W czasie postu wypada też najczęściej pierwsze wypędzanie bydła na paszę. Zwykle śpieszą z tym bardzo, bo na wiosnę brakować zaczyna paszy; jeżeli zima zbyt długo się przeciąga, bydło nieraz z głodu zdycha. Więc choć łąki jeszcze szare, a lasy ledwie pierwsze pączki zaczynają puszczać, bydło wioskowe wyrusza z obory. Odbywa się to z niejaką uroczystością: gospodarz pokrapia trzodę wodą święconą w dzień Trzech Króli i wypędza je z obory święconą wierzbą: „kaby zwier nie podchodził.” W bramie leży kłódka zamknięta i jajko surowe, i bydło przez nie przejść powinno. Pastuchowi dają z każdej chaty trochę słoniny i parę jaj, a oni pieką sobie z tego w lesie jajecznicę i nią się uraczają.

Zbliżające się święta wielkanocne witane są radośnie. Przed niedzielą Wierzbna („Wierbna”) kościelny jedzie do lasu po świeże gałązki i przywozi pełen wóz kotków wierzbowych. Każdy taką gałązkę posiadać musi, więc koło wozu tłumnie się gromadzą; kościelny sprzedaje po parę kopiejek swój towar. Pieniądze te idą na cerkiew. Dziewczęta zdobią czasem swą wierzbę kolorową wstążeczką. Nazajutrz idą wszyscy do cerkwi, a po nabożeństwie biją jedni drugich dla żartu poświęconą wierzbą, mówiąc: „Nie ja biję, wierzba bije; za tydzień Wielki Dzień. Bądź zdrów jak woda, bądź bohat jak ziemla.” Tego dnia obiad, choć postny, bywa wystawniejszy; dają kisiel owsiany z miodem, wielki podobno przysmak, i przynajmniej dwie jeszcze potrawy.

W Wielki Czwartek, „Czystyj Czetwierg”, wieczorem jedzą wieczerzę na pamiątkę wieczerzy Pańskiej. Nazywają tę ucztę „Tajnia.” Jedzenie jest zupełnie postne i gospodynie starają się o rybę na ten dzień. Spowiedź wielkanocna odbywa się podczas całego postu. Zwykle spowiadają się po południu, a do komunii idą nazajutrz rano.

Spowiedź stanowi jedną z miłych rozrywek w codziennym życiu; idą zwykle całą gromadką; dziewczęta świeżo wystrojone, czekając na swą kolej, skracają sobie czas gawędką i przechadzają się koło cerkwi. Dzieci spowiada ksiądz po kilkoro razem. Spowiadający się płaci na rzecz księdza pięć kopiejek.

Wielki Piątek i Sobota są poświęcone przygotowaniom do święconego. W sobotę wieczór farbują jaja, nie ma przy tym jednak żadnej uroczystości. W każdej chacie oddzielnie dokonują tej czynności; jaja gotują na twardo, rzucają je potem na chwilę do gorącej wody, już zafarbowanej. Farbę kupują u Żydów; jest to anilinowy czerwony proszek. Czasem też, dla nadania żółtego koloru, używają łupin cebuli. Jaj farbowanych przygotowują sporo, licząc przynajmniej dziesięć na osobę. W dostatniejszych gospodarstwach dzieci otrzymują nieraz do trzydziestu jaj. Nazywają tę sobotę „krasna.” Tego dnia wszyscy idą do cerkwi na wieczorne nabożeństwo „wsiunoczna.”

Nazajutrz, w „Wielki Dzień”, wszystko ma wygląd świąteczny. W całej wsi świecą jaskrawe stroje. Po nabożeństwie, na którym ksiądz święci przygotowane w kobiałkach jadło, wracają do siebie i rozpoczyna się uczta, do której, po siedmiotygodniowym poście, zabierają się skwapliwie. Naprzód więc jedzą jaja, przy czym życzą sobie: „Daj nam Boże za hitod dozdać krasnaho jajca u szczasju, u zdarowi.” Zapijają wódką i zabierają się do pożywniejszej strawy. Na święconym musi znajdować się koniecznie: prosię pieczone, pokrajana w kawałeczki słonina, pierogi z pszennej mąki i ser. U bogatszych podają jeszcze kiszkę z kaszy i krwi wieprzowej, masło i mięso wieprzowe. Jedzą dużo i często wódką zapijają, a zimne i tłuste pokarmy po długim poście powodują nieraz silne niestrawności. Dnia tego zupełna cisza we wsi panuje; każdy u siebie w chacie przebywa dzień cały, lubując się świąteczną bezczynnością. Gospodynie, zmęczone przygotowaniami, najczęściej spać się kładą.

Pod wieczór, jeśli sprzyja pogoda, siadają na przyzbach i gwarzą. Tańców zaś ani muzyki tego dnia nie ma nigdy.

Dopiero nazajutrz rozpoczynają się odwiedziny z chaty do chaty. Dzieci noszą swym babkom święcone jaja z życzeniami i powinszowaniem. Młodzi bawią się jajami: jeden trzyma w ręku jajko, a drugi w nie uderza; czyje jajko się rozbije, ten je traci, przy czym mówią: „Chrystos woskries.” Stają naprzeciw siebie, w środku robią mały dołek i jajka ku sobie toczą po ziemi; czyje wpadnie w dołek, ten przegrywa. Rzecz prosta, że przy tych zabawach mnóstwo jaj wychodzi; młodzi wtedy puszczają się na figle i rodzicom wykradają cały zapas.

Tego dnia gotują już obiad: najczęściej podają gorące kiełbasy i barszcz z mięsem. Wieczorem rozpoczynają się tańce i zabawy, które trwają czasem kilka dni następnych. Pieśni wielkanocnych nie zdarzyło mi się spotkać. Kości ze święconego zbierają starannie i zakopują na końcu pola; jest to przeznaczone jako ochrona od gradobicia.

W Niedzielę Przewodnią, zwaną Radoŭnica, mają miejsce „Dziady” wiosenne. O uroczystości tej wspomniałam w innym miejscu. Dodam tu tylko, że dnia tego po raz drugi farbują jaja, aby mieć co na mogiłę zanieść dziadom.

W dzień św. Jerzego, Jurjew dzień (21 kwietnia), przed wschodem słońca wypędzają bydło na pole, żytem zasiane, i zieleniące żyto spasają. Nazywa się to „wypchnąć na rosę”, a ma strzec bydło od wszelkiej szkodliwej trawy lub od zgniłej i niezdrowej wody. Od tego też mleka krowom przybywa.

Zielone Świątki obchodzą tak, jak wszystkie inne święta, z tą tylko różnicą, że wszędzie zatykają zielone gałązki i drzewka. Przeważnie ku temu celowi służą młode klony, których po lasach jest bardzo dużo. Przy wrotach, przy drzwiach od chaty, koło płotu, u studni, wszędzie się zielenia świeżo ścięte drzewka, i wewnątrz chaty obrazy, piec, okna, pułap są zielenią przybrane. Drzewka i gałęzie pozostają na miejscu do św. Jana.

W dzień ten następują uroczyste zabawy: palenie ognisk, śpiewy, tańce i swawola. Zwyczaj obchodzenia Kupały bardzo jest obecnie prześladowany przez duchowieństwo i władze policyjne, jako pozostałość z pogańskich czasów. Najczęściej więc w tych wioskach, w których mieszka ktoś z władzy, tego dnia nie obchodzą, za to w pobliżu z podwójną ochotą idzie zabawa. Tak się też i tutaj rzeczy mają: w Komarowiczach, pod okiem duchowieństwa, nie śmieją jawnie ognisk rozkładać; za to w Zapolu Kupała święcona bywa z prawdziwie pogańską uroczystością. Pod wieczór z całej wsi ściągają na wóz drzewka, pozostałe z Zielonych Świątek, stare żerdzie, pęknięte koła, znoszone łapcie, rozmaite niepotrzebne graty i wiozą w triumfalnym pochodzie za wieś, na szerokie i otwarte miejsce, gdzie stos się rozkłada. Każdy rzuca nań swoje drewno i różne przy tym życzenia wypowiada: „Kab majé proso tak wysoko wyrosło!”

Wieś Komarowicze leży w północno-wschodniej części powiatu mozyrskiego, w samym sercu Polesia, wśród puszcz, piasków i moczarów. Osada ta, zapewne zamieszkana niegdyś przez zaludniających te okolice Dregowiczan, sięga czasów bardzo odległych, o czym świadczyć może starożytny cmentarz, badany przed rokiem przez profesora Zawitniewicza z Kijowa. Według jego orzeczenia pochodzi on mniej więcej z VIII–IX wieku.

Później, w XVI wieku, Komarowicze wchodziły w skład dóbr książąt Olelkowiczów Słuckich, a dopiero po rozpadzie tych majątków na drobne części przechodziły przez kilka rąk, aż na początku XVIII wieku trafiły do polskiej rodziny szlacheckiej, w której posiadaniu pozostają do dziś.

 

Emma Jeleńśka-Dmochowska, Wieś Komarowicze w powiecie mozyrskim ( fragmenty), opublikowano w czasopiśmie „Wisła” w 1891 roku, t. 5, nr 1 i 2

Udostępnij na: