Początki mojej edukacji w Telechanach

W szkole polskiej – 1938 rok

Zagłębiam się we wspominki początków mojej edukacji w szkole, gdzie trafiłem w wychowawcze ręce młodej przystojnej nauczycielki, którą wszyst­kie dzieci w szkole nazywali Kundzią. Widocznie na imię miała Kunegunda. Nie pamiętam nazwiska swojej pierwszej nauczycielki, wysokiej blondynki. Natomiast pierwszaków z równoległej klasy, edu­kowała też młoda i ładna nauczycielka, pani Gwiazdorska.

Ciekawe, że na urodę naszej Kundzi chłopcy byli niewrażliwi, natomiast dziewczynki często szczy­ciły się nią, robiąc przechwały przed pierwszakami sąsiedniej klasy.

– A nasza pani jest najładniejsza w szkole, co tam wasza!

Wtedy atakowane wychowanki pani Gwiazdow­skiej rewanżowały się wywalaniem języków, wykrzy­wianiem twarzy i wymyślaniem przezwisk.

st1Większość uczniów mojej klasy stanowiły dzieci białoruskie. Polskich razem ze mną było pięcioro. Dwie dziewczynki i trzech chłopców. Poza tym jedno dziecko żydowskie, mój przyjaciel Chaimek Perelsztajn. Nie znam przyczyny, czemu tak posta­nowili jego rodzice. Chaimek mówił mi, że jogo ojciec specjalnie prosił kierownika szkoły pana Po­rowskiego, aby umieścić go w tej klasie. W drugiej pierwszej klasie mieszanka była bogatsza. Tam dzieci żydowskich było sporo.

Zaraz na początku roku szkolnego, usiedliśmy z Chaimkiem w jednej ławce.

– Żydy! Żydy! – Rozlegało się niekiedy na prze­rwach z różnych krańców klasy. Prowokatorem była tutaj zawsze dziewczyna o imieniu Frosia. Kiedy zaczynała swoje ujadanie pod moim i Chaimka adresem, pomny rodzicielskich nauk, że dziewczynek bić nie wolno, odszczekiwałem się jej wymy­ślanymi naprędce wyzwiskami. Niekiedy do jazgotu Prosi dołączały sic inne dzieciaki, w tym również chłopcy. Oczywiście, wtedy był to już powód do rozpoczęcia bójki z pyskaczami. Trudno mi mówić 0 licznych zwycięstwach, bo przeciwników wówczas przeważnie było kilku. Dlatego do ataku rusza­łem z drewnianym piórnikiem w ręku. Z Chaimka pomocy tutaj nie miałem żadnej. Ograniczał się on tylko do słownego zagrzewania mnie do bitki. Właził na pulpit ławki i siedząc na nim po psiemu, wrzeszczał mieszając słowa polskie, białoruskie i żydowskie.

Kiedyś rozkwasiłem jednemu z chłopaków kantem piórnika wargę i popłynęła z niej krew. Zrobił się taki wrzask, że przybiegła pani nauczy­cielka. Nie wiem, dlaczego nie zostałem ukarany. Skończyło się na tym, że pani zrobiła ze swojej chu­steczki pod nosem Aloszki, gdzie wyrósł wielki siny bąbel, mokry okład. Nie wiem dlaczego w następ­stwie tego zajścia na jakiś czas pani rozsadziła mnie z Chaimkiem. Teraz każdy z nas siedział w pierw­szym rzędzie ławek, ale z innym dzieckiem. Było mi przykro. Chaimkowi też. Ale Frosia jakoś przy­cichła.

st2Białoruska dzieciarnia z klasy to była na ogół biedota, nosząca samodziałowe ubrania z grubego, szarego płótna. Do późnej jesieni i od wczesnej wiosny dzieci chodziły na bosaka. W zimie, prawie żadne chłopskie dziecko nie miało skórzanego obuwia. Dzieci chodziły w lipowych łapciach z pole­ska nazywanych postołami, z nogami owiniętymi po kolana w szare, utkane z owczej wełny onuce. Kiedy w drodze do szkoły takie postoły obmarzły zlodowaciałym śniegiem, stukały o szkolną podłogę jak kamienie. W klasie rozmarzały, zostawiając pod ławkami kałuże brudnej wody. Najgorzej było wów­czas, kiedy w czasie roztopów spod śniegu poja­wiało się głębokie, poleskie błoto.

Przypomniał mi się mały Kostuś, który pomimo surowego nakazu, wchodząc do szkoły nie wycie­rał nóg. Na swoich łapciach nanosił do środka sterty błota. Przyłapany na gorącym uczynku, został przez nauczycielkę ostro wytargany za uszy. Kara okazała się tak skuteczna, że odtąd Kostuś wycierał nogi zarówno wchodząc do szkoły, jak i z niej wycho­dząc. Wycierał je starannie z niczego nawet wów­czas, kiedy po nastaniu ciepłych dni zrzucił postoły i chodził na bosaka.

Klasy w mojej szkole były małe ale widne, miały po dwa okna. W ciasno ustawionych ławkach z otwieranymi pulpitami, gnieździła się dzieciarnia. Kiedy na dworze było ciepło, okna były otwarte i świe­żego powietrza nie brakowało. Najgorzej było zimą. Wtedy powietrze w klasie było ciężkie od zapachu niemytych ciał, samodziałowej odzieży, kożuchów i popuszczanych cichcem bzdetów.

Bywało, że któreś dziecko szczególnie jadowicie zepsuło powietrze w klasie. Wówczas pani nauczy­cielka rozpoczynała poszukiwania winowajcy. Kolejno odchylała dzieciom kołnierze i z oddala, ostrożnie pociągając nosem, degustowała ucho­dzące stamtąd wyziewy. Zdemaskowanego wino­wajcę biła linijką po piecach i wyganiała na kory­tarz, żeby się przewietrzył. Pozostała dzieciarnia skwapliwie korzystała z zamieszania. Klasa zaczy­nała rozbrzmiewać dziecięcym wielogłosem. Pani nauczycielka opanowywała ten wróbli rozgwar biciem linijką o blat stolika.

– Dzieci! Nie rozmawiać po chłopsku! Cisza! – Krzyczała ile sił.

Rozmowy „po chłopsku” urywały się gwałtow­nie. W klasie zalegała cisza, przerywana jedynie pochlipywaniem dziecięcych zasmarkanych nosów. Pani prowadziła lekcję dalej. Oczywiście nie „po chłopsku”. Po polsku. W jakimś momencie otwierała drzwi na korytarz i przywoływała skruszonego, ale wywietrzonego truciciela powietrza.

st3Pewne wydarzenie w szkole pozostawiło na długo w mojej pamięci przykre piętno. Któregoś dnia jeszcze przed rozpoczęciem lekcji w najstar­szej klasie wybuchł jakiś tumult i usłyszałem wrza­ski „bij Żyda”! Z klasy zaczęły wybiegać w panice żydowskie dzieci, a dwóch chłopaków prało ich po plecach płóciennymi torbami, w których nosili książki. W ten sposób dzieci te zostały „wyprowa­dzone” przez całe boisko aż na ulicę.

Na korytarzu i boisku, błyskawicznie pojawili się nauczyciele. Nakazali wszystkim dzieciom wejść do klas i usiąść w swoich ławkach. Zrozumiałe, że do momentu wejścia do klasy nauczycielki, panował w niej niesłychany rozgardiasz. Nasza pani po uci­szeniu dzieciarni oświadczyła, że łobuzy z siódmej klasy zostaną ukarani, bo w szkole musi panować porządek. Temat ten nauczycielka zamknęła bez żadnych wyjaśnień i komentarzy.

Nie dowiedziałem się nigdy, jak łobuzy zostali ukarani. Siedząc w ławce obok Chaimka do końca lekcji nie śmiałem na niego spojrzeć. On też mil­czał, był nieswój. Po lekcjach wracaliśmy do swoich domów w całkowitym milczeniu. Nagle Chaimek zapytał:

– Jak znów będą bić Żydów, czy ty zechcesz mnie bronić?

Pomyślałem, że mój przyjaciel zwątpił we mnie. Zachciało mi się płakać.

Kiedy w domu opowiedziałem o tym, co stało się w szkole, mama była bardzo wzburzona. Jakimś nieswoim głosem powiedziała mi, że wśród porządnych ludzi, zawsze znajdzie sic jakaś „czarna owieczka”.

Między innymi są i tacy, którzy potrafią nienawi­dzić ludzi tylko za to, że ci mówią innym językiem, czy inaczej modlą się do tego samego Pana Boga. I że taka podłość wynika tylko z zacofania i ciem­noty. Na tym temat się urwał, bo mama nie miała jakoś ochoty na jego przedłużanie.

* * *

W szkole radzieckiej – 1939-1941 rok

Już w listopadzie 1939 roku Bolszewicy otworzyli w Telechanach szkołę i zaczął się rok szkolny. Po raz drugi w tym samym roku kalendarzowym.

Jednak w tej szkole było zupełnie inaczej jak przed wojną. Odczuwałem mocno brak mojego przyjaciela Chaimka Perelsztajna, bo teraz chodził on do innej szkoły, która została otworzona wyłącz­nie dla dzieci żydowskich. Teraz widywaliśmy się rzadko, tylko po powrocie ze swoich szkół.

Kiedy w tych nowych warunkach spotkaliśmy się po raz pierwszy i dali już upust radości spotkania, zaczęliśmy dzielić się szkolnymi wrażeniami.

–    Aj, co to za szkoła dla Żydów – konkludował swój „raport” Chaimek – kiedy niektóre nauczy­ciele wcale po naszemu mówić nie umieją. Ja dla ciebie mówię, ty pomyśl sobie, że jak my na przer­wie po naszemu rozmawiamy, to te nauczyciele krzyczą, że „nada gawarit’ na russkom jazykie”. Ty sobie pomyśl, tak krzyczą nawet nasze żydowskie nauczyciele! Oni ruskiego same muszą się dobrze wyuczyć!

Tutaj przypomniał mi się epizod powtarzający się wielokrotnie w przedwojennej szkole. Kiedy bia­łoruskie dzieci rozmawiały między sobą „po swo­jemu nasza pani nauczycielka strofowała je pod­niesionym głosem:

– Dzieci, nie rozmawiać po chłopsku!

Ha, okazało się, że każda pliszka swój ogonek chwali bez względu na jego kolor.

Zrozumiałe, że w mojej szkole naukę prowa­dzono w języku rosyjskim. Niebawem jednak obo­wiązującym językiem stał się białoruski. Trzeba było szybko nauczyć się czytać i pisać w tych obu językach. Brat z siostrą siedzieli obok siebie i uczyli się czytania, a ja klęcząc na krześle na przeciw nich, też się uczyłem. Wyszło mi to na złe, bo po jakimś czasie okazało się, że najlepiej w tych językach czyta mi się trzymając książkę do góry nogami, a nie normalnie. Musiałem sporo popracować nad sobą, aby książka trzymana normalnie, nie utrud­niała mi czytania. Cierpliwie pomagała mi w tym kuzynka Mureczka, która podjęła pracę nauczy­cielki w naszej szkole i uczyła właśnie języka bia­łoruskiego. Mureczka była teraz jedyną żywicielką rodziny, bo po przyjściu Bolszewików wuj Stefan oczywiście utracił swoją wysoką emeryturę.

W szkole nastąpiły wielkie zmiany. Pan Pierowski nie był już kierownikiem, tylko zwykłym nauczy­cielem. Potem w ogóle go zwolniono. Teraz nie kierownikiem, lecz dyrektorem szkoły była osoba przyjezdna z Rosji, Walentyna Pietrowna Sitkowa. Początkowo wyglądem nie różniła się od innych przyjezdnych Rosjanek. Nosiła obszerną szubę ze sztucznego misia, na głowie ogromną wełnianą chustę, a na nogach wojłokowe walonki. Jednak już po miesiącu, przebrana w zgrabne palto i botki oraz biały z fantazją noszony beret, wyglądała jak dbające o swój wygląd telechańskie kobiety.

Mureczka mówiła w domu, że Walentyna Pie­trowna jest osobą inteligentną i kulturalną, bardzo różniącą się od innych przyjezdnych. Chwaliła ją też jako dyrektora szkoły. Wśród nas uczni, Pie­trowna wzbudzała respekt, ale była łubiana.

Pan Jakutowicz uczył tylko pól roku, bo został aresztowany przez NKWD i wywieziony w głąb Rosji. Nauczycielami zostały osoby dotąd ze szkołą nie związane. Oprócz mojej kuzynki Mureczki uczyli w szkole prawosławny djakon Giennadij Arkadiejewicz Trydeński i jego żona Eugenia, sąsiadka pani Połczyńska i pani Wojdyłowa żona lekarza, który nie wrócił z wojny. Inni nowi nauczyciele to byli przyjezdni z Rosji. Wśród nich był Żyd Szulczyn, który po rosyjsku mówił bardzo źle i śmiesz­nie wyglądał. To też niebawem zyskał w szkole przy­domek „Chwost „, co po rosyjsku znaczy ogon.

W szkole pojawiła się także osoba do tej pory nieznana. Była to zastępczyni dyrektora szkoły do spraw wychowania ideologicznego, opiekunka mło­dzieżowych organizacji. Osoba ta oficjalnie nazy­wała się „wożataja”, co w wolnym tłumaczeniu ozna­czało młodzieżową przywódczynię.

Wszyscy starsi uczniowie zostali zapisani do „Komsomołu”, a młodsze dzieci do „Pionierów”. Woża­taja mająca niewiele ponad dwadzieścia lat, była wielką i rozlazłą babą o tępej twarzy i takimż uspo­sobieniu. Nieomal natychmiast zyskała powszechną antypatię młodzieży i dzieci. Na długich i nudnych zbiórkach, nie potrafiła nawiązać z „podwładnymi” żadnego kontaktu. Polegały one głównie na czy­taniu różnych propagandówek z trzymanej w reku instrukcji. Podczas tego zajęcia wożataja nigdy nie spojrzała ani razu na salę. Jak ognia unikała bez­pośredniej swobodnej rozmowy.

Jednakże dobra Matka-Natura obdarzyła tę nie­udacznicę jednym talentem. Bojowe, młodzieżowe piosenki śpiewała przepięknym, słodko brzmiącym głosem. No i wszystkie je znaliśmy nie ucząc się ich wcale. One same właziły nam w uszy z głosem wożatej…

W szkole wprowadzona została nowa forma zwra­cania się do nauczycieli, powszechnie stosowana w Rosji. Należało zwracać się „po imiaotcziestwu”, czyli wymieniając imię nauczyciela i jego ojca. I tak na przykład, do dyrektorki zwracaliśmy się per Walentina Pietrowna, a do mojej Mureczki, Mar­garita Stiepanowna.

Lekcji religii oczywiście nic było, a niektórzy nauczyciele ciągle powtarzali, że „Boga niet”. Z klas poznikały krzyże, portrety Mościckiego i Rydza-Śmigłego. Na ich miejscu pojawiły się por­trety Lenina i Stalina. Niektóre z tych portretów namalowali dwaj uczniowie ze starszej klasy, bracia Adam i Karol Hercmanowie. Przed wojną miesz­kali oni w Warszawie. Ich ojciec był artystą mala­rzem. Kiedy wybuchła wojna, Hercmanowie ucie­kając przed Niemcami, dotarli aż do Telechan i tutaj pozostali.

W Telechanach pozostał także uciekinier z War­szawy, artysta rzeźbiarz pan Szpilfogel wraz z żoną i córką Irenką. Była to całkowicie spolszczona żydowska rodzina. Szpilfoglowie zamieszkali po sąsiedzku, najmując pokój w domu stolarza Perelsztajna.

Irenka chodziła do jednej klasy z moją siostrą Mundzią. Dziewczynka miała w nosie polipa, dla­tego tez oddychała sapiąc i mówiła przez nos. Irenka często przychodziła popołudniami do mojej siostry i razem odrabiały lekcje. Nijak nie mogła nauczyć się czytać po rosyjsku. Kiedyś przyniosła i podaro­wała mi drewnianego konika, wyrzeźbionego przez jej tatę.

I tak obaj panowie artyści z Warszawy, wiedli w Telechanach nędzny żywot. Jeden malując, a drugi rzeźbiąc dla miejscowych urzędów, wize­runki Lenina i Stalina.

* * *

W szkole nicmiecko-białoruskiej- 1941-1943 rok

Życie telechańskiego społeczeństwa musiało przystosować się do niemieckiej, okupacyjnej rze­czywistości. Niewiele było wiadomo, co dzieje się na święcie. Strzępy wiarygodnych informacji docie­rały rzadko i z opóźnieniem, wyłącznie dzięki kole­jarzom i ludziom przyjezdnym. Podawane w gaze­tach przez Niemców wiadomości z frontu, były skąpe i mało wiarygodne.

st4

Nad ługami przestało już snuć się babie lato, a porankami zalegał na nich nieraz siwy szron, kiedy z półtoramiesięcznym opóźnieniem w Telechanach została otwarta szkoła. Było w niej całe sześć klas.

Dyrektorki Sitkowej w tej nowej szkole nie było, gdyż uciekła z Telechan razem z Bolszewikami. Spośród nauczycieli uczących w szkole za Bolszewi­ków, pozostało małżeństwo państwa Trydeńskich. Pani Eugenia Trydeńska została teraz kierowni­kiem Szkoły, a jej mąż, prawosławny diakon pan Arkadiusz, nadal zwykłym nauczycielem. Do nich dołączyła ich stara przyjaciółka, pani Olga Jakobson. Matematyki uczył młody chłopak spod Telechan Dziemiańczyk, który przed wojną był uczniem pińskiego gimnazjum. Ponadto, nauczycielami były jeszcze trzy inne osoby, a wśród nich mówiący źle po rosyjsku, przyjezdny człowiek Otto Bach. Ten był nauczycielem języka niemieckiego, który został wprowadzony do szkolnego programu.

Nauka w szkole odbywała się w języku białoru­skim, ale jakimś dziwnym, powykręcanym, ogrom­nie różniącym się od tego ze szkoły sowieckiej. Z czasem pojawiły się nawet podręczniki nauki tego języka. Takiego języka nie słyszał nikt z tutej­szych ludzi. Nie był on ani literacki jak w książkach Jakuba Kołasa, ani gwarowy. Była tam kupa nieprawdopodobnych dziwolągów, wymyślonych przez jakichś domorosłych „Białorusinów”. I tak dla przy­kładu, zwykła poczciwa „bania”, co we wszystkich wschodnio-słowiańskich językach oznacza łaźnię, teraz nazywała się „gołopupnią”. Z tego białoruskiego podręcznika, w pamięci utkwił mi następujący czterowiersz:

„Iszou lysyj dy z plaszywym,

Naszli jany hrebień,

Adzin plunu’u, druhij charknu’u,

Jon nam nie patrebien!”

Co prozą należy przetłumaczyć na język polski jako: „Szli dwaj łysi i znaleźli grzebień, jeden plunął drugi charknął, on nam nie jest potrzebny”. Obok tego wierszyka o wyjątkowo wychowawczej treści, figurował rysunek dwóch łysoli bluzgających na ziemie smarkami.

Zajęcia w szkole rozpoczynały się modlitwą, w tym niby białoruskim języku. Zanosiła ona do Boga prośbę, wpierw o zdrowie naszego Fuhrera Hitlera, a potem o nasze. Po sakramentalnym Amen, nastę­pował okrzyk Heil Hitler! Prawdę mówiąc, Hitlera pozdrawiano niemrawo i nie zawsze. Jedynie pil­nował lego Otto Bach, uczący w starszych klasach języka niemieckiego.

st5Ta karykaturalna edukacja telechańskiej dzie­ciarni w zimowych miesiącach była podczas sil­nych mrozów kilkakrotnie przerywana. Zdarzało się bowiem, że do szkoły nie dowieziono na czas opału. Wtedy była przerwa w nauce. Śnieg zasy­pywał wydeptane na szkolnym podwórzu ścieżki, a uczniowie z czerwonymi od mrozu twarzami uży­wali zimowych uciech na łyżwach i sankach.

Minęły dwa trudne okupacyjne lata i nadszedł wrzesień 1943 roku. Jednakże w telechańskiej szkole było cicho i pusto. Rok szkolny nie rozpoczął się. Niemiecki komendant miasta, nie wydał na to zezwolenia.

Na bezrobociu pozostało małżeństwo Trydeń­skich i Ola Jakobson. Nie zjawił się też nauczyciel matematyki Dziemiańczyk. Nauczyciel o przydomku Kakakul, był w partyzantce, a uczący w szkole nie­mieckiego języka Bach, wyjechał dokądś jeszcze w lecie.

Wprawdzie z Pińska dostarczono dla potrzeb szkoły zeszyty, ale zostały one rozsprzedane przez spekulantów ludziom z Telechan i okolicznym Poleszukom jako papier do robienia papierosowych skrętów. Papier z zeszytów w porównaniu z gazeto­wym, na którym rozmazywała się drukarska farba, był dla palaczy machorki istnym luksusem.

Przywieziony z zeszytami dla potrzeb szkoły atra­ment, pozostawiono w opuszczonej szkole. Jacyś wandale porozbijali butelki i część podłogi szkolnego korytarza, przybrała smutny, brudno niebieski kolor.

Tak oto zdobywałem w Telechanach, moją szkolną wiedzę.

 

Bohdan Mielnik

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany