POLESKI MISTRZ PSZCZELARSTWA

„Ludzie nie chcą wracać do korzeni. Zabierając ziemię pozbawiono
ich wolności… A bez wolności człowiek zapału nie ma, nie chce mu
się ani tworzyć, ani pracować jak należy.”
Mikołaj Kaczanowski

Mikołaj Kaczanowski obok stuletniej barci poleskiej

Mikołaj Kaczanowski
obok stuletniej barci
poleskiej

Podczas naszej kolejnej wyprawy na Polesie, spotkaliśmy w Pińsku niezwykłego człowieka – pszczelarza, krajoznawcę, potomka szlachty herbowej, ale przede wszystkim – wielkiego miłośnika  poleskiej ziemi.

Mikołaj Kaczanowski jest założycielem pierwszego i, jak dotychczas, jedynego prywatnego przedsiębiorstwa pszczelarskiego na Białorusi.

Z wykształcenia  jest inżynierem hydrotechnikiem. A jednak w latach dziewięćdziesiątych, mając dobrą pracę i perpektywę awansu, postanawił zająć się pszczelarstwem. Można śmiało powiedzieć, że podążył za „głosem krwi”, gdyż pszczelarstwo w jego rodzinie uprawiano z dziada pradziada.

„ Od małej pszczoly sie zaczęło, a w wyniku i sobie pomogłem, i ludziom, i pszczelarzom naszym miejscowym w jakims stopniu..”

To właśnie on, jako pierwszy na przestrzeni postardzieckiej, zorganizował w 2004 roku święto Spasu Miodowego (tego dnia święcony jest miód, a w domach spożywa się miodowe delikatesy). Dążąc jednocześnie do idei ekumenicznej, zaprosił na święto przedstawicieli wszystkich konfesji.  Był też pionierem, jeśli chodzi o organizację wyjazdów pszczelarzy białoruskich do Polski i  innych krajów, w celu zdobycia nowej wiedzy i wymiany doświadczenia.

W centrum miasta, nad brzegiem rzeki Piny, mieści się sklepik pod nazwą „Nektar Polesia”.  Jest przytulnie i pachnie miodem. Na ścianach obrazy, przedstawiające poleskie krajobrazy. Są też święci patroni pszczelarzy – unicki, katolicki i prawosławny. Główną ideą przedsiębiorstwa jest przede wszystkim troska o zdrowie każdego człowieka. Oprócz różnych gatunków miodu, widzimy tu balsamy z dotatkiem propolisu, mleczka pszczelego, korzeni żywokostu, zielonych orzechów włoskich. Pan Mikołaj jest monopolistą w tej dziedzinie, a jego produkty są zatwierdzone przez Ministerstwo Zdrowia. Niektóre z nich dostarczane są również do największych sieci hipermarketów w kraju.IMG_8755

Nie zapomina też o osobach, których nie stać na zakup takich rzeczy. Tydzień przed naszą wizytą odwiedził mieszkańców Domu Milosierdzia w Łochiszynie. Każdy z nich dostał słoiczek świeżego miodu.

Pan Mikołaj jest człowiekiem niezwykle aktywnym i otwartym dla świata. Dużo czyta, prowadzi zdrowy tryb życia. Do pracy chodzi na piechotę. ”Kiedyś dużo jezdziłem samochodem i po pewnym czasie poczułem się tak, jakby całe moje ciało było w gipsie. Gdy nie ma ruchu – nie ma życia. Od tamtego czasu tylko w wyjątkowych przypadkach siadam za kółko, a do pracy to tylko piechotą”.

Pan Mikołaj opowiada o swoich pierwszych „miodowych” wspomnieniach: „Gdy byłem malutki, miałem może ze trzy latka, ojciec opowiadał mi historyjkę o niedzwiedziu, który próbował wdrapać się na drzewo po miód. Nie było mu łatwo, bo by zabezpieczeczyć barcie nadrzewne, wieszano specjalne bale, które mu w tym przeszkadzały. Więc gdy wdrapuje się niedzwiedz na drzewo – dostaje mocno po łapach, za drugim razem jeszcze mocniej, a za trzecim tak mocno, że pada na ziemię i płącze. I ja płakałem, współczując niedzwiedziowi. Kto by pomyślał, ze po 55 latach  zbuduje identyczną konstrukcję w swoim muzeum..”

W drodze do Kaczanowicz, gniazda rodzinnego Pana Mikołaja, rozmawiamy  o Polesiu. Opowiada o historii pobliskich wsi i miejscowości, o losach ludzi, o zanikajacych tradycjach.

„Historię pokochałem dzięki mojej nauczycielce. Zamiast suchej faktografii, do której wszyscy byliśmy przyzwyczajeni, opowiadała nam „dorosłe bajki”, dzięki czemu historia ożywała, stając się dla nas czymś naprawdę fascynującym”.

Mijamy prawie już wymarłe wsie, a kiedyś tętniło tam życie.

„Ludzie nie chcą wracać do korzeni. Zabierając ziemię – pozbawili ich wolności.. A bez wolności człowiek zapału nie ma, nie chce mu się ani  tworzyć, ani pracować jak należy.”

 

 Pińska szlachta

Mikołaj Kaczanowski interesuje się historią swojego rodu już od dawna. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż należy do dwóch starożytnych rodów szlacheckich – Kaczanowskich, po stronie ojca oraz Szołomickich, po stronie matki.

Poświęcił dużo czasu i wysiłku, tworząc drzewo genealogiczne, którego korzenie sięgają dziewiątego kolana. Tak

Nadrzewne barcie

Nadrzewne barcie

naprawdę  drzew jest kilka. Jedno z nich ma 8 metrów dlugości! A inne zostało wyhaftowane na pięknym lnianym płótnie, które tkała jego babcia Agata.

Wiedza Pana Mikołaja na temat tego, gdzie mieszkali jego przdkowie, kim byli i czym się zajmowali naprawdę robi wrażenie. Historyczną ojczyzną Kaczanowskich są Morawy. W 965 zmuszeni byli do ucieczki z powodu najazdów wojowniczych gunów. Osiedlili się w Polsce , przy dworze króla Mieszka I. W pózniejszym okresie wyruszyli dalej na Wschód. A od XIV wieku Kaczanowscy zamieszkują poleskie ziemie.

Rodzinna tradycja pszczelarska sięga czasów naprawdę dalekich. Dzięki szesnastowiecznym spisom ludności Pan Mikołaj wie, czym zajmowali się jego przodkowie. I, między innymi, już wtedy „budowali barcie, chodzili do Puszczy Poleskiej, uprawiali łowy rybne i wjunne”.

 

Muzeum bartnictwa pod otwartym niebem.

Kaczanowicze to wieś niezwykła. Stojąc zdala od „cywilizacji”, zachowała się w stanie niemal nienaruszonym od stuleci.

Pan Mikołaj zaprosił nas do swojego domu rodzinnego, który zbudował jego dziadek, znany na cała okolicę zdun.  Poznaliśmy jego mamę – Panią Marię Szołomicką. Dziś  Pani Maria jest jedną z nielicznych mieszkanek Kaczanowicz. Mówi przepiękną mową poleską, i nie zważając na bardzo solidny wiek, prowadzi dom i duży ogród.

To właśnie tu, w samym sercu poleskiej ziemi, Pan Mikołaj otworzył muzeum bartnictwa pod otwartym niebem. Będąć tutaj, można sobie wyobrazić, jak żył Poleszuk sto, a nawet dzwieście lat temu.

„Bądź pracowity jak pszczoła”

„Bądź pracowity jak pszczoła”

Widzimy kilkadziesiąt barci (inaczej – „kłody”) ustawionych nie tylko na ziemi, lecz także tych nadrzewnych (w ten

W takich szałasach (kureniach) Poleszucy mieszkali od wiosny do jesieni na bagnach

W takich szałasach
(kureniach) Poleszucy
mieszkali od wiosny do
jesieni na bagnach

sposób zabezpieczano miód przed niedzwiedziami). Po raz pierwszy zobaczyliśmy słomianą kłodę, ale w największy zachwyt wprawiły ogromne barcie, liczące ponad sto lat. Potrzeba kilku mężczyzn, by podnieśc takiego olbrzyma.

Niezwykle wygląda szałas w kształcie piramidy. Takie piramidy nasi przodkowie stawiali wiosną na bagnach i mieszkali w nich aż do jesieni. Duża kolekcja lamp naftowych, kufrów, kamieni młyńskich i wiele innych rzeczy, których nazw już prawie nikt nie pamięta… Kiedyś odgrywały niezmiernie ważną rolę w życiu każdego Poleszuka, a dziś są ekspozycją muzealną. Lecz jakze ważną ekspozycją! Dzięki niej widzimy, a nawet możemy dotknąć świata, który wkrótce zaniknie na zawsze. Dzięki niej będziemy pamiętać i czcic tradycje naszych przodków.

Po całym dniu w towarzystwie Pana Mikołaja, wyruszyliśmy w dalszą podróż, pełni pozytywnych emocji i natchnienia.

Jest to człowiek o otwartym umyśle i dobrym sercu, kochający życie we wszystkich jego przejawach. Jest wsparciem i przykładem dla wielu z nas.

Redakcja „Echa Polesia” z całego serca pragnie podziękować Mikołajowi Kaczanowskiemu za ciepłą gościnę i ciekawą rozmowę.

Anna GODUNOWA

foto autora

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany