Prezentujemy fragment unikatowej broszury pt.”Kobieta na Polesiu”, wydanej w 1939 r. w Pińsku przez Koło Krajoznawcze Uczniów Gimnazjum Państwowego. Teksty do broszury przygotowywali sami uczniowie, gimnazjaliści z różnych zakątków Polesia: z Dawidgródka i Janowa Drohiczyna i Stolina, Pińska i okolic. Wiele materiałów etnograficznych powstawało jako owoc pracy badawczej w oddalonych wioskach i miasteczkach Polesia.

Zbliża się wiosna. Poleszuk poświęca dużo pracy uprawie ziemi pod len. Leży to w interesie jego żony, toteż ona zawczasu zaprząta sobie tym głowę, gdzieby na ich roli był najlepszy ku temu obszar gruntu i nakłania męża do jak najlepszego użyźnienia tego kawałka, by wyrósł duży len.

Gdy zasiany len wzejdzie i wyrośnie mniej więcej do 15 cm wysokości, kobieta zabiera się do pielenia. Na początku wiosny nie ma innych prac, więc poświęca tej czynności dużo starania i wysiłków. Piele dokładnie te kilka zagonów, ślęcząc nad nimi nieraz całymi dniami. Do pracy wdziewa fartuch z płótna samodziałowego i piele, stojąc zgięta wpół lub siedząc wprost na zagonie. Nie troszczy się o to, że len narazie wygniecie, gdyż wie, że to mu nic nie zaszkodzi, a nawet, według jej przesądu, len wyrośnie większy. Gdy po wypieleniu jednorazowym ziele szybko odrasta, czynność tę powtarza jeszcze raz. Za to niebawem len zakwita, napełniając radością swą właścicielkę, która widzi w falującym błękicie zagonów swą długą i mozolną, lecz jakże radosną pracę.

Teraz następuje okres obawy o len, by przed dojrzeniem nie pobił go grad, albo też nie zniszczyła susza, bo cała praca poszłaby na marne. Toteż, z wielką uciechą przystępuje Poleszuczka do wyrywania lnu, gdy widzi, że wyrósł on i dojrzał nie-uszkodzony, stając się z zielonego brązowym. Wyrywa ostrożnie, biorąc rękami pod samymi główkami po kilkadziesiąt łodyżek i wyciągając je z ziemi. Ponieważ znajduje się w nim jeszcze trochę ziela, więc z każdej wyrwanej garści starannie je wyciąga. Wyrwawszy len, związuje w tak zwane „puczki” – coś w rodzaju snopów. Łączy zazwyczaj po 4 „puczka” razem, gdyż łatwiej tak połączone przenosić, a to dlatego, że główki lnu bardzo łatwo splatają się ze sobą. „Puczki” te przewozi się pod strzechę, lub wprost do izby, aby len lepiej dojrzał i wysechł.

Następnie po kilku dniach, gdy „puczki” dokładnie wyschną, zabiera się do obijania główek, czyli wyłuszczania siemienia. W tym celu kobieta wybiera kąt w sieniach na glinianej podłodze i, położywszy na niej „puczok”, bije po jego główkach t. zw. „praczem”, zrobionym z kawałka drzewa. Ten „pracz” służy później jako kijanka do prania bielizny. Główki odlatują ód łodyg i, pękając, wysypują swoją zawartość – siemię. Czynność ta nie jest trudna, toteż często pomagają w tym dzieciaki. Niekie – dy, gdy jest większa ilość lnu, Poleszuczce w tej pracy – pomaga mąż, młócąc go wprost cepem w stodole. Czynność ta odbywa się mniej więcej w końcu sierpnia. Pewną trudność w dalszej obróbce przedstawiają łodygi, gdyż siemię, przesiane przez sito i oczyszczone od plew, idzie do worka, by czekać na dalsze dyspozycje gospodyni. Ta rozporządza nim w ten sposób, że część tylko zostawia do zasiania na drugi rok, a resztę zimą odsyła do olejarni, by otrzymać zen olej, główną okrasę; potraw podczas postów.

Tymczasem łodygi idą na tydzień do wody, a następnie są rozścielane cieniutką warstewką na łące lub pastwisku, by zmiękły i łatwiej dały się oddzielić włóknom od paździerzy. Podczas moczenia len wydaje niemiły zapach, zatruwa nawet wodę. Przykładem tego jest fakt, źe w stawach, gdzie moczył się len, giną ryby. Lepiej się moczy len w wodzie stojącej, ponieważ tu pod wpływem dość ciepłej wody prędzej się rozkłada. Przygniata się go w wodzie darniną, a to w tym celu, by nie wypływał na wierzch wody. Nieraz gospodyni z braku wody lnu nie moczy, lecz tylko rozściela na ziemi na kilka tygodni. Z tego jednak lnu, który był moczony, płótno jest zawsze bielsze.

Gdy len rozścielony „wyleży się”, wtedy Póleszuczka zbiera go z powrotem w pęki, tylko większe, niż poprzednio, przywozi do domu i zabiera się do oczyszczania z paździerzy. W tym, celu suszy się na piecu i łamie w „ternyci” – międlicy. Obecnie jest ona często zastępowana przez maszynę do tarcia lnu, którą porusza korbą dwu chłopów i praca idzie o wiele szybciej. Z kolei ten len oczyszcza się ż paździerzy za pomocą „trypaczki”, podobnej do miecza, a zrobionej z drzewa. Uderzą się jej płazem w trzymane na „potasi” „powismo” – ilość włókien lnu, dającą się wziąć do garści – i włókna, związane w pęki, wędrują na strych. Wracają stamtąd dopiero zimą, gdy są „pryświata” (mniejsze święta). Wówczas bierze się „hrybyni” i na nich oddziela się czysty len ód pakuł. „Hrybyni” mają z jednej strony gwoździe, osa-dzone gęściej, a z drugiej rzadziej. Czyści się włókna najpierw na rzadkich, później na gęściejszych grzebieniach. Pakuły są chętnie nabywane przez jeżdżących po wsiach szmaciarzy, lub też przędzie się z nich grube nitki. Teraz „powisma”, oczyszczone jeszcze szczotką, zrobioną ze szczeciny, są zwijane po kijka w „kudelę” – kądziel. I tu dopiero następuje żmudne ślęczenie nad przekształceniem włókien lnu w nici. Kobieta przędzie, przywiązując kądziel do „potasi”, bądź na wrzeciono, bądź to na kołowrotek, podczas długich wieczorów i „doświtków” zimowych. (Doświtki–to ranne wstawanie na kilka godzin przed świtaniem).

Skoro nitki znajdują się już na wrzecionach, Poleszuczka lub zręczny Poleszuk zwijają je za pomocą „służki” i – „jurka” w kłębki. Gdy zaś kłębki gotowe, snuję się nici na „snyjnycę”, ażeby przygotować do tknania na krosnach. Odległość między jednym a drugim kołeczkiem „snyjnyci” nazywa się „hyba”, a długość jej wynosi 5–7 metrów. Długość wysnutych nici licży przeważnie po kilka „hyb”. Teraz ten zwój nici moczy się i, po wyschnięciu nad piecem, nawija się na krosna, by tu ostatecznie wytkać to upragnione płótno.

Rękawy koszul, ręczniki i obrusy są ozdobione kolorowymi nićmi. Są to nici nie kupione, lecz wysnute wprawną ręką Poleszuczki i pofarbowane na różne kolory. Przetyka się nimi płótno w poprzek, podczas jego tkania. Wśród kolorów przeważa czerwony i czarny. Obecnie młode dziewczęta tkają obrusy i ręczniki, zdobiąc je bogatymi wzorami i de-seniami, posługując się też kolorowymi nićmi. Występuje tu połączenie barw: czerwonej z niebieską, żółtej z zieloną lub po prostu białej z szarą. W ostatnim wypadku, by otrzymać połączenie barwy szarej z białą, pierze się tę część nici, którą się przetyka płótno w poprzek, podczas gdy reszta nici, nawiniętych na krosna, zostaje nie wyprana, więc bardziej szara od nici, przetykanych poprzecznie. Okres tkania na krosnach przypada mniej więcej na kwiecień.

Po wytkaniu płótna Poleszuczka pierze je i bieli, rozścielając na dzień na łące lub wiesząc wprost na płocie. Po wyschnięciu prostuje je w rękach, składając wzdłuż na pół i maglując t.zw. „kacziełom”, a następnie zwija w rulon. Dopiero teraz po żmudnej pracy zabiera się Poleszuczka do szycia z gotowego płótna rodzinie i sobie przyodziewku. Ogrom pracy poświęca Poleszuczka uprawie i przeróbce lnu. Omówiłem ją tylko po części – pobieżnie.

Michalczuk, kl. lVa m. Okolice Drohiczyna Poleskiego

Udostępnij na: