te rzędy swiecących latarenek, tworzące girlandy na ciemnym tle parku czy oglądane z bliska i w kręgu swoim ukazujące najbliższe rośliny i kwiaty, wprawiały mnie w zachwyt. Przed gankiem, na dziedzińcu paliły się beczki smolne, stopnie ganku stanowiły widownię, a trawnik naprzeciwko scenę.

Przy ogniach bengalskich można było oglądać ciocię Lelę, w atłasowej żółtej sukni, przedstawiającą Tytanie, i Dziunię, z gladiolusem w ręku, w roli chochlika Pucka, następnie Tonia z jedną z Horwattówien w scenie z poezji Mickiewiczowskiej „w gaiku zielonym dziewczę rwie jagody”. Młode panie rywalizowały o swe powodzenie jak aktorki i ciocia Isia bardzo się o to gniewała, ze fajerwerk nie oświetlał w porę jej stroju jako nimfy Kalipso.

W czasie jednego z bardziej uroczystych obiadów, który się odbył w sali jadalnej nowego domu, p. Leon Wartko, marszałek zwany marszałeczkiem, wznosił zdrowie mojej babki, winszując jej, żeby dożyła „kopy lat”. Mogło to być w roku 1893. Nie rozumiałam ani określenia, ani liczby lat, jakie oznaczało, a dziś sama dosięgam tego wieku z wrażeniem, że jestem jeszcze młoda. Najtrudniej jest uchwycić zmianę proporcji, jaka zachodzi w naszej świadomości między dzieciństwem a wiekiem dojrzałym. W każdym razie w dzieciństwie czas płynie o wiele wolniej, pokoje wydają się dwa razy większe, a ludzie starsi równie sędziwi jak patriarchowie z Pisma Świętego.

Dwie kuzynki mojej babki odwiedzały ją w czasie lata, ale nie zawsze w okresie uroczystości sierpniowych. Moje młode ciotki i Tonio przekpiwali te starsze panie i ja, przejmując się ich przykładem, nie miałam dla nich najmniejszego uszanowania. Obie uchodziły za osoby pełne surowych zasad, lubujące się zarazem w przestarzałych przesądach. Ciocia Isia była gotowa zabawiać się ich kosztem, wywołując ich zgorszenie. Pani Helena z Węcławowiczów Wankowiczowa za młodu była piękna i ładnie śpiewała. Synów wychowywała surowo, z tym rezultatem, ze Otton i Aleksander należeli do bezmyślnej i hulaszczej złotej młodzieży. Jako młoda wdowa p. Wańkowiczowa swoim śpiewem czarowała p. Tyzenhausa, ale czar ten nie zaciągnął go aż na ślubny kobierzec. Później przyjaźnią, atencjami, uwielbieniem otaczała biskupa, sama zamieniając się na matkę Kościoła. Pierwsza p. Wańkowiczowa dała mi poznać cechę tak rozpowszechnioną wśród osób pobożnych, a polegającą na dzieleniu znajomych na wybranych i potępionych, z tym że względy rodzinne i osobiste sympatie grały dużą rolę w wyborze i większość Węcławowiczów naturalnie zaliczała się do wybranych. W Dereszewiczach właśnie Ronikierów nazwano les perles de M-me Wańkowicz. Kiedy o los innych chodziło, ciocia Helena podnosiła tylko czarne brwi w górę i trzęsła głową i kolczykami z pereł w kształcie gruszek. Druga przyjaciółka babuni była jej ciotką, drugą żoną p. Ottona Horwatta i bezdzietną wdową. Należała do rodziny o usposobieniu spartańskim i siostrzenice Mogilnickie chowała surowo. Drobna, szczupła i z gładko uczesanymi włosami, sądzę, że musiała być przyjemna, ale też krytyczna w stosunku do pogańskiej atmosfery Dereszewicz. Jej brat, p. Edward Woyniłowicz, człowiek nieprzeciętny, zostawił po sobie ciekawe pamiątki, a za moich młodych lat stał na czele szlachty mińskiej, dobrze administrował dużą fortuną i popierał politykę ugodową.

Święta Bożego Narodzenia nastrojem, a nawet rodzajem gości różniły się od zjazdów letnich. Horwattowie nie brali w nich udziału, za to ukazywali się na nich zięciowie, przeważnie nieobecni latem. Ich współudział w życiu rodzinnym zdawał się luźny, oni sami jakby znudzeni. Już od południa zasiadali do pikiety, przy stoliku w małym saloniku prowadzącym do galerii, i tam wśród papierosów grali we dnie, a potem przy zapalonych świecach, z twarzami skupionymi, zamieniając krótkie, karciane przysłowia. Przechodząc mimo słyszałam: „nim co, przyjm to” albo „strasznych rzeczy jestem świadkiem”. Mój dziadek nie znosił choinki i twierdził, że to obyczaj niepolski, ale niemiecki, więc od najdawniejszych lat przygotowywano ją ukradkiem w sali jadalnej nowego domu, gdzie po pierwszej uroczystości w wieczór wigilijny stała długo, połyskując srebrnymi łańcuchami i rozsiewając dookoła zapach jabłek i igliwia.

Otrzymywałyśmy z Dziunią bardzo dużo ładnych prezentów, ale tak często bywałyśmy obdarzane w ciągu roku, że nie czekałyśmy na nie z tym podnieceniem, jakie utarło się wśród dzieci innych krajów i późniejszego pokolenia. Przy kutii łamano się opłatkiem i zjadano tradycyjne potrawy, powszechnie uważane za bardzo złe. W czasie takich świąt pierwszy raz usłyszałam rozmowy o Krzyżakach, drukujących się w „Tygodniku Ilustrowanym”, i pierwszy raz zaczęłam czytać Quo Vadis? w wydaniu dla młodzieży.

Z zabaw uprawiano ślizgawkę, która dla mnie była torturą, bo mi marzły nogi, szczególnie w czasie jakiegoś pobytu w Bryniewie, na sadzawce ustrojonej w kolorowe lampiony. Drugą grą powtarzającą się co wieczór był dżenkins. Zięciowie nie dawali się oderwać od stolika z kartami, ale wszyscy inni zasiadali do dużego stołu, przykrytego pledem, w sali jadalnej nowego domu. Tonio i ciocia Klosia prezydjowali, ja zaś drżałam ze strachu, żeby nie dostać do ręki srebrnego rubla i nie zdradzić ukrytego pod dłonią skarbu. Ciocia Lela wodziła, wołała męża do pomocy, starała się przeniknąć psychologię strony przeciwnej, próbowała szantażu albo gry w zgadywanego, wodząc od jednej ręki do drugiej i mówiąc: un petit coq sur le mur, qui picotte dupain dur… etc, a kiedy ręka ukrywająca rubla podniosła się przedwcześnie, krzyczała i wiła się od śmiechu; a ja, czerwona z podniecenia, uczestniczyłam w ogólnej wrzawie.

Za owych zimowych pobytów zaczął się zaprowadzać zwyczaj roznoszenia śniadań na tacach do gościnnych pokoi. Moi dziadkowie wstawali zawsze wcześnie i babunia, w szlafroku, z koronką we włosach, obchodziła potem kolejno swoich gości na poufniejsze rozmowy, które się nazywały „ciepłe nóżki”. Rozwałkowywano wtedy tematy znane lub najnowsze. Jako dziewczynka wybiegałam też wcześniej i z kolei składałam wizyty ciotkom. Wsuwałam się do cioci Isi, ale tam prędko wyczerpywałam moje zasoby towarzyskie i biegłam do cioci Leli, często mieszkającej w pokoju cioci Kamilki, w starym domu. Przyjmowała mnie zawsze jak najgorzej, dopóki wytrwałością i dobrą wolą nie zdołałam jej pozyskać. Kiedy pierwszy raz zobaczyła mnie po swoim ślubie, zawołała: Mon Dieu, comme elle est laide, ale potem bawiła się ze mną jak kot z myszą, choć była obdarzona czymś dla dzieci bezcennym, podobnie jak ciocia Klosia traktowała je jak dorosłych i sobie równych. Była jeszcze na tyle młoda, niefrasobliwa i wrażliwa, że każde zdanie, każda głupia uwaga wydawały się jej pełne znaczenia, a tym samym skłaniała do poufności. I tak, siedząc w jej towarzystwie, pozbywałam się ciążącego mi dzieciństwa i nieznośnego braku równouprawnienia.

Do gości zimowych należał dr Nawrocki, który osiadł w Petrykowie chyba w latach siedemdziesiątych i nigdy z niego nie wyjeżdżał. Stary kawaler, miał pewne aspiracje literackie i artystyczne, a stosunki z Dereszewiczami były jedyną jego rozrywką. Moja babka pożyczała mu książki i nie ograniczała swojej dla niego życzliwości do utartej formułki: il faut lui dire ąueląms mots aimables. Młode ciotki, kierując się zasadą, że zalotność jest sztuką dla sztuki, rywalizowały o jego względy. Wyobrażam sobie, ile radości i wzruszenia, jakie anielskie rozrzewnienie budziły tym zachowaniem w sercu doktora, który mały, krępy, siwiejący, dla przypodobania się cioci Leli, sapiąc wytańcowywał mazura. Z właściwym Polakom brakiem ścisłości dr Nawrocki nigdy nie wiedział, jak się nazywam, Janina czy Eugenia, ale miał mi za złe moje niemieckie nazwisko i patrząc na mnie mówił „Jenia krzyżak”. Pojęcia jego o medycynie były słabe i każdą silniejszą gorączkę określał jako „tyfusik”. Ta jego diagnoza była tak znaną, ze kiedy wzywano go do chorego przepowiadano, ze powie ,tyfusik pani marszałkowo – tyfusie.

Prof Popowski przyjeżdżał z Petersburga. Stosunki z nim zawiązały się, kiedy mój wuj Antoni, chodząc do szkół, mieszkał u mego na stancji. Prof Popowski pochodził z dobrej, ale zrujnowanej rodziny wołyńskiej i wykładał język francuski. Był otyły, ryżobrody, lubił dobrą kuchnię, znał się na winach, naturalnie mówił świetnie po francusku i młodym panienkom zalecał czytać Prascovie ou la jeune sibenenne hr de Maistre. Wedle zasady, kto na placu ten nieprzyjaciel, był równie rozrywany i kokietowany jak dr Nawrocki, uchodził też za lepszego tancerza i brał udział w rożnych kontredansach na balach brymewskich.

Częstymi tez gośćmi byli Ordowie, Stanisław i Karol, synowie Wandy z Kieniewiczów, siostry mego dziadka. Karol miał za dużą głowę, Stanisław układ i rysy bardziej poprawne, ale wkrótce na balu w Warszawie dostał ataku szału. Mój dziadek nie znosił tańców, które z tego powodu urządzano ukradkiem, i dlatego za szczyt przyjemności uchodziła jazda do Brymewa, połączona z balem. Dla dogodzenia żonie wujcio Rucio sprowadzał orkiestrę z Petrykowa, opróżniano z mebli salę jadalną i obaj wujowie, Ordowie, dr Nawrocki i Popowski tworzyli we frakach zastęp tancerzy, a Lela z wachlarzem, w powłóczystej sukni pokazywała w mazurze wszystkie swoje gracje. Kiedyś urządzono rodzaj kuligu. Tonio i Dziunia wystąpili po krakowsku, Staś Orda w czerwonym fraku, M-elle Helena jako cyganka, mnie ubrano w stary kostium Pucka Dziuni. W czasie innych świąt przygotowano o wiele swietnejsze kostiumy, dla Dzium sprowadzono z Warszawy empirową jasnozieloną suknię i do tego kapelusz z różowego tiulu. Cóż, kiedy niepokój malujący się na twarzach mojej babki i cioci Klosi nie dał się ukryć. Na folwarku panowała szkarlatyna i mój ojciec, słusznie zresztą nie wierząc, ażeby przestrzegano kwarantanny, z dnia na dzień postanowił, że musimy wyjechać. Żeby mnie pocieszyć w tak strasznym zawodzie, w przeddzień naszego wyjazdu zaimprowizowano tańce w niebieskim salonie, w mazurze, podnosząc kieliszek, Tonio zawołał na moją cześć: „Niech żyje królowa balu!”, ale nie uczestniczyłam w prawdziwym wieczorze i rzecz dziwna, był to ostatni z balów brymewskich.

Długą jesień i zimę 1898 r spędziłam w Dereszewiczach pod opieką M-elle Helenę i cioci Klosi. Moja matka bawiła dla kuracji w Dreźnie, moi dziadkowie podróżowali a potem kurowali się w Warszawie. Ze wszystkich pobytów w Dereszewiczach, kto wie, czy ten nie zaliczał się do najmilszych. Najpierw pierwsze przymrozki co rano pokrywały trawę gęstą rosą, z grzęd można było jeszcze zrywać ostatnie astry i goździki, a pod kasztanem nad rzeką leżały w popękanych skorupach brunatne owoce. Konary drzew rysowały swoje ciemne gałęzie na tle nieba, które stawało się coraz zimniejsze i podobne do tafli lodu. Ścieżki parku były grubo zasłane żółtymi liśćmi, które z szelestem poruszały się pod stopami, a rzeka, latem zakryta gąszczem, połyskiwała teraz z daleka ciemnoniebieską powierzchnią. We dnie słońce rozgrzewało od południa ścianę domu, ale krwawe zachody wróżyły zimne noce. W przerwie między lekcjami, w południe, ciocia Klosia przy bufecie w sali jadalnej dawała nam przekrojone bułeczki, posmarowane ciemnym miodem. Dziunia czytała Talizman Waltera Scotta i wtajemniczała mnie we wszystkie przygody wojen krzyżowych. Chodziłyśmy na spacer po brzegu drogi i alei prowadzącej do Hołubicy. Wielkie bruzdy błota i rozlane kałuże drogi były pełne opadłych liści. Czas, który tak się dłuży w dzieciństwie, zupełnie mi nie ciążył.

Koniec tego roku upamiętnił się ulgą w rządowym ucisku i wielkimi uroczystościami przy odsłonięciu pomnika Mickiewicza w Warszawie. Obchodów było potem tak dużo, że wydawały się czcze i bezcelowe, ale ten pierwszy, po długim i ponurym ucisku, wstrząsnął całym krajem i rzeczywiście był zapowiedzią lepszej przyszłości. Moi dziadkowie z właściwą sobie żywością przeżywali każdy szczegół warszawskich ceremonii, szczególnie chwilę, kiedy zasłona spowijająca pomnik spadła wśród głuchej ciszy, bo rząd nie pozwolił, na przemówienia po polsku.

Moja babka dla upamiętnienia tych tak ważnych wydarzeń urządziła w czasie Świąt Bożego Narodzenia domową akademię na cześć Mickiewicza. Kazała uszyć dla mnie i dla Dziuni białe kontusiki, obramowane puszkiem i z czerwonymi wylotami. W salonie błękitnym wśród doniczek z oranżerii postawiono biust poety, opleciony zielenią. Ciocia Lela przy fortepianie zagrała mazurka Chopina, Dziunia i ja wystąpiłyśmy w naszych kontusikach i zadeklamowały bardzo liche okolicznościowe wiersze babuni, a następnie Świteziankę i Trzech Budrysów, Tonio grę Wojskiego. Wierszy uczyłyśmy się z dwóch tomików wydania paryskiego, przechowywanych skrzętnie pod kluczem jako literaturę nielegalną. Kufry mojej babki po powrocie z podróży były wyjątkowo pełne prezentów, a szczególnie najnowszych książek.

Obchód Wielkanocy był na Polesiu równocześnie świętem wiosny, która zaczynała się tam o parę tygodni wcześniej niż na północnej Wileńszczyźnie. Wylew Prypeci sięgał prawie do horyzontu, z wody wystawały tylko wierzchołki większych drzew na łąkach. Na jasnej tafli wody tańczyły smugi słońca, krzaki spirei pokrywały się zieloną mgiełką, na kasztanach i bzach pęczniały pąki i niebieski barwinek kwitł w cieniu drzew. Wszystkie okna stały otwarte, wiatr powiewał białymi firankami. Przygotowanie do święconego odbywało się w domu pełnym przeciągów. W sobotę wieczór niesiono przez dziedziniec, jak w procesji, baby, drewniane podstawki z mazurkami i półmiski z mięsiwem. Święcone urządzano tradycyjnie w bibliotece, na piętrze starego domu, której trzy okna wychodziły na balkon, z widokiem wprost na rzekę. Pośrodku długiego stołu stała zielona altanka, a w niej baranek z cukru z czerwoną chorągiewką, baumkuchen stał zawsze od strony rzeki, głowizna, udekorowana widłakami, od strony drzwi prowadzących na schody. Wzdłuż szafy z książkami, przy osobnym stole zasiadała służba i oficjaliści, trzy inne stoły były ustawione naprzeciwko, pod lustrem i obrazami Sybilli i Bachantki, malowanymi przez pannę Jadwigę. Moja babka witała wchodzących, trzymając w ręku talerzyk z pokrojonym w plasterki jajkiem święconym. Wszyscy mówili o jedzeniu, pamiętano o upodobaniach każdego przy pieczeniu mazurków. Moja babka niepokoiła się, czy głuszec jest dostatecznie miękki, potem powstawało zamieszanie, czyli tak zwany gwałcik, bo albo barszcz podano za zimny, albo zabrakło majonezu. Wujcio Rucio z uprzejmym niedowierzaniem kosztował mazurka z serem. Zwabiona zapachem hiacyntów w doniczkach, pierwsza pszczoła, brzęcząc, wlatywała przez okno.

Po obrzędzie święconego trwającym przeszło dwa dni biblioteka schodziła do rzędu mieszkalnego pokoju, używanego albo przez gości, albo przez domowników. Mahoniowe łóżka wracały na swoje miejsca pod Sybillę i Bachantkę, kanapa pod lustro. Ciocia Klosia miała pod swoją pieczą klucze od wszystkich szaf z książkami. Najstarsze książki zajmowały całą ścianę w dużym pokoju na piętrze, ale pełno było innych w galerii nowego domu, w przejściu przed przepierzeniem prowadzącym do pokoju cioci Kamilki. Na stołach obu salonów leżały cenniejsze wydania ilustrowane, Pan Tadeusz i Maria Malczewskiego z rysunkami Andriollego, wydania francuskie z epoki Ludwika Filipa, Les femmes de la Biblie, Les femmes de Shakespeare i główki Stachiewicza do powieści Sienkiewicza. Wszystkie kochałam i znałam na pamięć, wertując też oprawne „Tygodniki Ilustrowane” i „Kłosy”.

Intelektualna kultura Dereszewicz była najbardziej zasadniczą cechą tego domu. Żadnej gazety rosyjskiej nie widziałam tam nigdy, za to stale przychodziły „Kurjer Warszawski” i „Biblioteka Warszawska”. Zaprzyjaźniona z moją babką księgarnia Hoesicka przysyłała jej dwa razy do roku wszystkie nowe książki polskie, a nawet później namówiła do abonamentu „Chimery”. Dawniejsze roczniki „Revue des Deux Mondes”, przychodzące chyba od czasu założenia, były schowane w szafach na górze, ale ostatnie zeszyty zalegały wszystkie stoły i należały do najlepiej mi znanych od dzieciństwa. Wszystkie marzenia cioci Klosi odbywały się z zeszytami „Revue des Deux Mondes” w ręku, bo pozorna jej bierność i zamyślenie kojarzyły się zawsze z jakąś książką. Różne okresy prądów literackich poznałam prawie bezwiednie z rozmów zasłyszanych między starszymi. Najmniej dostępne były rzędy starych tomów oprawnych w skórę, które stały na górze, wydania Voltaire’a, Rousseau’a, Montesąuieu, Thiersa. Mój dziadek szczególnie lubił powieści George Sand i Dumasa ojca. O wszystkim, co przeczytał, tak jak o własnych snach, umiał barwnie opowiadać. Trochę później sceny z Popiołów gorszyły go niewymownie. Ciocia Klosia nie miała żadnych zdecydowanych upodobań; Notre Damę de Paris czy L ‚Aiglon Rostanda poruszały ją w równej mierze, ale przyszedł dzień, kiedy własnoręcznie wyjęła z szafy i dała mi do ręki pierwsze wydanie książki, która miała tytuł La Chartreuse de Parme. Jeżeli w czym gustowała bardziej, to w utworach o bujnej wyobraźni, z natchnieniem romantycznym. Zola i krańcowy naturalizm mało kogo pociągały, historię polską czytano więcej od powieści, a w książkach francuskich rozczytywano się więcej niż w polskich, szczególnie w artykułach o sztuce i literaturze Theodore de Wyzewa, Arvede Barine, Chevrilon i innych. Francuszczyzna, tak niesłusznie wykpiwana przez polskich autorów, była podstawą cywilizacji europejskiej w Polsce i różni politycy, deklamujący o naszej łączności z Zachodem mieli o niej o wiele mniej pojęcia niż każda oczytana pani w polskim dworze.

Nawet biorąc w rachubę ówczesną przesadną uczuciowość, przyznać muszę, że każdy wyjazd z Dereszewicz był dla mnie bolesnym przeżyciem. Traciłam rożne przywileje, szczególnie wolne współżycie ze starszymi, i wracałam do mojej roli zwykłej dziewczynki w domu, gdzie smutek przytłaczał mnie z daleka Nie to mnie jednak bolało przy pożegnaniach, a żałowałam każdej minionej chwili, jako bezpowrotnej. Kiedy konie ruszyły spod ganku i okrążywszy studnię, biegły topolową aleją, już wtedy w dzieciństwie martwiłam się brakiem trwałości domu i życia, które kochałam Obawiałam się każdej zmiany, gniewała mnie każda innowacja, gotowa byłam sprzeciwiać się przeróbce studni albo budynku na dziedzińcu. Uczucia te były po części echem smutku ciążącego nad całym krajem, wzmianek o czyjejś ruinie albo wydziedziczeniu, ale za tym czaiła się intuicyjna trwoga, że życie kryje w sobie jakąś grozę.

Żyli już wówczas późniejsi burzyciele cywilizacji europejskiej, Stalin i Hitler, wspominano czasem o zamachach anarchistów. Świadomie już wówczas miałam żal do czasu o to, że płynie nieubłaganie.

Krajobraz i dom dereszewicki tak żywo i ciągle były mi przytomne, że co nocy wracałam do nich i wszystko, co śniłam, rozgrywało się na tle salonów i rzeki. Jak scena teatru, ten świat snów był ograniczony na lewo topolami Paulinowa, na prawo zakrętem Prypeci…

 

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany