Piotr Boroń

„Oto jest nasz dzień codzienny, nasze małe budowanie, trud uparty i niezmienny,  nieustanne kształtowanie”.                                                                                                                                

 Fragm. Pieśni IV, K. I. Gałczyński

           

Piotr 2009

Drodzy Czytelnicy, prezentujemy dziś rozmowę z Piotrem Boroniem, wyjątkowym nauczycielem, który przez 5 lat wykładał w Polskiej Szkole Społecznej im. I.Domeyki w Brześciu historię i wiedzę o Polsce. Pan Piotr wniósł wiele nowego w życie naszej Szkoły, zainicjował nowatorskie projekty edukacyjne i kulturalne, był organizatorem konkursów historycznych i uczniowskich ekspedycji naukowo-badawczych. Wszechstronna działalność pedagogiczna, jego autentyczne zaangażowanie w patriotyczne wychowanie młodzieży polskiej na Białorusi, wyzwało niezadowolenie władz białoruskich, które łamiąc prawo i wszelkie normy moralne, w styczniu 2009 roku deportowały wybitnego nauczyciela wraz z inną wspaniałą nauczycielką polonistką z Brześcia, z Białorusi. Piotr Boroń jest absolwentem historii i filozofii na UMCS w Lublinie, doktorem nauk humanistycznych, wieloletnim nauczycielem szkół polskich na Wschodzie (Białoruś, Ukraina, Łotwa, Litwa), autorem publikacji o tematyce historycznej i literackiej związanych z „Echami Polesia”, współpracownikiem Fundacji Pomocy Szkołom Polskim na Wschodzie im. T. Goniewicza.

 

Jest Pan wyjątkowym nauczycielem, ale chyba nie służbistą?

Nie uważam siebie za wyjątkowego nauczyciela, po prostu staram się jak najuczciwiej spełniać swoje obowiązki wierząc, że to co robię, ma sens i służy ważnym celom. Służbistą z pewnością nie jestem. Wszelki biurokratyzm, na przykład dotyczący ocen, realizacji podstawy programowej, czy źle pojęta pryncypialność są mi obce.

 Czym jest dla Pana misja nauczyciela ?

Jeden z uczniów powieści Edmunda Niziurskiego Sposób na Alcybiadesa wyraża taką oto opinię, z którą trudno się nie zgodzić: „Rzadko się zdarza, by przedmiot wykładany przez goga (przez nauczyciela) był jego życiowym hobby”. Słowo hobby możemy zastąpić słowem pasja, a ta oznacza dla mnie wspaniałą przygodę wyrabiania w młodych ludziach potrzeby zdobywania wiedzy, rozwoju duchowego i intelektualnego, a także moralnego, bo wszystkie te aspekty należy traktować w naszym zawodzie nierozłącznie. Wszystkie są jednakowo ważne. Profesor Misiak w przytoczonej powieści powiada do swoich uczniów, żeby zapomnieli o nauce „na oceny”, że są „wolnymi poszukiwaczami” prawdy. Piękne i mądre słowa, które powinny być dla każdego nauczyciela drogowskazem w ich pracy. Historia, jeśli podejść do niej w odpowiedni sposób, może stać się wspaniałą przygodą wspólnego dochodzenia do prawdy, stawiania pytań, dostrzegania problemów, formułowania ocen, wyrabiania szacunku dla samodzielności myślenia.

Skąd energia do pracy i nowego, codziennego trudu?

Napędem jest dla mnie pozytywna reakcja moich uczniów na styl mojej pracy, na metody, które stosuję, a więc to swoiste sprzężenie zwrotne między nauczycielem a jego podopiecznymi, bez którego lekcja nie ma żadnego sensu. Nie zawsze nasz entuzjazm i wysiłek dają oczekiwane rezultaty. Często uczniowie są mocno zdystansowani wobec naszych poczynań, reagują obojętnością, która nie powinna nas zniechęcać. Nawet jeśli tylko dwóch, trzech uczniów zdradza szczere zainteresowanie tematem to już jest sukces. Zawsze wierzę, że prędzej czy później swoim zaangażowaniem uda mi się skłonić moich uczniów do choćby minimalnego wysiłku intelektualnego. Czasem do sięgnięcia po zarekomendowaną im książkę, co stale w swej praktyce robię.

Czy lubi Pan się uśmiechać?

Zdecydowanie tak.

A czy lubi Pan,gdy uśmiechają się uczniowie?

Oczywiście, to jest bardzo ważny sygnał, często dowód akceptacji i sympatii, której my, nauczyciele potrzebujemy. Nauczyciel niczym aktor występuje wobec publiczności, musi zatem posługiwać się środkami, które przemówią najlepiej do wyobraźni słuchacza. Pedagog-ponurak gorzej sobie radzi w kontaktach z młodymi ludźmi. Humor, rzecz jasna odpowiednio dawkowany jest ważnym i nieodzownym instrumentem pracy dydaktycznej. Zawód nauczyciela daje mi pod tym względem dużo satysfakcji. Gdyby nie było na lekcji miejsca na uśmiech, humor, subtelny żart, czasami zabawę, praca, którą wykonuję, nie miałaby dla mnie większego sensu.

Piotr Boroń - nasz wyjątkowy nauczyciel; kombatant AK z Peliszcz Wacław Trzeciak, uczennice Polskiej Szkoły Społecznej im.I.Domeyki, współautorki szkolnego filmu o Związku Obrońców Wolności, który otrzymał wyróżnienie IPN oraz Hanna Paniszewa, nauczycielka historii. Styczeń 2009 roku, wskrótce po tym była deportacja naszego nauczyciela.

Piotr Boroń – nasz wyjątkowy nauczyciel; kombatant AK z Peliszcz Wacław Trzeciak, uczennice Polskiej Szkoły Społecznej im.I.Domeyki, współautorki szkolnego filmu o Związku Obrońców Wolności, który otrzymał wyróżnienie IPN oraz Hanna Paniszewa, nauczycielka historii. Styczeń 2009 roku, wskrótce po tym była deportacja naszego nauczyciela.

Czy takie podejście jest skuteczne i jak to wygląda w praktyce?

Nauka historii, o ile ma przynieść oczekiwane rezultaty nie może być nudna. Nigdy nie jestem w stanie przewidzieć, jak potoczy się lekcja, z jakim przyjęciem spotka się moje, zresztą bardzo specyficzne poczucie humoru. Mam pewne sprawdzone „triki”, którymi posługuję się stale. Na przykład tak formułuję pytania, aby uczniowie, zwłaszcza ci niewierzący w swoje możliwości nie mieli większych problemów z odpowiedzią. Tych którzy twierdzą, że nic nie wiedzą próbuję przekonać w „lekkiej”, żartobliwej formie, że to nieprawda. Staram się dowartościować każdego ucznia niezależnie od tego, czy darzy sympatią mój przedmiot. Czy posiada jakąś wiedzę i umiejętności, czy nie. To moja rola, aby „zarazić” uczniów chęcią poznawania, skłonić do własnych przemyśleń, ocen i krytycznych uwag.

I „zarażają się”?

Oczywiście nie wszyscy. To byłaby utopia zakładać, że wszystkich swoich uczniów mogę jednakowo „zarazić” miłością do historii. Historia zresztą nie jest dla mnie jakimś autonomicznym bytem intelektualnym. Poprzez nią staram się uwrażliwić uczniów na wartości humanistyczne. To dla mnie podstawowy cel. Uważam, że dobra edukacja historyczna, to taka, która orientuje młodego człowieka w różnych dziedzinach wiedzy humanistycznej. Dążę do tego, aby nauczanie historii było takim „systemem naczyń połączonych”, prowadzącym do poznania tyleż przeszłości, co języka, kultury, filozofii, wiedzy o świecie współczesnym.

Czy nauczanie o Polsce na Wschodzie jest trudne?

Jest przede wszystkim pasjonujące. Młodzież na Wschodzie to bardzo wdzięczny Partner dla nauczyciela z Polski, łatwo poddający się edukacji, która odkrywa przed nim bogaty świat polskiego języka, historii, kultury i często pozwala lepiej zrozumieć meandry rodzinnej przeszłości. Niejednokrotnie mogłem się przekonać o bezinteresownej motywacji uczniów, szczerze zafascynowanych dziedzictwem kulturowym Macierzy.

A skąd wynikła decyzja o wyjeździe, czy ktoś nakłonił Pana do wędrówki na Wschód, czy podjął Pan ją indywidualnie?

Moje edukacyjne przygody ze Wschodem zaczęły się w 2002 roku, kiedy po raz pierwszy wyjechałem do Brześcia z wykładami dla młodzieży wybierającej się na studia w Polsce. Wyjazd na Białoruś zorganizowała Fundacja Pomocy Szkołom Polskim na Wschodzie im. Tadeusza Goniewicza, a ściśle jej prezes, Pan Józef Adamski, któremu jestem bardzo wdzięczny za to, że swoją decyzją „pasował” mnie, niejako, na nauczyciela polonijnego. Po kilku latach szkoła w Brześciu zaproponowała mi stałą współpracę i tak to się zaczęło.

Czy łatwo przyszło zaadaptować się w nowym środowisku?

Bardzo łatwo. Ponieważ instynktownie czułem, że to jest moje środowisko.

Moje – to znaczy?

Bardzo mi bliskie. Duchowo, emocjonalnie, mentalnie. Nie miałem żadnych przeszkód, żeby zaadaptować się w nowym miejscu pracy. Wszystko było cudownie nowe i przyjazne. Uczniowie chętni do pracy, zdyscyplinowani, bardzo dojrzali. Do tego trzeba dodać obecność historii, którą „czuło się” na każdym kroku, świat kresowych legend i pamiątek po I-ej i po II-ej Rzeczypospolitej.

Jak ocenia Pan pomoc fundacji, stowarzyszeń, środowiska polonijnego, Konsulatu w organizacji, na szczeblach lokalnych?

Z pewnością specyfika danego kraju rodzi odmienne oczekiwania, różne potrzeby. W każdym państwie, do którego byłem kierowany spotykałem się z zainteresowaniem i życzliwością ze strony czynników sprawujących kuratelę nad oświatą polonijną. Najbardziej było to odczuwalne na Białorusi, gdzie korzystałem z pomocy Konsulatu i Fundacji im. T. Goniewicza.

Gdzie można znaleźć inspiracje do przedsięwzięć dydaktycznych i wychowawczych?

Dla mnie to kwestia wyobraźni, która jest motorem nauczycielskiej aktywności i pomysłowości. Dobry nauczyciel to prawdziwy mistrz i artysta w swoim zawodzie, to taki człowiek, który „wtajemnicza”. Odkrywa świat faktów i wartości, a więc ktoś obdarzony nie tylko wiedzą, ale również charyzmą, wyobraźnią i namiętnością do swego fachu. Na szczęście mimo wielu lat pracy, czasem naprawdę ciężkiej, wciąż odczuwam w sobie wielką potrzebę uczenia i pracy z młodzieżą i dziećmi.

 Czy znał Pan na Wschodzie podobnych nauczycieli?

Spotkałem na Wschodzie wielu bardzo dobrych, profesjonalnych i wszechstronnie zaangażowanych nauczycieli. Przeważnie byli to poloniści oraz nauczyciele nauczania początkowego. Ludzie ambitni, o znaczącym dorobku pedagogicznym. I co jest na Wschodzie szczególnie ważne – ideowi. Spotkałem też, na szczęście nielicznych, „wyrobników”, którzy minęli się z powołaniem. Swoje obowiązki traktowali głównie w kategoriach komercyjnych.

 Jaki był reprezentowany przez uczniów poziom wiedzy, który zastał Pan na Wschodzie?

Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nie mam takiej wszechstronnej możliwości weryfikowania, co moi uczniowie wynieśli z naszych wspólnych lekcji. Na ile sobie radzą w życiu, realizują aspiracje i na ile udało mi się zaszczepić w nich pewne skłonności intelektualne. Probierzem moich sukcesów nauczycielskim było to, że dostawali się na studia. Nie przypominam sobie przypadku, by uczniowie, których przygotowywałem do egzaminów ponieśli jakąś porażkę. Tutaj nie chciałbym sobie wystawiać jakiegoś świadectwa, ale z dumą mogę powiedzieć, że uczniowie wychodzący „spod mojej ręki” szczęśliwie zdawali egzaminy. Udawało im się dostać na wymarzone kierunki studiów i realizować się w życiu.

To są wspaniałe efekty. A czy stwarzane są na Wschodzie odpowiednie do wypełniania właśnie tych celów warunki organizacyjne, podobnie jak np. dla mniejszości narodowych na Zachodzie stwarza się zaplecze dla realizacji celów oświatowych Polonii?

Myślę, że tak. Jest coraz lepiej i chyba nie można porównać tego, co jest obecnie na Wschodzie z sytuacja choćby sprzed dwudziestu pięciu lat. Pomoc, która dociera na Wschód ma charakter wszechstronny, w tym personalny. Docierają tam wykwalifikowani, dobrzy nauczyciele, wiedzący jak sobie radzić w warunkach pracy za granicą. Dociera sprzęt multimedialny coraz bardziej „wartkim strumieniem”; literatura fachowa, podręczniki.

Czy to wszystko z Polski?

Tak, wszystko z Polski. i myślę, że ta kuratela nad zapleczem technicznym, czy takim „ludzkim” jest coraz lepiej rozwinięta, coraz bardziej odczuwalna.

A jak to się przekłada na rolę oświaty, na przeprowadzanie egzaminów, prac związanych w początkiem i końcem roku, zgodnych oczywiście ze specyfiką szkół na Wschodzie?

Moim obowiązkiem jest to oczywiście jedna ze „ścieżek” aktywności zawodowej na Wschodzie, jest dobrze przygotować młodzież do egzaminów, dzięki którym mogą wyjechać na studia w Polsce. Oprócz tego staram się swoim pedagogicznym zasięgiem objąć jak największą grupę uczniów, którym mógłbym przekazać wiedzę o polskiej historii, języku i kulturze.

 Jak na Wschodzie prezentuje się poziom wykształcenia nauczycieli?

Zauważa się coraz wyższy poziom profesjonalizmu wśród nauczycieli na Wschodzie, którzy zwykle mają za sobą studia w Polsce. O historykach, bo to głównie z nimi obecnie współpracuję na Litwie mogę powiedzieć, że posiadają wysokie kwalifikacje w niczym nie ustępujące kwalifikacjom ich kolegów z Polski.

 Proszę opowiedzieć, podsumowując, o oczekiwaniach stawianych samemu sobie, planach zawodowych na przyszłość, co chciałby Pan osiągnąć, może napisać, realizując zawodowe marzenia?

Coraz częściej myślę o dydaktyce. O tym, żeby swoje przemyślenia i doświadczenia „przelać” na papier. Mam kilka pomysłów, którymi chciałbym się podzielić. Dotyczą one warsztatu nauczyciela oraz różnych trudności, które mogą towarzyszyć historykowi w jego szkolnej praktyce. Chciałbym także zaproponować uczniom różne techniki pracy umysłowej przydatne w nauce historii.

Czy chodzi o warsztat dydaktyczno-metodyczny?

Tak. Pracuję nad swoimi metodami uczenia historii. Chciałbym dać temu wyraz może w formie jakiejś publikacji.

Koniecznie. A co już Pan napisał?

Rok temu napisałem artykuł o przewrotnym tytule: „Dlaczego nie lubię historii?”. Chciałem w nim i właściwie dałem wyraz różnym wątpliwościom a nawet frustracjom, które mogą towarzyszyć nauczycielowi przygotowującemu uczniów do egzaminu maturalnego. Tekst nie ukazał się w druku, choć wysłałem do kilku redakcji. Zawarte w nim wątki będę chciał rozwinąć i w przyszłości opublikować.

O czym jeszcze, poza tymi wymienionymi zagadnieniami, chciałby Pan napisać?

Od kilku lat związany jestem z „Echami Polesia”, gdzie redaguję rubrykę: „Biblioteka poleska”. Zamieszczam w niej artykuły, których celem jest przybliżenie czytelnikom dzieł literackich, albo z pogranicza literatury pięknej, związanych z Polesiem. Współpraca z „Echami Polesia” daje mi wiele satysfakcji. W ten sposób stale obcuję z Krainą, która od pierwszego wyjazdu na Białoruś stała mi się szczególnie bliska. Inne obszary moich zainteresowań, w których, jeśli czas pozwoli, chciałbym spróbować swoich sił jako autor, to dzieje polskiego boksu oraz polska wieś w okresie PRL-u.

Życzę wobec tego dalszych udanych tekstów i zrealizowania marzeń.

Rozmawiała Urszula Julita Adamska

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany