Jak wyglądało Polesie widziane z siodełka motocykla niemal sto lat temu? W 1928 roku dr inż. Michał Affanasowicz wraz z żoną wyruszył w niezwykłą podróż po swoich rodzinnych stronach, a jej pełną humoru relację opublikował na łamach magazynu motoryzacyjnego „Auto”. Na trasie znalazły się m.in. Brześć, Kobryń, Prużana, Puszcza Białowieska, Grodno, Słonim i Różana. Były niespodziewane przygody, awaria motocykla i pomysłowa naprawa w Twierdzy Brzeskiej, a także zabawne spotkanie z Poleszukiem, którego spłoszony koń wywrócił wóz. Autor z reporterską swobodą opisuje mijane miejscowości, dwory, krajobrazy i stan ówczesnych dróg, przeplatając obserwacje osobistymi wspomnieniami z dzieciństwa. Szczególnego uroku dodają tej opowieści żywe dialogi, dowcipne komentarze i zachwyt nad przestrzenią poleskiej krainy, w której – jak pisał – czas nie miał wielkiego znaczenia.

Trzy tygodnie urlopu w lipcu tego roku postanowiliśmy z żoną spędzić „na motorze”, i to zarówno dosłownie jak w przenośni. Miałem zresztą dość obwodu przemysłowego, z jego kominami, dymem i gorączką codziennego życia. Pragnąłem wypoczynku gdzieś na wielkich przestrzeniach – gdzie czas nie ma wielkiej ceny, a parę dni mniej czy więcej – nie gra roli. Wybór padł na Polesie. Są to zresztą moje strony rodzinne, którym od paru lat należała się ode mnie dłuższa wizyta – pozatem żona znała je tylko z krótkich, przelotnych podróży, a pragnęła poznać lepiej.
Krótkie wybory do podróży i oto my oboje i nasza „Krzywa“ 500 cc O. H. V.-B. S. A. jesteśmy kompletnie gotowi do drogi.
Pierwszy etap z Bielska do Warszawy mija bez wrażeń. Parę dni pobytu w Warszawie i oto pewnego pięknego lipcowego poranka wyruszamy w kierunku na Brześć n. B.

Dość dużo słyszałem o fatalnych brukach stolicy, to jednak na co trafiłem, tuż za Mostem Poniatowskiego – przeszło moje oczekiwania. Takich „kocich łbów“ mogłyby pozazdrościć nawet – Sosnowiec. To też uroczyście i pomału, jakie 10 km. na godzinę, wędrujemy przez całą Pragę aż het za Wawer. Biedna maszyna w konwulsjach i podskokach posuwa się naprzód – klnąc zapewne w duchu kraje – gdzie w XX wieku, wieku kostki, asfaltu i betonu, – stolice brukują swe arterje – kocimi łbami. Co do mnie, nie powiem żeby „kocie łby“ pozbawione były całkowicie uroku. Owszem – przypominają one dawne czasy, kopulaste cerkwie, galopujące trójki, sympatycznych, wypchanych słomą „jamszczyków“ i „szeroką naturę“. Lube wspomnienia!
Wróćmy jednak do „kocich łbów“. Jako urodzony Poleszuk, nie biorę rzeczy zbyt tragicznie, rzecz wszelka na świecie ma swój koniec – więc i haniebny bruk stołeczny skończy się przecież może już nawet przed Siedlcami. W rzeczywistości kończy się szczęśliwie kilka kilometrów za Warszawą, aby w sposób najmniej spodziewany przejść w świeżą walcówkę. Doskonale, szosa pusta, tempo 80 – i w chwilę potem wpadamy w doły i wyboje nic nie pozostawiające do życzenia. Wogóle szosa do Siedlec składa się z krótkich przeważnie doskonałych kawałków, to znów z wyboi i dziur – ani rusz wziąć jakiegoś ludzkiego tempa, a 35 km. na godzinę wyduszone jest z trudem i poważnem niebezpieczeństwem dla własnych wnętrzności.
Po dobrych trzech godzinach docieramy do Siedlec, jemy obiad, nieco odpoczywamy.
Dalej droga lepsza: 50-60 km./godz. tu i owdzie możliwe. Tak do Międzyrzeca. Krótki postój, przy sposobności naturalnie zbiegowisko autochtonów i co prędzej dalej: Do Białej wcale nieźle. W Białej kocie łby i dziury okropne. Wpadamy w jedną z nich tak, że maszyna omal nie jękła ludzkim głosem. Na rynku mijamy masę autobusów – ale jakich – pożal się Boże! Widziałem wiele pozostałości „wielkiej wojny“ – ale równie nędznych maszyn – nigdy. Brudne i obdarte do niemożliwości, powiązane i podrutowane – pogięte i pokrzywione, przypominały szereg chabet, chudych z opuszczonemi łbami – z komiczną obojętnością oczekujących swego losu. Mijamy to cmentarzysko żywych trupów i ruszamy dalej, biorąc dyrekcję na Brześć. Musiał jednak ktoś spojrzeć na nas złem okiem lub poprostu skutek wpadnięcia w dziurę na rynku – gdyż na 6-ym kilometrze pęka nam sprężyna przy przednich widłach. Marny widok. Skąd wziąć drugą – do Gdańska daleko. Wiążę to jakoś paskami i pozostałe 24 km. do Brześcia piłujemy jedynką trzęsąc się niemiłosiernie.
Noc w Brześciu minęła niewesoło. Jechać dalej niepodobna – czekać na nową sprężynę można i dwa tygodnie. Rankiem udaję się do twierdzy, gdzie w elektrowni ma być jakiś sprytny mechanik. Istotnie, naprawia mi pękniętą sprężynę tak skutecznie, iż po dziś dzień jeżdżę na niej, mimo, że oddawna mam nową w zapasie. Ilustracja zamieszczona obok, wskazuje w jak prosty a dowcipny sposób prymitywnymi środkami została reparacja dokonana.
Po południu ruszamy dalej w kierunku na Kobryń. Szosa dobra i w wielu miejscach na dużych przestrzeniach naprawiona. Tu już jestem u siebie. Mijamy znane mi wsie i dwory. Zwalniam tempo. Krajobraz staje się szeroki i pusty. W ciszy słonecznego lipcowego popołudnia rozlewa się niczem niezmącony spokój. Zdaje się, że za czasów Światowida było tu tak samo, tak jest dziś, i tak zapewne będzie długo. Po polach snuje się zaduma i cisza. I oto stoimy u wrót kraju – gdzie czas niema wielkiego znaczenia – gdzie są zakątki tak zapadłe i odległe, iż jako fakt opisuje jeden z naszych historyków, iż w roku Pańskim 1876 zabrnął w tak zabitą deskami od świata miejscowość na Polesiu, dokąd nie dotarła noga żandarma rosyjskiego, i gdzie go z całym spokojem spytano: „A jak też miewa się miłościwie nam panujący Stanisław August?“

Ale oto Kobryń, z którym związane są moje wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa. Nie zatrzymujemy się wcale i za chwilę jesteśmy na szosie do Baranowicz. Tu nawierzchnia doskonała. W 7 minutach przebywamy 10 klm., zjeżdżamy na polną drogę i po kwadransie wpadamy w objęcia mojej bliższej i dalszej rodziny pod dachem starego dworu wuja w O. Parę dni wypoczynku na łonie rodziny i przy przedziwnej obfitości darów Bożych – mija jak jedna chwila, i oto znów wczesnym rankiem wyjeżdżamy na szosę. Cel podróży: Grodno przez Prużanę, Puszczę Białowieską i Białystok – razem 258 km. Droga doskonała – co za jazda!
Mijamy w pędzie wsie i folwarki, tak mi dobrze znane. Ileż to razy konno, bryczką czy poprostu piechotą przemierzałem te drogi. Dziś przebywane na grzbiecie stalowego rumaka – jakże wielkie mi się wydają. Jesteśmy na szosie do Prużany, po chwili skręcamy w bok, paręset metrów jedziemy wąziutką dróżką leśną, smagani po twarzach gałęziami, rosnącej po obu stronach drogi olszyny, aż wreszcie wyjeżdżamy na obszerną polanę, porośniętą brzozami, a pod niemi mały pochylony, porosłą mchem strzechą nakryty- stary jak świat – domek mojej matki.
Po krótkim postoju ruszamy dalej. Droga do Prużany bardzo dobra, zwłaszcza ostatnie 12 km. od Linówki, to też w małe pół godziny jesteśmy na miejscu.
Prużana, powiatowe miasto woj. poleskiego, niczem nie różni się od innych miast tutejszych. Z przyjemnością stwierdzam, że pod rządami polskiemi bardzo wyszlachetniała, jest czysta i bardziej europejska, a o ile zdołałem dostrzec w przelocie, wcale przyzwoicie zabrukowana. Od Prużany do Puszczy 28 km. Charakter drogi się zmienia: traci sakramentalną prostolinijność i staje się bardziej malownicza. Pozatem teren z płaskiego przechodzi w coraz bardziej falisty. Na drodze pustka, nie spotykamy na całej przestrzeni żywej duszy, dopiero przed samą Puszczą spotykamy wóz w nędzną szkapinę zaprzężony. Mijam go ostrożnie i z respektem, łatwo bowiem o niespodzianki w tym kraju, gdzie konie tak mało są przyzwyczajone do aut, a jeszcze mniej do motocykli.

Pamiętam parę lat temu na tej samej szosie spotykam furę. Koń nie zwraca najmniejszej uwagi na zbliżający się motor. Na wozie chłop – typowy Poleszuk. Mijam dość śmiało. Naraz koń staje dęba i tyle tylko zdołałem zobaczyć, że wszystko w rowie. Zatrzymuję maszynę, odwracam się i widzę, że koń galopuje het po zagonach, a z pod wywróconych półkoszków gramoli się mój Poleszuk. Robię mu boleściwe wyrzuty na temat nieuwagi i niedbalstwa. Chłop skrobie się w skołtunioną głowę, przyczem wywiązuje się charakterystyczny dialog. Na moje żale odpowiada:
– A chtóż joho wiedał, panoczku, że jon skoczyć.
– Jakto, przecież wiecie, że się boi, trzeba było ściągnąć lejce, zleźć z wozu, lub dać znak.
– Wiedać wiedał – ale myślał, może nie skoczyć, a taki skoczył, ch… Dobry koń! – dodaje po chwili z uznaniem.
Co tu gadać wobec takiej argumentacji… Przedewszystkiem ostrożność. Widziałem niejednokrotnie, że spłoszony koń skacze nie do rowu, lecz na środek szosy i to wprost pod koła.
Jesteśmy jednak już w Puszczy. Ślicznie tu. Droga idzie zbitym wysokopiennym lasem. Puszcza, aczkolwiek przetrzebiona przez Niemców, nie straciła wiele na swym majestacie. Jedziemy wolno, aby dłużej napawać się jej urokiem. Mimo to dziwnie szybko mija 48 kilometrów, i oto jesteśmy w sercu Puszczy – w Białowieży. Tu zatrzymujemy się parę godzin. Zwiedzamy muzeum puszczańskie w Zameczku Myśliwskim, oraz udajemy się do „Rezerwatu”, czyli części Puszczy, pozostawionej w stanie pierwotnym. Nie ma niestety już największej atrakcji Puszczy – Żubrów. Wyginęły pod kulami „kulturträgerów”.

W Puszczy warto pozostać dni trzy-cztery, aby móc ją poznać z jej wszystkiemi osobliwościami, charakterystyczną florą i fauną. Pozatem niezmiernie ciekawe są osady ludzkie, na polanach w głębi Puszczy porozrzucane.

28 km. z Białowieży do położonej na jej skraju Hajnówki przebywamy w jakie pół godziny, a po zwiedzeniu w Hajnówce Szkoły Przemysłu drzewnego i zakupieniu paru pamiątek ruszamy dalej i wkrótce trzęsiemy się po bruku Bielska Podlaskiego, kierując się na Białystok. Od Bielska droga wiele gorsza zato z przyjemnością widzimy, że na wielu kilometrach jest w przebudowie, i to gruntownej. Pozatem widzimy, roboty przy drogach zupełnie nowych. Widać, że czynniki miarodajne, nie szczędzą trudu, aby stan dróg postawić na odpowiednim poziomie. […]
Czas upływa, a artykuł ciągnie się w nieskończoność. Spieszmy więc.
Następnego ranka wyruszamy w podróż powrotną do Kobrynia. Tym razem w tempie nader powolnem przez Wołkowysk, Słonim i Różanę, zmierzamy do celu odległego o 282 km. Drogi doskonałe – zatrzymujemy się tylko w Słonimiu na obiad, a w Różanie zbaczamy nieco, aby zwiedzić ruiny pałacu Sapiehów, poczem przez Puszczę Różańską – zupełnie odmienną charakterem od Białowieskiej, docieramy do Prużany, skąd już w niespełna godzinę zajeżdżamy przed ganek dworu wujostwa, gdzie zapadamy na tygodniowy zasłużony odpoczynek.

Oto i koniec opisu wycieczki – bo przecież nie warto opisywać powrotnej drogi do Bielska.
Wycieczka dała nam kompletne spełnienie pokładanych nadziei. Niezmiernie ciekawa krajoznawczo – znakomicie wypadła pod względem sportowym. Nigdzie bowiem nie użyłem w takiej pełni prawdziwej przyjemności i emocji pędu, co na зoleskich długich, prostych i przeważnie, jak na nasze stosunki doskonałych drogach.
W ogólności niezmiernie bym polecał wycieczki indywidualne i zbiorowe na motorach w te strony. Możliwość warjantur jest tu nader duża. Przecież opuściliśmy zupełnie Nieśwież i Nowogródek, Wilno i Wileńszczyznę, Troki i jezioro Trockie, Ponary, wreszcie Lidę, Baranowicze i całą tak ciekawą i charakterystyczną Pińszczyznę.

Oczywiście nie wszędzie da się dotrzeć motorem, ale wszędzie niemal można podjechać do jakiegoś określonego miejsca, skąd końmi, koleją – czy parowcem można zwiedzić wiele miejsc krajobrazowo pięknych, a historycznie ciekawych. Sieć dróg bitych jest tu stosunkowo rzadka – istniejące jednak drogi są przeważnie bardzo dobre, co w wysokiej mierze podnosi urok sportowej strony wycieczek tu kierowanych.
Bielsko, w październiku 1928 r.
Dr. Inż. Michał Affanasowicz
Foto: MuFo, katalog online, zbiory.mufo.krakow.pl






