Przedwojenne Polesie fascynowało podróżników, krajoznawców i miłośników przyrody swoją dzikością, rozległymi mokradłami oraz niepowtarzalnym krajobrazem wodnych bezdroży. W prezentowanym fragmencie Włodzimierz Wędziński (Żeglarz, 1937 r.) zabiera czytelników w niezwykłą kajakową podróż przez Styr, Gniłą Prypeć, Prypeć i Horyń, ukazując region, który nie bez powodu nazywano niegdyś „poleską dżunglą”. To barwny obraz Polesia sprzed niemal stu lat – krainy rybaków, kureni, bezkresnych bagien i rzek, które stanowiły najważniejsze szlaki komunikacyjne miejscowej ludności.

Wśród kajakowców często słyszy się wiele zachwytów z odbytych wędrówek wodnych po Polesiu. Niestety rokrocznie słyszę z różnych ust opisy stale tych samych szlaków – dróg utartych – zapewne pięknych jednak nie obrazujących naszych bezdroży poleskich, naszych puszcz i błot, o których mówi Lord angielski gość ks. Radziwiłła z Mańkiewicz nad Horyniem, że są piękniejsze niż dżungle indyjskie widziane przez niego.

Chciałbym tu powiedzieć kilka słów o szlaku, na którym gościli zapewne nieliczni. Jest to przepiękny szlak Dolnego Styru i Gniłej Prypeci.

Pięknego popołudnia lipcowego ładujemy nasz kajak żaglowy na pokład parostatku pasażerskiego w Pińsku, by dojechać pod prąd Strumieniem, a następnie Prostyrem do wsi Stare Konie, położonej w odległości 41 km od Pińska. Tam spędziliśmy noc, rozpoczynając właściwy spływ nazajutrz.

Około jednego kilometra za wspomnianą wyżej wsią sprzęgamy na wody Starego Styru, porzucając w ten sposób utarty szlak kajakowców idący z Łucka do Pińska. Przez kilka kilometrów płyniemy rzeką w okolicy nie przypominającej Polesia, rzekę wijącą się wśród dość suchych łąk, jedynie ciemna niekończąca się linia lasów na horyzoncie przypomina nam, że jesteśmy jednak w tych poleskich dżunglach. Wjeżdżamy w puszczę, która będzie nam towarzyszyć niemal bez przerwy przez cały nasz spływ. Szlak prowadzi przez puszczę, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, poprzecinaną w rozmaitych kierunkach mnóstwem odnóg wodnych. Są to wyśmienite miejsca dla wszelkich wycieczek z noclegami na łonie natury. Koryto Starego Styru w swej górnej części około wsi Iwańczyce i Łasickie jest bardzo kręte, posiada mnóstwo rozgałęzień, łączących je z Gniłą Prypecią. Szerokość też nie jest duża, miejscami zaledwie 10 metrów, co jednak nadaje rzece niewypowiedziany urok, gdyż częstokroć korony drzew łączą się nad wodą, a liczne rośliny pnące tworzą wspaniały tunel, w którym można się częstokroć skryć od dość znacznego deszczu.

Odnogi przeważnie głębokie dochodzą nieraz do liczby pięciu, kołują wśród łąk, by po kilku kilometrach znowu połączyć się w jedno większe koryto. Widoki wspaniałe – raj dla fotografów, którzy mogą zrobić wiele miłych, egzotycznych zdjęć, zwłaszcza spotkanych na łodziach typowych Poleszuków, płynących bądź na połów ryb, bądź na sianokosy. Nie zaszkodzi także zasięgnąć rady od spotkanych co do kierunku rzeki, by nie zabłądzić w tych bezdrożach wodnych.

Tak oto okolicą płyniemy 63 km, by następnie dostać się na szerokie wody Prypeci niedaleko wsi Bereźce. Tu spotykamy coraz więcej rybaków, natomiast okolica staje się bezludna. Rybacy mieszkają w tak zwanych po polsku „kureniach”. Są to chaty zrobione z trzciny o kształcie szałasów, nie ma w nich żadnych otworów prócz drzwi i otworu w szczycie, który zastępuje komin, a zarazem oświetla wnętrze. Przez ten to szczytowy otwór uchodzi dym z płonącego pośrodku kurenia ogniska. W chatach tych mieszkają Poleszucy niemal cały rok, opuszczając je jedynie na czas wiosennych powodzi, by nie być zalanym, chociaż i tak wiele kureni jest pobudowanych na pojedynczych kępach, do których można dojechać jedynie małą poleską łódką.

 Brzegi Prypeci są niskie, po większej części zarośnięte lasem, lecz zawsze można znaleźć miejsce dla obozowiska.

Drobne odnogi rzeki miejscami kierują swe wody przez gąszcze leśne, wytwarzając urocze zakątki.

Prypeć jest tu wszędzie głęboka, płynie przeważnie przez oczerety i lasy, tworząc wspaniałą i bezludną dżunglę poleską. Spotykamy wielkie ilości ptactwa wodnego i obfitości ryb, z których żyje cała okoliczna ludność, a wielkie spółki rybackie wysyłają ryby całymi wagonami nietylko do Warszawy, ale także za granicę. Szczególnie piękna jest Prypeć od t. zw. mostów Wolańskich, aż do ujścia Horynia, a komu czas pozwala niech popłynie jeszcze kilkanaście kilometrów po Prypeci w kierunku granicy państwa, gdzie już nie spotyka się żeglugi parostatków, a tylko pojedynczych rybaków i kurenie.

Z Prypeci kierujemy się pod prąd wodami Horynia. Rzeka ta przybiera charakter nie poleski – brzegi chwilami są dość wysokie i suche. Wody często płyną wśród pól uprawnych – należy jednak nie zapominać, że kilka kilometrów dalej, a czasami tylko o kilkaset metrów leżą nieprzebyte bagna, gdzie nie można przejechać nietylko wozem, ale często i przejść pieszo można tylko w zimie po zamarzniętych błotach.

Dojeżdżamy do Dawidgródka, miasta „lodziarzy” – mieszkańcy są słynni z doskonałych wyrobów lodów, a często wielu sprzedających lody na wózkach w Krakowie, czy Warszawie rekrutuje się właśnie z mieszkańców Dawidgródka.

Po zwiedzeniu miasta można odjechać parostatkiem do Pińska lub do stacji kolejowej Horyń, położonej nad Horyniem o 64 kilometry powyżej Dawidgródka. My wybraliśmy pierwsze rozwiązanie kończąc w ten sposób naszą piękną wędrówkę, przebywając 152 km w ciągu trzech dni nie licząc przejazdu statkiem z Pińska do Starych Koni, ani z Dawidgródka do Pińska.

Na zakończenie muszę zaznaczyć, że w żywność na całą wyprawę należy zaopatrzyć się w Pińsku, gdyż dostanie nawet chleba po wsiach jest utrudnione, można otrzymać tylko mleko i to w godzinach rannych.

Poza tym pożądane jest posiadać własny namiot, gdyż wsie są rzadkie, a jak zaznaczyłem, nad Prypecią wcale ich nie ma, a noclegi w kureniach nie należą do przyjemności.

 

Włodzimierz Wędziński, Żeglarz R. 4, 1937 r. nr 2

Udostępnij na: