Na dawnym Polesiu wierzono, że śmierć nie zrywa więzi między człowiekiem a jego bliskimi. Dusze zmarłych mogły powracać do rodzinnych domów, odwiedzać krewnych, a nawet zasiadać z nimi do wspólnego stołu. Kilka razy w roku przychodził czas, kiedy żywi przygotowywali się na przyjęcie tych niezwykłych gości. Były to Dziady – jeden z najstarszych obrzędów ludowych, w którym dawne wierzenia przeplatały się z chrześcijańską modlitwą za zmarłych.

O tym, jak obchodzono Dziady na Polesiu, opowiadali przedwojenni podróżnicy, pisarze i badacze miejscowej kultury. Ich relacje pozwalają dziś odtworzyć świat, w którym granica między żywymi a umarłymi wydawała się znacznie mniej wyraźna niż obecnie.

Cmentarz na Zachodnim Polesiu, 1953 r. Foto udostepnił Sergey Miluchenkov

Poleszucy wierzyli w nieśmiertelność ludzkiej duszy. Według miejscowych wyobrażeń po śmierci opuszczała ona ciało, lecz nie zawsze od razu udawała się w zaświaty. Niekiedy długo błąkała się po ziemi, odwiedzając miejsca, w których człowiek spędził życie.

Jeszcze w okresie międzywojennym mieszkańcy poleskich wsi opowiadali, że przez czterdzieści dni po śmierci dusza przebywa w pobliżu dawnego domostwa i odwiedza krewnych. Zdarzało się, że ukazywała się również żyjącym. W wydanej w Pińsku w 1935 roku publikacji „Słów kilka o Pińsku oraz święta, obrzędy i wierzenia ludu poleskiego” zachowała się opowieść 73-letniego Jana Liczki ze wsi Kołodno w powiecie stolińskim. Relację spisał Jerzy Klug, uczeń miejscowego Gimnazjum Państwowego.

Pewnej zimowej nocy wieśniak nazwiskiem Kaczan wracał do swego domu położonego w lesie, kilka kilometrów od Kołodna. Po drodze spotkał nieznajomego mężczyznę, elegancko ubranego mimo silnego mrozu. Przyjrzawszy mu się uważniej, rozpoznał Makara, który przed kilkoma laty odebrał sobie życie. Zdumiony Kaczan zaczął wypytywać go o dawnych znajomych i gospodarzy. Nagle zjawa zniknęła, a między drzewami zaszumiał wiatr.

Podobne historie krążyły po poleskich wsiach. Wierzono, że niektóre dusze, zwłaszcza ludzi zmarłych gwałtowną śmiercią, nie mogą zaznać spokoju i błąkają się po ziemi.

Nie wszystkie jednak budziły lęk. Dusze przodków otaczano szacunkiem i troską. Pamiętano o nich w modlitwach, przynoszono im pożywienie na groby, a w wyznaczone dni zapraszano do rodzinnego domu.

Dziady – święto powracających przodków

Cmentarz w Kaczanowiczach. Fot. L. Arner Boyd

Na Polesiu Dziady obchodzono nie tylko jesienią. W zależności od miejscowej tradycji wspominano zmarłych kilkakrotnie w ciągu roku, między innymi przed Wielkim Postem, po Wielkanocy i przed Zielonymi Świątkami. Szczególne znaczenie miały jednak jesienne Dziady, przypadające na przełom października i listopada.

Jesienią Dziady obchodzono zazwyczaj w sobotę na początku listopada. Przygotowania rozpoczynały się już poprzedniego dnia. W piątek zachowywano post, a w sobotę rano gospodyni niosła do cerkwi specjalną potrawę przeznaczoną do poświęcenia. Był to kanun, przygotowywany z miodu rozgotowanego w wodzie i trzech bułeczek z pszennej mąki, zwanych pampuszkami.

Po nabożeństwie sprzątano i porządkowano całą chatę. Wszystko musiało być gotowe na przyjęcie niezwykłych gości.

Wieczerza dla dusz

Najważniejszą częścią jesiennych Dziadów była uroczysta wieczerza, podczas której wspominano zmarłych członków rodziny.

Na stole pojawiały się tradycyjne potrawy: barszcz, kasza, oładki i przede wszystkim kanun. Posiłek rozpoczynano o zmierzchu, niekiedy w milczeniu. Na pokuciu, czyli honorowym miejscu izby, płonęła woskowa świeca.

Zanim domownicy przystąpili do jedzenia, należało zadbać o tych, których nie było już wśród żywych. Na osobną miskę odkładano pierwszy kęs każdej potrawy, a przed wypiciem wódki odlewano dla zmarłych niewielką porcję.

W dawnym opisie zachowały się słowa, którymi gospodarz zapraszał dusze przodków do stołu:

„Światyje dziedy, prychodźcie k nam wieczerzać, praszu was na wieczeru”.

Po zakończeniu posiłku miskę z odłożonymi dla zmarłych potrawami odnoszono na cmentarz i pozostawiano na grobie.

Podobny zwyczaj opisał Jan Liczko z Kołodna. Według jego relacji gospodyni przygotowywała stół, lecz domownicy nie zasiadali do niego od razu. Najpierw pozostawiano czas duszom, aby mogły się posilić.

Gospodarz wspominał kolejno imiona zmarłych krewnych, zapraszając ich w ten sposób na wieczerzę. Pozostali członkowie rodziny trzymali wówczas zapalone świece.

Po zakończeniu obrzędu gospodarz gasił swoją świecę, a kierunek unoszącego się dymu miał przepowiadać przyszłość. Jeśli dym rozchodził się po kątach izby, wróżono, że wszyscy domownicy dożyją następnego roku. Jeśli natomiast kierował się ku drzwiom, oznaczało to, że ktoś z rodziny odejdzie z tego świata.

Dopiero później rodzina zasiadała do wspólnego posiłku. Gospodyni pilnowała przy tym, by na stole nie zabrakło jedzenia, starając się, jak zapisano w przedwojennej relacji, „aby ladajaką strawą nie obrazić zmarłych”.

Dawne poleskie cmentarze również odzwierciedlały przekonanie, że zmarli pozostają w pewien sposób obecni wśród żywych.

Cmentarz w Mokroci, powiat łuniniecki. Fot. S. Bochnig

Ferdynand Antoni Ossendowski w książce „Polesie”, wydanej w 1934 roku, opisywał wiejskie nekropolie z pochylonymi drewnianymi krzyżami oraz osobliwymi konstrukcjami ustawianymi na mogiłach. Były to wydrążone pnie drzew lub niewielkie drewniane domki, zwane narubami. Według miejscowych wierzeń miały one służyć duszom zmarłych jako schronienie. Szczególnie podczas dni zadusznych przynoszono tam dary, między innymi miód z leśnych barci.

Zwyczaj stawiania na grobach niewielkich domków był pozostałością dawnych wyobrażeń o życiu po śmierci. Mogiła nie stanowiła jedynie miejsca pochówku, lecz również symboliczny dom zmarłego, do którego żyjący przychodzili z pożywieniem i modlitwą. Na poleskich cmentarzach można było spotkać także krzyże, na których zawieszano ręczniki. Praktyka ta, podobnie jak pozostawianie jedzenia na mogiłach, wiązała się z troską o dusze przodków.

Między dawną wiarą a chrześcijaństwem

W poleskich Dziadach dawne wierzenia współistniały z chrześcijańskimi obrzędami. Duszom przodków pozostawiano jedzenie, zapraszano je do domu, ale jednocześnie modlono się za nie w cerkwi i proszono Boga o ich zbawienie.

Krzyż na cmentarzu w Dawidgródku, foto z książki M. Romaniuka „Беларускія народныя крыжы”

Szczególną rolę odgrywało pominanie, czyli wspominanie zmarłych z imienia podczas modlitwy.

W relacji z Kołodna zachowała się jego formuła:

„Pominany Hospody duszu Stepana, Iwana, Kateryny itd.”

Wierzono, że modlitwy żyjących przynoszą ulgę duszom cierpiącym po śmierci. Zwyczajowo przekazywano również jałmużnę żebrakom, którzy w zamian odmawiali modlitwy za zmarłych.

Autor zapisu z 1935 roku zauważał, że młodsze pokolenie coraz rzadziej przywiązywało wagę do dawnych obrzędów. Ich przestrzegania pilnowali przede wszystkim starsi mieszkańcy wsi, przekonani, że zaniedbanie tradycji może sprowadzić nieszczęście.

Dziś wiele dawnych poleskich zwyczajów odeszło już w zapomnienie. Nie stawia się na grobach drewnianych domków dla dusz, a uroczyste wieczerze z zapraszaniem zmarłych należą przede wszystkim do historii i rodzinnych wspomnień. I to właśnie przedwojenne relacje pozwalają nam zajrzeć do świata, w którym pamięć o zmarłych nie ograniczała się do odwiedzenia cmentarza i zapalenia świecy. Była obecna w codziennym życiu, w rodzinnych opowieściach, modlitwach i obrzędach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.


Źródła

  1. „Zaduszki”, wiadomości zebrane we wsi Kołodno, pow. stolińskiego, od Jana Liczki, lat 73; zebrał Jerzy Klug, uczeń klasy VII Gimnazjum Państwowego w Pińsku, w: Słów kilka o Pińsku oraz święta, obrzędy i wierzenia ludu poleskiego, Pińsk 1935, s. 29–31.
  2. Ferdynand Antoni Ossendowski, Polesie, 1934.
  3. Emma Jeleńska-Dmochowska, Przedwojenny opis obchodów wiosennych i jesiennych Dziadów „Wieś Komarowicze”.
Udostępnij na:

Powiązane artykuły: