W historii literatury związanej z Polesiem nazwisko Jacka Marii Orlika pojawia się dziś rzadko. Poeta, prozaik, publicysta i żołnierz, którego twórczość rozwijała się w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku, pozostawił po sobie zaledwie jeden wydany tom poetycki oraz liczne utwory rozproszone w prasie. Wybuch II wojny światowej przerwał jego działalność literacką, a powojenne losy sprawiły, że popadł niemal całkowicie w zapomnienie. Warto jednak przypomnieć jego dorobek, zwłaszcza z perspektywy Polesia – krainy, która stała się jednym z najważniejszych tematów jego poezji.
Choć biografia Orlika związana była przede wszystkim z Janową Doliną i Kostopolszczyzną, jego wiersze wykraczają poza administracyjne granice dawnego Wołynia. To właśnie Polesie – rozumiane jako kraina rozległych lasów, bagien, piaszczystych dróg i samotnych osad – stało się przestrzenią, w której poeta odnalazł własny język. Nie interesował go egzotyczny obraz Kresów ani romantyczna legenda pogranicza. Opisywał świat dobrze sobie znany – surowy, ubogi, ale zarazem głęboko zakorzeniony w rytmie natury.
DAWNIEJ…
Szumiały bezkresne puszcze zalane bezkresem wód… Kto znał ten kraj? Chyba jakiś król, który dwa razy w życiu w tę stronę na polowanie, ze swoim dworem się wybrał… Tu w dzikich zagajnikach mieszkał ryś, po błotach dalekich, po trzęsawiskach cuchnących chodził zapatrzony w krwawe zachody słońca nad drzemiącymi wodami łoś, tu się włóczył z lasu do lasu chudy, podobny raczej do zjawy, niż do żywego stworzenia, wiecznie głodny i wiecznie żywym wzrokiem patrzący wilk. Nad tym bezmiarem wodnych rozlewisk żyli ludzie nawpół dzicy cicho, skromnie, głucho i nędznie… Żywili się grzybami i jagodami leśnemi, łowili w sennych rzekach ryby, zastawiali sidła na mieszkańców leśnych… Gdzieniegdzie na pięknej wyspce wśród rozlewisk wznosił się między lasami piękny pałac jakiegoś wielmoży, jaskrawo odbijając od przyziemnych, marnych chłopskich lepinek… I cicho, głucho płynęły ponad wodami, w lasach dni życia… układały się długie ciszą miesiące, pory w lata odchodziły w wieki… Długie, nakryte pyłem czasu wieki…
DZIŚ…
Te same rzeki sennie w dal cichą płynące.. Te same stare dębowe i sosnowe lasy zamyślone nad głębią wód… Nic się tu nie zmieniło. Nie wtargnęła tu zachłanna stopa kultura, nie rozpoczęła budować gwarnych miast, asfaltowych ulic, sięgających chmur drapaczy nieba… Tu dziś… prawie jak przed wiekami…
Wśród lasów ciągną się błotniste lub piaskowe jałowe pola… Na polach tu i tam rzadko, bardzo daleko od siebie rozchlapane biedne wioski… Gdzieniegdzie za wioską wyciąga martwe ramiona w niebo błękitne stary, zmurszały wiatrak… Na sennych rzekach przelewa się przez koła wodne młynów srebrna woda… Po łąkach, po pustkowiach, po uroczyskach, gdzie jeszcze dotąd jak świat stoi nie stanęła stopa ludzka, błąka się niczyj i zamyślone poleskie słońce.
Ponad lasami przeleci czasem czarny kruk ze złowrogim krzykiem… Czasem wrona gdzieś się odezwie… Pasterze nie śpiewają przy krowach… Czasem skarży się w dal ponad wodą jakaś chłopięca ligawka.. przed zachodem…
PIĘKNO JEST NIEŚMIERTELNE…
Lecz przecudne są wieczory na Polesiu… boskie, najpiękniejsze zachody słońca! Taki piękny ten cichy, głuchy i dziki kraj, kiedy niebo, woda i bór się złocą i czerwienią!… A gdy słońce zagaśnie za płatami niknących się lasów i nad wodami zawiśnie księżyc jak złoty gong, – z dalekich wioskach snują się pod niebo smętne dumki, najsmutniejsze na ziemi pieśni… Wtedy człowiek o najkamienniejszem sercu się rozmarzy. W wioskach pieśń… W lasach krzyczą sowy, a na wodach dzikie kaczki…
Taka jest noc na Polesiu… Błąka się czasem na samotnej łódeczce zapatrzona w toń jeziora i dwie pary rozkochanych w sobie oczu, chodzi samotną ścieżką pomiędzy sosny i brzozy, albo kona śmiertelną męką w krwią zalanych oczach trafionego strzałem wilka. Taka jest noc poleska…
A dzień? Gdy nad bagnami i lasami osiądzie gęsta mgła – dzień cały podobny jest do wczesnego świtu… Chyba że głośne nad szuwarami bagienną trawą zawiśnie niebo się poleskie smutno rozbłękitni… Wtedy myśli się o tem, że gdzieś daleko jest inny świat gwarry, tętniący życiem głośno… Że gdzieś daleko są gwarne miasta, ludne ulice, rozbawione domy, roześmiane twarze… Tu ludzie się nie śmieją wcale, albo bardzo rzadko… Tu, gdzie ucha nastawisz: cisza, gdzie okiem spojrzysz las i woda… i pustka…
Dziwny, nieznany, egzotyczny polski kraj… Wiszą nad nim mętne mgły nieznania… Las, wody i niebo podały sobie ręce i milczą tajemnicą twardą…
Polesie woła ciszą i głuszą martwą śpiewa…
Śpiewa najpiękniejszą na ziemi pieśń, – hymn niesprofanowanej ludzką ręką Natury.
Kto nie był na Polesiu, kto nigdy nie usiadł na zwalonym przez wiatr jesienny pniu brzozy białej, nie porozmawiał z martwemi kopicami siana na łąkach poleskich – ten niema prawa jeszcze umierać…
LAS POLESKI
O przecichy, zamyślony mój poleski lesie!
Masz w sercu swem bezdenny smutek i zadumę,
Po drzew czubach wiatr jesienią zasępienie niesie,
..Albo cisza nuci w głuszy melodje dumek.
Białe brzozy tak przesmutno rozpuściły włosy.
O wiośnie tak czarownie skwitłe sosny pachną,
Jesienią najsmutniej na świecie kwitną w zrębach wrzosy.
..Co będzie, gdy ostatnie pnie pod siekierą padną?
Gdy się ostanie jeno pustka pól i błota
I na głębinach jezior sino woda lśniąca,
Gdzie się ukoi tęsknota – wygnanka, sierota
I gdzie się oprze dusza w przestrzeń wiecznie rwącą?
Gdy pod jesień zżółkną twe olchy, dębiny
W złotych blaskach jesteś lasem najpiękniejszym w świecie!
Podobnyś wtedy do pięknej zamyślonej dziewczyny —
Ty przecichy, zasępiony mój poleski lesie!
JESIEŃ
Bladozielono i rdzawożółto mrą jesienną niemocą lasy.
Nad ciszą dębów odlatujące w Południe żórawie zaklągocą czasem,
By znowu na długo, długo kwitła Cisza w smętnym liści szmerze,
A świerszcz ukryty za piecem dzwonił w przedwieczorne pacierze.
Nad głuchą przestrzenią lasów i błota niebo sino błękitne,
Co parę godzin stacza z nadchodzącą chmurą bezgłośną bitwę.
Na polach pachną dymy ogni i zeschłe ziemniaków badyle,
Komary zaszyły się w lasy, wrzosy pobladły – ot tyle.
Nad rozlewiskiem moczarów płacze mrący duch lata —
Liście się sypią, wiatr będzie niemi po bagnach pomiatał.
Cicho teraz, lepiej ryczać w przedwieczór smutną jesienią pachnący
Skrzyp żórawi studziennych i wozy głucho po bagnach jadące.
PRZEDZIMIE
Pustką krzyczące szkielety bezlistnych drzew nago w polach sterczą.
Wiatr targa poleskim lasem, pluszcze w zimnych falach jeziora
I piszczy i wyje w nagich gałązkach brzóz jakąś pieśń szyderczą,
A wczora jeszcze było cicho i las był w rudych liściach wczora.
Niebo ma popielaty kolor i często opada deszczem
(Jak łzami Twoje oczy…). Wieś przez nagość drzew widać teraz z daleka.
Niewiadomo czemu, niewiadomo czego… śnieg dziś nie pada jeszcze
Kiedy się śniegu codzień, jak po nocy dnia białego czeka.
Ścieżki po lasach pokryte liśćmi, szronem krzyczą błota.
Drwale rąbią drzewo po lasach i grzeją się przy dymnych ogniskach.
Jutro będzie napewno: jeśli nie śnieg biały, to szara chlapa błota.
Słońca chmury nie dadzą, ani uśmiechu smutne ścierniska.
Ciche Polesie przed zimą najzajadlejszym wiatrem jęczy
Takiej, jak na Polesiu pustki przed zimą, nigdzie na świecie niema.
Porwane między sosnami wiotkie siatki pajęczyn,
Czekanie: może jutro legnie na bagnu białą ciszą zima.
Twórczość Jacka Marii Orlika ma dziś wartość nie tylko literacką, ale również dokumentacyjną. W jego utworach zachował się obraz Polesia sprzed II wojny światowej – krainy drewnianych chat, rybackich przystani, leśnych dróg, rozległych mokradeł i ludzi żyjących w bliskim związku z naturą.
Poeta nie tworzył literackiej legendy Polesia. Opisywał świat, który znał z własnego doświadczenia. Dzięki temu jego wiersze zachowują autentyczność i siłę przekazu. Są świadectwem codzienności regionu, którego znaczna część zniknęła wraz z dramatycznymi wydarzeniami XX wieku.
Opr. red.
Źródła:
Jacek Maria Orlik, «Nad Polesiem cisza», 1936 r.
«Wołanie z Wolynia», 2020 r.



