Ariadna Teleman. Dumna Polka, skromna bohaterka z Polesia.

Szanowni Państwo, W  numerze prezentujemy obszerne wyjątki z  opracowania Aleksandry Włodarczyk, „Ariadna Teleman. Dumna Polka, skromna bohaterka z Polesia”. Przybliżymy w  nich postać legendarnej bojowniczki o  niepodległość, żołnierza Armii Krajowej, która po wojnie działała w  organizacji Związek Obrońców Ojczyzny.

Według dokumentów Ariadna Teleman urodziła się w 1916 roku w Permie, skąd pochodziła jej babka Paulina Kieskiewicz. Po rewolucji rodzina trafiła na Polesie i zamieszkała w Jahołkach. Tam zmarła jej matka, a dziewczynką zajęła się ciotka Michalina i wujek Kazimierz. Dzieciństwo miała „ciężkie ale sielskie”. Po ukończeniu 7 klas, w 1938 r. pojechała do Pińska uczyć się w szkole rolniczej. Zbliżała się wojna. Choć na Polesiu uważano, że do takiej „głębinki” działania wojenne nie dotrą, Niemcy i Sowieci napadli na Kresy Wschodnie. Wobec grożących rodzinie niebezpieczeństw, w 1940 r. Ariadna wyszła za mąż za odpowiedzialnego i gospodarnego Stanisława Telemana. 31 stycznia 1941 r. urodziła im się pierworodna córka Lusia (Aleksandra), a w 1943 r. druga o imieniu Marysia.

 Wszystko dla ojczyzny

W 1945 roku skończyła się wojna, ale dla nas kresowiaków to był początek zaboru sowieckiego. W ramach jałtańskiej konferencji kresy wschodnie zostały przyłączone do ZSRR, a Polska otrzymała część piastowskich terenów spod zaboru niemieckiego. Władze sowieckie prześladowały tu przeważnie Polaków, niszcząc zabytki, historię, kulturę, tradycję, cmentarze. Zamykano kościoły, zabierano ziemię i domy. Władze chciały zniewolić Polaków, doprowadzić do całkowitej uległości przed systemem komunistycznym. Telemanowie byli młodzi, ale wielcy patrioci, mogli bez walki poddać się, szukać kariery zawodowej, jednak nie mogli zerwać z tożsamością narodową, językiem, przeszłością. Nie mogli zapomnieć o prześladowaniach, nie chcieli ulec rusyfikacji i zagładzie. Walczyli z agresorem w  małej grupie: braci ojca, sąsiedzi z  Bystrzycy i  patriotyczna młodzież z Kobrynia. Przez pewien czas działali jako AK Wschód. Potem w 1947 roku Kwartalnik Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK Nr 1(80) 35 zjednoczyli się w  Związku Obrońców Wolności ZOW, którego oddziały były w  Kobryniu, Brześciu, Baranowiczach, Peliszczach, Nieświeży, Kamieńcu. ZOW to polska organizacja młodzieżowa, która walczyła o  zachowanie polskości na Polesiu. Ariadna była łączniczką i zaopatrzeniowcem. Złożono przysięgę, każdy członek organizacji dostał konspiracyjny pseudonim, Ariadna była Matką. Odtąd często będzie wspominane słowo Matka i to w dwóch kluczowych znaczeniach: jako skromna bohaterka Związku Obrońców Wolności i jako dumna, ukochana matka skromnej autorki tych wspomnień. Do jej domku, stojącego na odludziu, gdzie z jednej strony był lasek i błotnista przełęcz, na południe pola i tylko od zachodu znajdowała się wioska, zawsze ktoś przychodził, uzgadniano tam najbliższe plany działania, niektórzy nocowali pod pretekstem pomocy w gospodarstwie. Częstymi bywalcami byli: Gienek Wojtysiak, który opisał potem te spotkania w swoich wspomnieniach, Mietek i Edward Telemanowie, Roman Ostromęcki, ksiądz Józef Horodeński. Prawdopodobnie miała ruszyć drukarnia konspiracyjna, ale Ariadna nigdy tego nie potwierdziła. Podczas wojny były różne działania, wtedy wielu było wrogów i zagrożeń: Niemcy, Sowieci, partyzanci, zmieniające się rządy. Teraz wróg był jeden – władza sowiecka. Wtedy trzeba było się bronić i  wspierać, teraz trzeba było walczyć, powstała organizacja. Walczyć trzeba było planowo, w miarę jak przybywało członków, rosło niebezpieczeństwo dekonspiracji. Władze wpadły na trop organizacji i w 1946 roku jako jednego z pierwszych uwięziono Stanisława Telemana. Po szybkim procesie trybunału wojennego z wyrokiem jako wroga ojczyzny wysłano go do łagrów w Workucie. Ariadna z  dwójką małych dzieci miała wówczas szansę repatriacji do Polski. Miała jednak nadzieję, że mąż powróci z łagru i wyjadą razem, więc nie wyjechała, zresztą zawsze uważała że Polesie, Kobryń, Brześć to jak najbardziej Polska – jej mała ojczyzna. Za tę Polskę walczyła, pozostała więc w  Borysowie współpracując nadal z  pozostającymi na wolności członkami ZOW. Aktywnie zaopatrywała w  żywność tych, którzy musieli się ukrywać. Nadal była łączniczką, nikt od niej nie wyszedł bez informacji i  udzielonej pomocy, najedzony i  pocieszony. Zawsze miła, serdeczna, życzliwa dla spóźnionego gościa. W organizacji walczyli razem o szerzenie polskiej świadomości na Polesiu. Związek nie miał celów zbrojnych, chodziło raczej o  chronienie   polskości i  przeciwdziałanie wynarodowieniu. Ariadna miała duże gospodarstwo, którego Sowieci jeszcze nie zabierali. Oddawała należny kontyngent już dla Sowietów, zadbała o nabycie maszyn rolniczych, brakujące wypożyczyła, tanio kupiła prawie nową stodołę, od wyjeżdżających także parę wołów. Jak do dziś pamiętam Oks i Perysty miały na imię. Był piesek Margas. Znajdowała czas na przykładne wychowanie dzieci jak na tamte czasy postępowe, bo w zimie w ramach hartownia biegały po śniegu boso. Potem w domu łaźnie parowe. Dużo rozmawiała z dziećmi w każdej wolnej chwili, przyuczała do pomocy w domu, uczyła praktycznego życia. Dużo pomagał w kształtowaniu osobowości dzieci ksiądz Józef Horodeński (został w parafii po zamordowaniu księży Grobelnego i Wolskiego). Ksiądz był dobrym organizatorem, skupiał wokół siebie właśnie młodzież z ZOW. W Kobryniu to chyba właśnie on był duszą organizacji. Zdobyto drukarnię konspiracyjną, której chyba nie zdążono uruchomić. Na imieniny księdza Józefa matka ułożyła wierszyk i  z  laurką własnej roboty poszła z dziećmi złożyć życzenia. Oto jego treść: „W bardzo zimnej chateczce przy ubogiej mateczce mieszka urwisów dwa to jest siostrzyczka i ja. Ot tak sobie żyjemy Ot tak sobie rośniemy Jak te drzewka co w lesie wiatr gałązki im niesie. To deszczykiem przyprószy to słoneczkiem przygrzeje Choć mróz gnębi i dusi wiosna wkrótce przyjść musi. I dziś wiosennym wietrzykiem owiana Dziatwa biegnie do księdza dziekana by złożyć należną cześć mu w imienin dniu: Zdrowia, szczęścia, wszelkiej pomyślności, spokojnych lat, sędziwej starości a po skończonym życiu tu na ziemi, ażeby nasz ksiądz dziekan został ze świętymi” Kwartalnik Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK Nr 1(80) 37 Głęboki podtekst i sens był w tym wierszu. W dobie mrocznego stalinizmu matka przewidziała, że wiosna wkrótce przyjść musi. Starszą córeczkę matka uczyła pisać i czytać, oczywiście po polsku. Gdy Lusia miała 5 lat, ojciec z dalekich łagrów pisał do niej dużymi literami kilka słów, a Lusia odpowiedziała: – Tatusiu pisz do mnie normalnie, ja już umiem czytać. Co niedziela rodzina była w kościele. Podczas majowych nabożeństw, w dni powszednie, dzieci do kościoła wozili chłopcy z organizacji: Roman Ostromecki, Rysiek Bartosiewicz, Lolek Terpiłoski, Tadek Bałasy, Gienek Wojtysiak. Po wojnie miejscowe siostry Urszulanki musiały się ewakuować. Mama wzięła od sióstr dziewczynkę z ochronki 15-letnią Paulinę. Miała być do towarzystwa i pomocy w rodzinie […]. Łagry stalinowskie Skończyła się sielanka dla jej rodziny. 4 września 1948 roku wezwano matkę do Kobrynia „ po diełam”. Obawiała się, że to koniec, ale jeszcze tkwiła jakaś nadzieja, że może w sprawie podatków. Kupiła jeszcze Lusi zeszyty i ołówek. To był jednak nieubłagany KONIEC. Lusia chodziła 4 dni do szkoły, pomagała dzieciom siostra Zoja i wujek z Jahołek, a u Ariadny zaczął się tragiczny okres więzienia i łagrów. Na początku rozpacz nie do zniesienia, czarna pustka, bezwład: małe dzieci same i nic nie można uczynić, nie ma kto utulić, ani pocieszyć. Nie było mowy o jedzeniu i piciu, tylko jedna przerażająca, obłędna myśl. Czyżby Bóg odwrócił wzrok, czyż nie widzi, nie słyszy, nie grzmi ale stopniowo powraca rozsądek. To nie okropny sen, to tragiczna rzeczywistość. Nie tylko ja, ile takich samych nieszczęść ludzkich. Bóg jest – widzi i zagrzmi. Trzeba żyć, trzeba walczyć to nie może być wiecznie; póki sił trzeba dla dzieci wspomagać innych, słabszych moralnie. Może i moim dzieciom ktoś pomoże. Nigdy nie myślała że przeżyje. Tu przerwiemy niedługą opowieść o losach Ariadny na rzecz krótkiego ekskursu o łagrach stalinowskich. Po wyjściu z więzienia nasza bohaterka chciała opisać ten swój horror, ale po 1973 roku dowiedziała się, że rosyjski pisarz Aleksander Sołżenicyn w trzech tomach stworzył całą epopeję o łagrach pod nazwą „Archipelag Gułag”. Nie wiadomo czy Ariadna przeczytała cały tryptyk czy tylko streszczenie, ale uspokoiła się, że wszystko już opisano.   Reżim sowiecki po zdobyciu władzy w 1917 roku utrzymywał niebywały w historii ludzkości terror, który się zaczął w 1918 roku od organizowania „Gułagu”- ogromnej fabryki zniewalania. Żeby wyeliminować tych co się sprzeciwiają, zastraszyć innych. Więziono na początku elitę carskich rządów, swoją inteligencję, bo przecież to proletariat zwyciężył. Potem organizowano internowanie, wsadzano „kułaków”, co pracą się dorobili, gdy był powszechny głód w kraju. Więziono wysokich urzędników, że to oni winni. Sadzano za donosy, za podejrzenia, za to że wiedział-nie powiedział. Różne były rodzaje aresztowań: najczęściej w nocy albo w pracy, nawet na ulicy, w sanatorium. Wszyscy aresztowani to polityczni – oto paradoks działalności „organów”- mieli jeden jedyny artykuł kodeksu karnego 48 ze 148 kodeksu z 1926 roku. Tylko kryminaliści go nie mieli. Ten wszechogarniający artykuł miał 14 paragrafów. Nie było pod słońcem takiego wykroczenia, zamiaru, czynności czy bezczynności, którego nie mogłaby dotknąć rażąca ręka 48 artykułu. Sowieci nie nazywali „politycznym” tylko dział „przestępstw państwowych” lub zdrady ojczyzny. Można było zdradzić ojczyznę, bo nie poszło się do pracy, bo było się głodnym i opadło się z sił, że trafiło się podczas wojny do niewoli, bo głodni zbierali kłoski na kołchoźnym polu. Zamiar zdrady też 48 artykuł. To pomoc okazywana „obcemu mocarstwu” gdy np. przybił obcas buta Niemcowi podczas wojny, to także pomoc międzynarodowej burżuazji to jeżeli przez wojną wyemigrował, a po wojnie wrócił. Jednym słowem np. kara za szpiegostwo, jeżeli przed wojną wyemigrowali, a potem powrócili. Karano czyn kontrrewolucyjny – wystawienie na szwank władzy za to że ktoś nie oddał ostatniego ziarna, zachorował i nie wyszedł do pracy. Agitacja przeciw władzy jeżeli ktoś w rozmowie sąsiedzkiej wyrażał niezadowolenie, a tamten doniósł- to też przestępstwo. Chętnie sadzano wszystkich o innych narodowościach: krymskich Tatarów, nieposłusznych Ukraińców, „polskich panów”, nieprawomyślnych Litwinów. Na wschodzie osiadłych od dawna Koreańczyków, z  Kaukazu Ormian. Sądzono za słuchanie radia, pójście do toalety z gazetą z portretem Stalina, za wszystko. Za czytanie innych niż komunistyczne książki. Łagry – to na Syberii czy w Kazachstanie tereny ogrodzone drutem kolczastym, na którym więźniowie sami pod nadzorem budowali prymitywne baraki z desek, gdzie w zimie, w nocy dochodziło do ponad minus 40 stopni Celsjusza. Dawano głodowe „pajki” i wyganiano do ciężkich, niewolniczych   prac. Ludzie umierali w łagrach. Przez rok umierała połowa, a było w każdym łagrze 2-4 tysiące osób. Oto bardzo krótki opis Gułagu. Wracamy do Ariadny, która tam właśnie zmierzała. W  więzieniu nad Muchawcem w  Brześciu prowadzone były przesłuchania, tam od rana do wieczora słyszano jęki i krzyki więźniów, którym wyrywano włosy, paznokcie, których bito do śmierci. Kobiety, jak i mężczyźni znosili szykany i tortury. Dużo osób nie doczekało rozprawy sądowej – zmarło od bicia podczas okrutnego śledztwa. Ariadna nigdy nie zapomni strasznych scen, gdy na przesłuchaniu strażnicy zawlekali ofiarę do celi zakrwawioną, ledwo żywą i rzucali na ziemię. Kobiety pomagały sobie jak mogły; obtarły, przytuliły, a że w dzień nie wolno było spać i leżeć udawały, że iskają pasożyty w głowie i ta nieszczęśliwa choć trochę odpoczęła. W celi dzień i noc paliło się światło, matka do końca życia nie znosiła ostrego oświetlenia. Wyrywano na przesłuchanie o  każdej porze dnia i  nocy, nie dawano spać. Koleżanka z Kobrynia, potem przyjaciółka była po cesarskim cięciu. Szwy się rozeszły, nosiła pas- zabrano jej go jak i wszystko oprócz zakrywającego nagość ubrania. Rany się rozjątrzyły, jelita wypadały i nie było żadnej pomocy. Wysyłano więźniarki po kolei sprzątać salę przesłuchań i to była masakra: krew na ścianach, powyrywane zęby i włosy leżące na podłodze. Rodziny na wolności całymi dniami i nocami wystawały przed więzieniem, żeby dać paczkę osadzonemu. Większości paczek nie przyjmowali, a przyjęte często nie docierały. Sądzono naszą bohaterkę w październiku 1948 roku, zapadł wyrok trybunału wojennego z artykułu 24-63-1-KK BSRR o zdradę ojczyzny. To ten sam sławny rosyjski artykuł 48. Ariadna nigdy nie zrozumiała w jaki sposób miała ona zdradzić ojczyznę. Osądzono ją na 10 lat łagrów z konfiskatą całego mienia i pozbawieniem praw obywatelskich na 5 lat. Do łagrów wieziono ich etapami w wagonach towarowych nieogrzewanych. To następny okropny rozdział w jej życiu. Trwało to 2 miesiące, zima, mrozy, ludzie tylko w tym, w czym ich aresztowano. Z przesyłek od rodziny pozwalano zachować lepsze i cieplejsze rzeczy, buty zabierano. Wagon przepełniony, nie było miejsca aby się położyć, zawsze u kogoś na głowie były czyjeś nogi. Pośrodku stała „parasza” pojemnik na fekalia. Najgorzej było tym przy paraszy, smród do omdlenia i tym przy ścianie – przymarzało się do ściany. Drzwi były zabite deskami od zewnątrz. Odbijali te drzwi i coś wrzucali do jedzenia,  raz na 1-2 dni. Wtedy przy okazji wyrzucali trupy zmarłych, a dużo ich było. Pierwszym etapem konwoju do łagrów była Orsza. Tam do dużej sali zagonili wszystkich, przywożonych w danym czasie z całej Białorusi. Nie było miejsca aby w niej stać, ludzie mdleli od zaduchu i smrodu. Tam formowano konwoje do poszczególnych miejsc zsyłek. Znów wagony towarowe, jeszcze zimniej bo to na wschód, jeszcze więcej trupów. Tak przybyli do Kazachstanu w pobliżu Karachandy [Karagandy – przyp. red.]. Znów nowy etap podróży do poszczególnych łagrów. Pierwszym miejscem osadzenia był barak z desek, inni trafiali w czyste pole, tam umierało do 80 % ludzi. Mrozy w Kazachstanie sięgały 40 stopni i wyżej. Trzeba było pracować, wydali ubranie „buszłaty” (kurtki – przyp.red.), „ciełogrejki” (tiełogrejki – fufajki, waciaki – przyp.red.), jakieś spodnie, wszystko nie nowe. Gorzej było z butami, a domowe trzewiczki na tamte warunki się nie przydawały. Matka na jedną nogę znalazła „onucę”, a na drugą blaszaną konserwę i sznurek. To ją uratowało od odmrożenia. Jedzenie było okropne nie do wyobrażenia: „ bałanda”(zupa) z  kiszonej kapusty i to rzadko, nie było mowy o przyprawach i tłuszczu. Chleba normalnego nie było nigdy i tylko pieczywo z łubinu, nie przesianej, stęchłej mąki ze zboża i z plewami. Porcja 100/150 gram na dzień. W lecie mama i kobiety jakoś sobie radziły. Gdy pracowały w ogrodach, można było ukraść i  schować w  zanadrzu kartofla, albo zjeść na miejscu jakieś warzywko, ale mężczyźni umierali z głodu. W każdym łagrze było kilka baraków męskich i żeńskich, liczących 2 tysiące osób. Zawsze rano koniem z taką kibitką wywożono trupy. Przed bramą jeszcze z kolczastym ogrodzeniem przebijano kindżałem trupy, słychać było ten charakterystyczny dźwięk łamanych kości. Robiono to profilaktycznie, żeby nikt się nie ukrył i nie uciekł. Zawsze rano były „rozwody”- wyganiano skazańców na plac przed barakami i rozdzielano do robót. Na mrozie stano z godzinę i wieziono otwartymi samochodami do robót. Mama pracowała na budowie kolei żelaznej, przy zwałach węgla, w hucie żelaza, na wyrębie „karachaniku” (rodzaj kłujących krzewów), na melioracji – kopano „aryki” do nawadniania, w polu i w ogrodach. Były i łagry w telmanowskim rejonie (powiecie), w osadach Tiemir-Tau, Asył, Wołkowskie, Stary Dżertas oraz Ohorody Klimat w północnym Kazachstanie-kontynentalny. Step, jak okiem sięgnąć, gdzieniegdzie zarośle karachaniku. W zimie mrozy i  „burany”- nieznane Europejczykom zamiecie śnieżne, nanoszące śnieg do 2 metrów, który  trzeba odwalać. Gdy barak stoi na otwartej przestrzeni – można zginąć, zasypie śniegiem, nic nie widać, traci się orientację. W lecie gorąco, susze, brak deszczu, upał do 40 stopni i też w stepie zabłądzisz, „miraże” widzisz- -stojący dom, naokoło jezioro, a  to tylko złudzenia. Przy nawadnianiu, tzw. kopaniu kanałów – aryków z przepustami bywało, że tyle puszczano wody, iż można się utopić. Matka pamięta jak z  zalanego pola Kazaszka uciekła z końmi na wzgórze i ich ewakuowano helikopterem. Trafiła matka i na budowę kosmodromu „Bajkonur”. Wtedy nie wiedziała, że to właśnie to miejsce. Ot duża budowa, przydzielono jej wyjątkową pracę w pojedynkę i bardzo niebezpieczną. W wąskich niskich, podziemnych korytarzach musiała wysypywać tłuczniem, bitym kamieniem warstwy określonej grubości. Tylko na leżąco można było to robić. Najpierw nie zdawała sobie sprawy, że w każdej chwili może się to zawalić. Pracowała tam ze 2 miesiące, przez cały tydzień zdzierała do dziur „buszłat”, ale przeżyła. Niebezpiecznie było na budowie kolei. W zimie z „kirką” trzeba było wybijać rowy i wyznaczone były normy, jak i przy każdej pracy – bardzo zawyżone. Słaba kobieta nie mogła przy największym wysiłku wykonać tej pracy. Kto nie zrobił normy, okrajano normę chleba już i tak głodową. 6 lat przepracowała w bardzo trudnych warunkach. Potem po śmierci Stalina było trochę lżej. W łagrach więźniowie „polityczni” osądzeni z 48 artykułu byli razem z bandytami, różnymi zbrodniarzami i złodziejami, których po wojnie było bardzo dużo. To oni rządzili w łagrach, znęcali się jeszcze bardziej nad więźniami politycznymi, na co władze łagrów przymykały oko. Bardzo dużo w łagrach było Polaków, którzy jak trafili do jednego baraku to trzymali się razem. Matka, będąc osobą nieprzeciętną, inteligentną o twardych zasadach moralnych wszędzie zdobywała uznanie. Mimo ostrego zakazu inicjowała życie religijne, wychowanie patriotyczne poprzez wznoszenie modlitwy, śpiewanie pieśni kościelnych. Każda z naszych kobiet miała swój własny różaniec. Zrobiony był z wysuszonych chlebnych paciorków ponawlekanych na nici wyciągnięte z  ręcznika. Mama miała dobrą pamięć. Opowiadała więźniarkom treści książki Marii Rodziewiczówny, M. Konopnickiej, „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza, H. Sienkiewicza, Bema (raczej Norwida – przyp. red.), którego wiele wierszy znała na pamięć, a także innych polskich pisarzy. Tylko modlitwa i wiara pomogły wytrzymać to piekło. Nasza bohaterka bardzo tęskniła za dziećmi, dzień i noc trawiła ją tęsknota za nimi.  Stęskniona, zagłodzona, mając 35 lat wyglądała o wiele starzej. Jej dzieci od 2 lat żyły same z tą Pauliną 16 letnią-wychowanką. Listy otrzymywała rzadko, bo każdy musiał przejść przez cenzurę. Siostra Zoja pomagała dzieciom jak mogła, ale miała swoją rodzinę i żyła z teściami, nie była na swoim. Piekąc chleb jeden bochenek chowała, a mieszkała 2 km od dzieci. W następnym tygodniu chleb piekła bratowa męża i też odkładała dzieciom, przynosiła sama albo dawała znak Lusi. Lusia uczyła się bardzo dobrze, wspomagała ją nauczycielka choć nie Polka, dobra znajoma Ariadny. Np. gdy w jej długich, gęstych warkoczach wylęgły się weszki nie dała ich obciąć, sama doprowadziła włosy do porządku. Matka pisała dzieciom piękne listy, a wolno jej było tylko jeden list na miesiąc i to cenzurowany. Potem udawało się przesłać list na wolność, dobrzy ludzie wspomagali ją. Publikuję jeden z tych miłych listów. Nawet ten liścik świadczy o charakterze i  życiowym niezłomnym kredo naszej bohaterki: „Uczcie się dobrze, czytajcie książki, starajcie się być dobrym i ludziom i Bogu.” Ani słowa o materialnych sprawach. Gdy Ariadnę poznawano w łagrze bliżej zaczęto ją szanować, było lżej, bo zawsze uczciwie pracowała. Była prostolinijna, nic nie kombinowała, a że łagier był w telmanowskim rejonie, a nazwisko miała Teleman, zaczęto do niej mówić „madam Telman”-docz krupnogo pomieszczyka. Były i miłe chwile, nie zawsze samo zło. Przypominam sobie jedno przyjemne wspomnienie. Jak wiadomo, w barakach rządzili kryminaliści. Wśród nich była kobieta – herszt, która chwaliła się ilu ludzi zabiła. Wszyscy się jej bali, a polityczni unikali. Matce dokuczała, ale Ariadna licząc że wszyscy przed Bogiem są równi, znajdowała preteksty, by porozmawiać z  nią o  innym świecie, niż przestępczym, którego tamta nie znała. Opowiadała historie z literatury pięknej i o różnych religiach, ale na razie dobre słowa na nią nie działały. Aż pewnego razu był srogi buran, mocno wiało, a wychodek był poza barakiem. Matka chciała z niego wyjść, ale widzi, że mocno szarpie drzwiami i zaraz może wyrwać, więc trzymała drzwi z całych sił. A tam za drzwiami słyszy słowa: „ Tudy-siudy twoja,mać”- wiadomo niecenzuralne słowa, ”kakaja swołocz derżit dwier”, Ariadna oniemiała – to głos herszta. Otwiera, a tamta mówi: „ Izwinite, Madam Telman, ja dumala kto to, a eto wy?” – i przeprosiła ją. Wśród kryminalistów na porządku dziennym były bluźnierstwa, chamstwo i arogancja, nawet w codziennej rozmowie przy powitaniu używano niecenzuralnych słów. Na porządku dziennym były  u nich związki homoseksualne. Stopniowo Ariadna zdobyła blaszaną miskę, własną łyżkę, gęsty grzebień to było całe bogactwo. Inni zawsze to pożyczali i oddawali. Podczas uwięzienia Ariadna nieraz chorowała, kilka razy ciężko, wspomagała ją koleżanka-lekarz. Podam jeszcze inny epizod z jej pobytu. Jeden naczelnik łagru był bardzo despotyczny i bezwzględny, bardzo źle z nim było więźniom. W tym łagrze były prace polowe. Mieli około 500 ha pszenicy, zbliżał się koniec lata, piękna dojrzewająca pszenica przed żniwami, a tu niespodziewanie pożar! Naczelnik oniemiał, stał jak wryty, gdyby to się spaliło, to jemu groziło rozstrzelanie. Wszyscy więźniowie bez ponaglania rzucili się do gaszenia pożaru wodą, szmatami, ziemią i uratowano zbiory. Spaliło się tylko jakieś 5-7 hektarów. Jak naczelnik ochłonął, stał się cud, odmienił się diametralnie. W łagrze zaczęto wydawać lepsze jedzenie, bez rygoru, zamówił kobietom nowe sukienki, do woli słomy, a z Ukrainy z urlopu przywiózł każdemu więźniowi po dwa jabłka. A było bardzo dużo osób- dwa tysiące ludzi. Po ciężkiej nużącej pracy przy młóceniu Ariadna dostała całe 2 tygodnie urlopu! To było szczęście. Chyba pierwszy raz w życiu miała urlop: szyła, szydełkowała, dzieciom zrobiła rękawiczki, sobie bluzkę z  worka. Nigdy jej rączki do późnej starości nie próżnowały. Gdy pracowali w  ogrodach, a  był dobry strażnik, co pozwolił jeść ile dusza zapragnie arbuzów, to jak wracały, 5-kilometrową drogą, to za grupą ciekły strumienie…po arbuzach. Czasem można było w buszłatach przeszmuglować kilka kartofli z pola. Miały garnek i ugotowały sobie pysznych, prawdziwych ziemniaczków, a nie bałandy. Uwięziona w łagrach była wysoka inteligencja z czasów carskich. Siedzieli już wiele lat. Jedna z carskiej rodziny, już staruszka opowiadała, jak jej udało się uciec od rozstrzelania rodziny carskiej. Na początku udała martwą, a jak wszystkich dobijali, to kula trafiła w jej w kok myśleli, że w głowę. Później została osadzona z innego powodu. Był też z dalszej rodziny carskiej młody człowiek, który w łagrach już przebywał 15 lat. Od 6 roku życia, miał ostatni wyrok pięcioletni i już się cieszył, że wyjdzie na wolność. Przyszedł do znajomych kobiet pożegnać się. Był szczęśliwy i  zadowolony, ale za 2 dni otrzymał następny pięcioletni wyrok. Nie wytrzymał-odebrał sobie życie. Miała Ariadna w jednym z łagrów dobrą koleżankę Łotyszkę Mirdzę Janownę. Była lekarką, ale najczęściej pracowała ze wszystkimi przy ciężkich pracach. Jako lekarz mogła zwolnić z pracy z 2 tysięcy 20 osób. Ona   zwalniała więcej, więc skierowano ją za karę do robót fizycznych. Więźniowie byli najróżniejszych profesji: profesorowie, duchowni wszystkich wyznań, naukowcy. Władze sowieckie eliminowały własną inteligencję. Święta religijne obchodzili więźniowie na modlitwach i  wspomnieniach we własnych grupach. Wiadomo, po pracy, potajemnie można się było ukryć za łagrem w stepie albo brudowniku. Gdyby wykryto, że modlą się grupowo, groziły wysokie kary. Śpiewano pieśni religijne, dzielono się opłatkiem, który albo przysłali z domu albo zrobiono z chleba. Na Wielkanoc za duże pieniądze zdobywały jajko, święciły wodą. Było kilka ucieczek z łagru. Schwytanych przeważnie rozstrzeliwano, ale była i udana ucieczka z łagru matki. Dwudziestu dwóch skazańców, wysokich urzędników, przeważnie z Moskwy, uciekło samochodem, którym wywożono ich do pracy. Wszystko wcześniej ustalono, dotarli już do chińskiej granicy. Za nimi była wysłana pogoń, ale na granicy więźniom otworzono bramę, a przed pogonią zamknięto. Okazało się, że w Moskwie ich domy były puste, bo jak wiadomo rodziny byłyby rozstrzelane, ale zniknęły. Po śmierci Stalina po 1953 roku warunki nieznacznie się poprawiły. Gdy się pracowało w ciężkich warunkach, liczono jeden dzień za trzy, stopniowo osadzonym zaczęto wypłacać drobne, ale zawsze pieniądze. Kto był osądzony na 25 lat zmniejszano wyrok. Wypuszczano w pierwszej kolejności Gruzinów, Koreańczyków, Litwinów, Polaków. Ariadna przesiedziała 8 lat i  6 miesięcy i  w  kwietniu 1956 roku była zwolniona. Jej podróż powrotna też była z przejściami. Na szczęście miała bilet bezpłatny i jakieś uciułane pieniążki. Miała wiadomości od wcześniej zwolnionych i wiedziała jak się poruszać, jakich miejsc unikać, gdzie jest niebezpiecznie. Jechała przez Moskwę, miała tam rodzinę i adres, ale bała się jej zaszkodzić, bo była więźniarką. Całą dobę siedziała na dworcu, gdyż nie wiedziała, że ta rodzina to też byli więźniowie. W końcu szczęśliwie dotarła do Brześcia w normalnym wagonie, nie bydlęcym, a na dworcu spotkał ją mąż, który wcześniej wrócił z więzienia. Znów zniewolona Wróciła z łagrów w 1956 roku. Mimo ciężkich przeżyć nie straciła ducha. Zachowała najwyższą godność w tych nieludzkich warunkach. Nie poddała się, nie zdradziła a czekało ją jeszcze nie jedno ciężkie wyzwanie. Chciała zapomnieć, wymazać z pamięci ten Archipelag Gułag. Na początku bardzo niechętnie opowiadała o swych przeżyciach, tylko wiersz łagierników recytowała: Pamiątka Sybiraka „O Polsko nasza, ziemio ukochana W 39 roku, cała krwią zalana Nie dość, że Polskę na pół rozebrali To jeszcze naród na Sybir wygnali 9 luty będziem pamiętali: Sowieci wpadli, gdyśmy jeszcze spali I dzieci nasze na sanie wrzucili Do brudnej stacji nas odprowadzili. O straszna chwila, o straszna godzina! Okropny etap dla nas się zaczyna Ale nam owej nie zapomnieć chwili Gdy nas w wagony jak w trumny wrzucili Cztery dni my polską ziemię jechali Którą przez szpary tylkośmy, żegnali O żegnaj Polsko, ziemi nasza miła O żegnaj ziemio, która nas karmiła Żegnaj słoneczko i gwiazdy złociste Mijamy Rosję i góry Uralu I tak jedziemy dalej i dalej Piąty dzień wielka stanęła maszyna Już drugi transport znowu się zaczyna Jedziemy autem a potem sanami Przez mroźną tajgę rzekami, lasami Tam zimne słońce smutno nas witało Gdy do baraków rano zaglądało Zima, śnieg straszny, w lesie ciężka praca  .Głód i tęsknota srodze nas przygniata Tyfus okropny wśród ludzi się szerzy coraz to więcej pod sosnami leży O Polsko nasza, ziemio nasza święta Gdzież twoje syny, gdzie twoje Orlęta Dziś w syberyjskie tajgi przyjechali Już cię nie będą więcej oglądali Królowo Polski, zlituj się nad nami Nad biednym ludem, nad „Sybirakami” Wróciła do Kobrynia. Do Macierzy wyjechać nie udało się, więc życie trzeba było układać tu, gdzie wszystko co sercu było miłe, zostało zdewastowane i  oplute przez oszczerczą propagandę władz sowieckich. Niestety, ziemie wschodnie przez sojuszników były sprzedane Związkowi Radzieckiemu i trzeba było żyć dalej. A w domu dzieci wychowywane przez osiem lat w sowieckich szkołach, co odbiło się na mentalności dziewczynek. Oczekiwała, że dzieci będą takie same, w jakim duchu je wychowywała. Przez wiele lat musiała od nowa wychowywać Lusię i  Marysię. Wpajać im zasady patriotyczne i religijne. W końcu się udało. Córki wyrosły na dobrych ludzi. Mąż pracował, ale zarabiał mało. Ariadna nie pracowała zawodowo na państwowej posadzie, ale wychowywanie dzieci, praca w domu i działalność społeczna wypełniały jej cały czas. Nigdy nie próżnowała, nie myślała o sobie, tylko o rodzinie. Mieszkali w Kobryniu. Gdy wróciła, zastała kupiony stary dom z  lokatorami naprzeciw kościoła. Musiała mieszkać w  jednym mieszkaniu z  kobietą, która nie należała do rodziny. Co prawda była znajomą jej matki z dawnych czasów, ale obcą. W innych pomieszczeniach tego domu mieszkał były wysoki urzędnik, polski oficer Pan Stanisław Bartoszewski, (prawdopodobnie rodzony brat Władysława Bartoszewskiego, bo bardzo podobny i miał taki sam głos) Niestety, w tamtym czasie już umysłowo chory. Matka potem korespondowała z Władysławem Bartoszewskim. Wysyłała mu stare zdjęcia i ulotki, działali w honorowym komitecie. Bartoszewski wysyłał jej lisy z podziękowaniem, jednak nigdy go nie zapytała o brata. Dom był duży, stał nad rzeką Muchawiec, ale w czasie wojny, jego druga połowa została rozbita przez bombę. Duży ogród, ale wiele lat nie uprawiany, zaśmiecony, zaniedbany. Podczas uprawy wykopywano z zie mi ludzkie kości i szczątki, bo kiedyś były tam działania wojenne. Wiele lat potrzebowała Ariadna by ten ogród doprowadzić do porządku. Pamiętała Ariadna o miejscach, w których od wojny leżeli niepochowani i polscy żołnierze i cywile. Opiekowała się kilku takimi miejscami. Zrobiła własnoręcznie prymitywne mogiłki i postawiła krzyże. Wiedziała, gdzie byli pochowani ksiądz Grobelny i Wolski zamordowani przez Sowietów. Koło Muchawca przy drodze do Pińska zostało wymordowanych wiele setek Żydów z kobryńskiego getta. Wiedziała, gdzie ich wywożono ciężarówkami, Ariadna uczulała na to władze, w końcu nawet władze sowieckie ogrodziły to miejsce i postawiły symboliczny pomnik. Nasz ksiądz Józef Horodeński wrócił z  więzienia wcześniej od matki, opiekował się dziećmi, gdy nie było rodziców. Często przychodził, sprawdzał lekcje. Kościół wtedy działał, matka i ojciec aktywnie uczestniczyli w życiu parafii. Niestety, w 1958 roku podczas remontu kościoła ojciec doznał poważnego wypadku, spadł z rusztowań. Doznał urazu wielonarządowego i złamań. Wielokrotnie przebywał w szpitalu, do końca życia został kaleką. W 1958 roku powiększyła się rodzina Telemanów, urodził się syn Henryk. Chrzestną była Janina Teleman – żona brata Mieczysława. Wróciła z  więzienia cała rodzina Telemanów, ale wszyscy wyjechali do Polski i tu zaczęły się nowe nieszczęścia mojej rodziny. Ojciec chory, często był szpitalu, coraz słabszy, nawet wrócił do pracy, ale nie na długo. Henio rósł zdrowy, jednak gdy miał roczek ciężko zachorował. Wyrok – choroba Heinego-Medina. Wtedy na tamtych terenach była epidemia tej choroby. Przebywał w szpitalu w Brześciu trzy miesiące, pozostając pod opieką matki. Polubił ją cały personel szpitala, a że leżała sama na sali, zbierał się u niej cały personel medyczny i pacjenci. Toczyli ciekawe rozmowy, modlili się wspólnie o  zdrowie dziecka, były stałe rehabilitacje. Matka nie spała całymi nocami, masowała te chore nóżki. Następnie prawie pół roku leczenia w klinice w Mińsku, gdzie dziecko było już samo. Leczyła je ta sama pani profesor, co nie dawała nadziei na wyzdrowienie. W Mińsku odwiedzały dziecko po kolei mama i siostra Lusia, która skończyła szkołę i poszła do pracy, ponieważ w pierwszym roku nie dostała się studia. Matka, i tak wycieńczona, oddawała krew do leczenia dziecka. Konsultująca profesor z Mińska ostrzegała, że to dziecko już nigdy nie będzie chodziło, ale matka niezłomnie walczy. Całoroczne sanatorium w Druskiennikach, częste odwiedzanie dziecka przez matkę-300 km od domu.   W 1961 roku rodzi się czwarte dziecko- Kazimierz. Chłopców matka nazywała imionami królów polskich. W rodzinie panowała bieda, siostry i rodzina radziły przerwanie ciąży, ale dla matki to było sprzecznie z jej zasadami religijnymi i moralnymi. Lusia w tym roku dostała się na studia do Instytutu Medycznego w Grodnie. Po długim 3-letnim leczeniu w sanatorium, Henio wrócił do domu, chodził na czworaka, trochę stał, w ogóle nie poznawał matki i rodziny, ale rozum i pamięć miał sprawne. Był bystry, mądry, spostrzegawczy. Zaczęła się mordercza walka i rehabilitacje wszystkimi możliwymi sposobami. To przynosiło efekty, dziecko zaczęło chodzić na razie w aparacie. Matka z chorym mężem, dwójką dzieci musiała jeszcze wysyłać paczki dla dziewczyn, bo i Marysia kształciła się w Witebsku na krawcową. W domu bieda, ale dzieci nigdy głodne nie były. Zastanawiało, jak Ariadna była w stanie sobie poradzić. Dzieci wesołe, uśmiechnięte, a komunizm nadal trwał. Prześladowano religię, inaczej myślących i Polaków. Chodziły pogłoski, że zamkną kościół. Księdza aresztowano po raz drugi. Matka aktywnie uczestniczyła w chowaniu sprzętu liturgicznego kościoła. Dzwony, według matki wiedzy, już wcześniej były ukryte. W 1962 roku przyszli zamykać kościół. Matka z kilkoma kobietami stanęły w obronie: „Nie damy”. Ale cóż mogły zrobić bezbronne kobiety. Zamknięto kościół, wywieziono i rozkradziono wszystko, co było możliwe. Zrobiono w nim składowisko odpadów tekstylnych. Ławki, ołtarz, chór, okna, drzwi powybijane, w końcu jacyś chuligani podpalili tekstylia. Matka wiedziała, gdzie co z cenniejszych rzeczy hest schowane i zawsze nam powtarzała, że jeszcze wszystko się zmieni na lepsze. Na razie panowała mroczna komuna. Niektórzy Polacy dla kariery nie przyznawali się do polskości i wiary, nie brali ślubu kościelnego, dzieci chrzcili potajemnie, zapisywali się do partii komunistycznych. Tylko nie my, tylko nie Ariadna Teleman. Każdą niedzielę jeździła do kościoła w Brześciu, tam jeszcze był ksiądz Łazar, który wrócił z więzienia. Na razie on nie miał pozwolenia na odprawianie mszy i brukował ulicę. Był jeszcze ksiądz w Czernawczycach koło Brześcia i w Prużanach ksiądz Michał Woroniecki. Ci staruszkowie księża mówili do siebie: – Jak ty umrzesz, to ja ciebie pochowam, a ostatniego z nas kto pochowa?? Ariadna dzięki swojej żelaznej woli i niezłomności na wszystko miała czas. Dzieci wychowywała na prawych ludzi i doglądała męża i prowadziła dom. Czasem, gdy brakowało pieniędzy na książki do nauki lub życie, szła na rynek sprzedawać warzywa, choć tego nie lubiła. Opowiadała,  że jak na rynku pojawiał się ktoś znajomy, chciała zapaść się pod ziemię, ale z tego były jakieś pieniążki i musiała przezwyciężyć wstyd. Uprawiała ziemniaki na tak zwanych „setkach”, które wydawano robotnikom za miastem. Było to 20 – 30 setek, to sporo, zwykle orano koniem, a potem zbierała ręcznie. Pomagały, jak mogły córki. Chodziła albo jeździła autobusem na grzyby do pobliskiego lasu, czasem sąsiedzi zamawiali koszyk grzybów i też miała z tego pieniądze. Opowiadała, że kiedyś późnym wieczorem wracała z grzybów, a było to ponad 15 km od domu, a przy furtce siedzi Kazio 4-letni i czeka na mamę, Henio wtedy był w sanatorium, ojciec w szpitalu, my z siostrą na studiach. Relacjonował mamie: – „Mamusiu, ja ugotowałem „zaciereczkę”, ale ona czemuś wyszła mi w jednej kluseczce. Że my wszyscy – jej dzieci, wyszliśmy na dobrych ludzi, to tylko i wyłącznie zasługa matki. Pamiętam, jak my z siostrą byłyśmy małe, bawimy się i powtarzamy: Lusia – ja będę lekarzem, ja będę lekarzem, a Marysia – ja będę krawcową, ja będę krawcową. Czemu krawcową? Może matka widziała w niej predyspozycje a może dlatego, że jej mama była sławną na całą okolicę krawcową. Tak się i stało. Siostra ukończyła technikum krawieckie w Witebsku, potem 2-letni kurs uzupełniający w Leningradzie. Henio jako małe dziecko powtarzał: ja będę księdzem, ja będę księdzem! Jakim księdzem? – dziwiono się. Mroczny komunizm, wszystkie kościoły pozamykane, nie ma żadnych uczelni katolickich, religia prześladowana, a kto wierzący to się kryje. Jak można być księdzem? A matka: on będzie księdzem. Matko, co ty wygadujesz? Ale to były prorocze jej słowa. Ja mówię do matki: Z nami w szkole problemów nie miałaś, a dopiero jak chłopcy pójdą do szkoły, wtedy zaczną się problemy. Jednak z chłopcami matka miała mniej problemów niż z dziewczynami. Synowie poszli do szkoły, Henio chodził jeszcze bardzo słabo w aparatach, matka nosiła go do szkoły na „barana”. Dobrze, że szkoła była blisko. Henio jakoś był taki miły, że nikt się z  niego nie wyśmiewał, że kaleka, lubiany „prowodyr”, w  zabawach dziecięcych zawsze był kapitanem a w klasie starostą. Tak się wybierało przodującego w klasie ucznia na starostę. Zresztą i Lusia i Kazio też byli starostami. Nasza matka nigdy nie chciała od nikogo żadnej pomocy. W  szkole biedniejszym rodzinom udzielano pomocy materialnej i rzeczowej, darmowe obiady dzieciom, ale matka zawsze odmawiała. Proponowano, by  wysłać Henia do szkoły specjalnej dla chorych z Heine-Medina, za darmo, kilkadziesiąt kilometrów od domu, ale matka odmówiła. Nasz dom był zawsze otwarty, każdy był tu mile widziany. Koledzy i koleżanki najpierw przychodziły do dziewczyn, potem chłopcy lubili tu bywać. Matka z  dawnych czasów zachowała zwyczaj ugościć każdego, czym mogła. Zawsze miała warzywa, owoce, ziemniaki, hodowała prosiaki, dzieliła się chętnie wszystkim, co miała z każdym. Dlatego ludzie lubili u nas przebywać, nie było dywanów, nie trzeba było zdejmować butów, wszyscy czuli się swobodnie i swojsko. Kościół był zamknięty, mama udostępniała swój dom do odprawiania mszy świętej, średnio raz w miesiącu przyjeżdżał ksiądz Łazar z Brześcia. Schodziło się dużo wierzących, wszyscy mieli nadzieję że nastąpią lepsze czasy. Matce dni powszednie upływały między pielęgnowaniem chorego męża, prowadzeniem domu ze skromnego budżetu, nauką młodszych dzieci, wysyłaniem paczek starszym dzieciom, uprawianiem ogrodu, doglądaniem mogił rozrzuconych po polach, kontaktami z  koleżankami, których kilka było w Kobryniu. W 1967 roku Lusia skończyła studia, wyszła za mąż, pracowała w Kobryniu jako lekarz pediatra. W 1982 roku zmarł Stanisław, synowie studiowali: Henryk na uniwersytecie moskiewskim na wydziale psychologii, Kazimierz w Instytucie Medycznym w Grodnie. Ariadnie było trochę lżej, ale zdrowie po wszystkich przeżyciach podupadało. Jednak zawsze była pracowita, nie wyobrażała sobie siedzieć bezczynnie, leżeć w dzień. Nawet niedziela była pracowita, bo to od rana 50 km autobusem do kościoła do Brześcia, potem przygotować lepszy obiad. Tam w Moskwie wiadomo, chodził się do jedynego kościoła katolickiego w całym mieście. Ksiądz staruszek Możejko, widziałam go osobiście, bo chrzciliśmy w  Moskwie wnuka Ariadny Jurka. Właśnie w  Moskwie przyszło do Henryka powołanie kapłańskie. Po ukończeniu uniwersytetu, co zbiegło się w czasie z „pierestrojką” Gorbaczowa, wstępuje do wyższego seminarium duchownego w Rydze i mimo wielu przeszkód zostaje tam księdzem. Było to jedyne katolickie seminarium na prawie cały ZSRR. Po roku zaproponowano mu podpisanie dokumentu, że po ukończeniu studiów zostanie pracować na Łotwie, na co się nie zgodził. Wrócił do domu, pracował jako radca prawny i artysta-malarz. A w Kobryniu do Rajkomu partii przyszła wiadomość, że uczeń szkoły uczy się na księdza. W szkole walne zebranie, jak to możliwe, że nasz były uczeń   uczy się na księdza. Zanosiło się na rewizję w domu.

Matka zakopała Biblię i ważniejsze dokumenty. Koło domu dwie doby stał samochód tajniaków. Prześladowania się nie skończyły- mówiła Ariadna, jeszcze nie pora i  do końca życia o najważniejszych sprawach konspiracyjnych nie opowiadała. Kazimierz uczył się w  Grodnie, studiował medycynę, Aleksandra po skończonych studiach pracowała w Kobryniu jako lekarz. Ariadna w niedzielę słuchała w radiu wiadomości z Polski, bo radio było nastawione tylko na I Program. Słuchała tych piosenek, co kiedyś śpiewała, prezentowanych w audycjach Danuty Żelichowskiej i Jana Zagozdy. Narzekała, że Polska mowa się zmienia: – Za tamtych czasów po polsku to mogłabym rozmawiać nawet z prezydentem, a dzisiejsza polszczyzna daleko odbiega od literackiej z tamtych czasów. Pełno obcych słów, skrótów, anglicyzmów. Ariadna pieczołowicie przechowywała listę poległych w  wojnie 1939 roku i  dbała o  przechowywane dewocjonalia z  kościoła.[…]

Przez całe swoje życie była wierna Ojczyźnie. To dumna Polka, która spełniła, jak mało kto swój obowiązek wobec Ojczyzny. Jakże do niej pasują słowa Feliksa Konarskiego z wiersza „Na śmierć Generała Andersa’’: „Polaku, w którejkolwiek znajdujesz się stronie, W kraju czy poza krajem-jeśli w tobie płonie umiłowanie do tego, co wolnością zwie się I haseł, które żołnierz na sztandarach niesie: Bóg, Honor, Ojczyzna-pomyśl, że dziś zgasło Serce do końca wierne tym żołnierskim hasłom. Pojmij to i schyl głowę, i westchnij! O, Panie, Daj mu u siebie wolność i odpoczywanie.” Chicago, 13 V 1970 r. Mądra, dobra, szlachetna zostanie na zawsze w naszych sercach i w pamięci. To człowiek niezwykły, obarczony tragiczną i bohaterską przeszłością.

Wspomnienia Ariadny spisała wdzięczna córka Aleksandra Włodarczyk. Kutno, 12.04.2016

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany