Z opowiadania „Wieś i Dwór” – 1912

Franciszek Pelikan. Pokłon pasterzy, rysunek
Franciszek Pelikan. Pokłon pasterzy, rysunek

„Przed ganek zajechały sanki, a służba wybiegała na wyścigi. Państwo także pospieszyli do siebie i wrócili otoczeni gromadką zaproszonych, bezżennych sąsiadów. Jeszcze powitalne pocałunki nie ucichły, gdy znów rozległ się turkot i stary sługa, Adam, zawołał:

– Panienka nasza przyjechała! A stojąc za nim Marysia, pokojowa, zgromiła go z oburzeniem:

– Pan Adam zawsze po swojemu … Nie panienka Joasia, tylko już od dawna pani Kryńska z córeczkami i synkami… (…) W obszernych pokojach naraz stało się gwarno, jak w ulu”

„Zachwyconym okiem patrzał Wojtek przez niedomknięte drzwi jadalni na jarzącą się światłem choinkę. Stała pośród pokoju, ogromna, pod sufit sięgając prawie – spowita w mgły srebrzystego szronu, jak grono bogate, kapiące owocem, słodyczami, świecidłem. Dookoła „gwiazdki” niby motyl w ruchu – skakały dzieci, paniątka szczęśliwe, uradowane, syte … Staś dostał mały samojazd, Zosia dźwigała lalkę ogromną o wytrzeszczonych, strasznie głupich oczach i modnej fryzurze. Izio – najmłodszy, miał pełną buzię cukierków i różne zabawki. Ośmioletni Izio był przyjacielem Wojtka. Mieli ze sobą różne konszachty, bawili się razem, a Wojtek ogrodniczek znosił Iziowi najczerwieńsze jabłka, najlepiej strugał mu z drzewa żołnierzy i konie. Kochali się bardzo. Toteż – gdy Izio spostrzegł w szparze drzwi lnianą czuprynkę Wojtka, rzucił część zabawek na kolana matki i skoczył ku drzwiom.

– Wojtek … Wojtuś”!… Patrz co ja dostałem!… Trąbkę… Konie… Książeczki… A i ty Wojtuś dostaniesz książkę… Zobaczysz jaka ładna. Widziałem u mamy…”

Czapscy w Przyłukach – przełom XIX i XX w/

„Przed wilią rodzice, a następnie /po śmierci matki/ sam ojciec, ze starszą siostrą, schodził do suteren, gdzie stały stoły zastawione dla służby i łamali się opłatkiem, potem z nami”. „Nasze Boże Narodzenie było piękne i wesołe, jak zwykle (…) z wszystkimi drogimi dziećmi w dobrym zdrowiu. W sumie 362 osoby zostały obdarowane. Jerzy ofiarował mi prześliczną prześliczną suknię i wspaniały wachlarz”.swieta-fot-1-picture5673c8d8c7d6d-283496

 

Maria Dąbrowska52dea0a12359e971457747409a99b99720

Wobec tego ojciec brał talerz, na którym leżały opłatki, i wszyscy /ze służbą/ szli do kuchni. Na wielkim stole były porozstawiane miski, a na nich piętrzyły się jabłka, orzechy, pierniki. Musiała być porcja dla każdego, i z dworskiej kuchni i z czeladnej. Wszyscy się cisnęli, żeby się przełamać opłatkiem. Potem dostawali ogromny kielich wódki, a ojciec do nich przepijał. Przychodzili też włodarze, stelmach, ogrodnik – ale ci tylko opłatkiem się łamali i życzenia składali”. „Matka drżała, aby dzieci nie udławiły się ością, a dzieci jadły ryby ze strachem i zdawało im się czasem, że się dławią. Wtedy ojciec kazał im jeść dużo kartofli i były zachwycone”.

„Duże włoskie orzechy jedliśmy z miodem, a małymi laskowymi graliśmy w cetno i licho”.

 

Melchior Wańkowicz

660f3e7da5a02c2bcdadd54d546ff43520„Zaraz po wieczerzy wigilijnej państwa, przy tymże stole w stołowym zasiadała służba. Na miejscu babki prezydowała kucharka Kazimierzowa i garbaty „gospodarz” (włódarz) Laskowski. Babka wchodziła z opłatkiem, dzieląc się ze wszystkimi, przy czym każdemu mówiła indywidualne życzenia. Nie zawsze były te życzenia słodkie. Czasem babka pochyla się do ucha: -Patrzaj – zaczynał się cichy szept, po czy nic już nie było słychać, tylko palec wskazujący babki surowo groził. zaczerwieniony delikwent ułamywał opłatek, całował w rękę i skwapliwie ustępował następnemu”.

 

Andrzej Kuśniewicz – Podole, lata 30. XX w.3_1

„A Wigilia to nader ważny obrządek. Tradycja każe podawać dwanaście potraw. (…) Kluski przy kutii to jak świeżo mianowany baron przy Radziwiłłach. Kutia – Nadpotrawa, Obyczaj i Obrządek, niemal Sprawa Święta, jeśli nie Narodowa. Bo nasze Kresy całe – w tej kutii”.

 

Jan Tyszkiewicz – Tarnawatka, lata międzywojenne

ab163e106430f578a646ef58b311203f20„Jedliśmy, ale tak naprawdę marzyliśmy tylko o tym, żeby to już się skończyło i żeby wpuszczono nas do salonu. Wreszcie Tata otwierał drzwi, wpadaliśmy do środka i co roku ten sam widok zapierał dech w piersiach – cudowna, piękna, ogromna choinka migotała tysiącem świec, przystrojona kolorowymi bombkami i zabawkami. Wyglądała jak z bajki”.

„W tamtych czasach zimy były zimami z prawdziwego zdarzenia, pamiętam ten cudownie skrzący się w blasku księżyca świeży śnieg. Taka nocna sanna była niezapomnianym przeżyciem. W kościele czuć było wyraźnie zastygły w mroźnym grudniowym powietrzu zapach kadzidła i wódki, którą ochoczo rozgrzewali się zmarznięci parafianie. Po pasterce wymieniali jeszcze długo życzenia świąteczne.”

Julian Wieniawski612dc344d6f00d1757d890d7dd4b781320

„U mnie na wsi w bieluchnej jak śnieg jadalni, ozdobionej festonami choiny i świerku, stał stół sosnowy sianem przytrząśnięty, a na nim parę flakonów cienkusza, baterya piwa i półmisek z piernikami, orzechami i owocami, domowej produkcji. Dorywalska /gospodyni/ dała nam zupkę migdałową … perfekcya! (…) Troiste rybki, na biało, na szaro i smażone, stanowiły chlubę Dorywalskiej… no, a owoce smażone i kluski z makiem były punktem kulminacyjnym jej chwały (…) U nas na wsi po spożytej wieczerzy i odśpiewaniu kolędy, karty nie przyszły mi nawet na myśl. Przyzwyczajony do uroczystego obchodu tej pięknej pamiątki chrześcijańskiej, wybrałem się do naszego parafialnego kościoła na Pasterkę”.

Helena Mieroszewska – 1836 Kraków

„W Wigilię było dużo osób u nas, bardzo było wesoło. Po zjedzeniu wigilii zaczęłyśmy robić różne przepowiednie dla 41e563fc8508c4e2f046b1859c9b14b420panien, która z nich najpierw za mąż pójdzie. Najpierw topiłyśmy wosk i wylewały na miednicę napełnioną wodą zimną. Z niego tworzyły się różne desenie, a nasza bujna fantazja wyczytywała z nich przepowiednie. Potem puszczałyśmy na wodę dwie zapalone świeczki oprawione w skorupki od orzechów włoskich. Jedna z nich przedstawiała pannę, druga młodego człowieka, którego nazwałyśmy, wybrawszy wśród naszych znajomych. Tak długo po wodzie lawirowały, a my z zapartym prawie oddechem śledziłyśmy ten ich ruchy i wybuchały radością, jeżeli w przeciągu dziesięciu minut przeznaczonych na te dwie świeczki zeszły się, bo to wtedy miało znaczyć, że ta para połączy się węzłem małżeńskim. Następnie popisałyśmy pierwsze litery imienia i nazwiska panien i na nich położyły kawałki chleba z masłem i wpuściły psa. Którą gałkę ten najpierw zjadał, ta panna najpierw za mąż wyjść miała. W końcu wzięłyśmy czepek, wianek i różaniec i przykryłyśmy je, dawałyśmy kolejno pannom do wyboru. Która wyciągnęła czepek, ta miała wyjść za mąż, która wianek, zostać starą panną, a którą różaniec, ta zakonnicą. Z tych wszystkich przepowiedni wypadło, że to ja mam najpierwsza zawrzeć śluby małżeńskie. Wyznaję, że mnie to bynajmniej nie cieszy, bo jak dotąd nie mam ku temu najmniejszej ochoty. Tak pragnę jeszcze swobody i panieńskiego życia. Tak mi dobrze w domu, i mimo że to były tylko żarty, irytowało mnie, gdy będące osoby składały mi życzenia, i wcale z tych przepowiedni się nie cieszę.”

Maria Jankowska – Wołyń, lata międzywojenne

3123b60b153f166c7be750c11d98567620„Przed świętami Bożego Narodzenia, na dwa, trzy dni wcześniej mama piekła ciasta drożdżowe, strucle z makiem. rogaliki, ciasta z suszonymi jabłkami, śliwkami, serem i makiem. W domu mieliśmy piec do pieczenia chleba. Do dziś czuję jego aromatyczny zapach. W wigilię tato szedł do stodoły, robił z niewymłóconej pszenicy i żyta snopek, wiązał go powrósłem, a następnie wołał nas i wspólnie nieśliśmy go do domu. Podobny rytuał był ze świąteczną choinką. Snopek ojciec stawiał w rogu pokoju. Wokół snopka kładziono siano. My, dzieci, ubierałyśmy choinkę. Na choince wieszało się jabłka, bombki, cukierki, orzechy włoskie, choinkowe łańcuszki ze słomy i papieru oraz świeczki. Dzieci przed wigilią na choinkę wykonywały z kolorowych papierów aniołki. Z rozpoczęciem wieczerzy wigilijnej czekało się do ukazania pierwszej gwiazdki. Ja i rodzeństwo czekaliśmy na nią niecierpliwie, ponieważ w dniu wigilii od rana obowiązywał ścisły post. Młode dziewczęta nadsłuchiwały szczekania psa. Z tej strony, z której zaszczekał, miał przybyć przyszły narzeczony. Mama na wigilię przygotowywała kutię. Sporządzało się ją z mielonego maku, gotowanej pszenicy, dodawało do tego bakalie – orzechy, i wszystko mieszało z miodem. To stara tradycja praktykowana przez wielu do dziś. Przed świętami biło się prosiaka z przeznaczeniem na kiełbasy, szynki i boczki, peklowało się w specjalnej marynacie, a następnie były one wędzone. Wigilia rozpoczynała się modlitwą. Na wigilijnym stole nie mogło zabraknąć tradycyjnego czerwonego barszczu z uszkami faszerowanymi mielonymi grzybami. Były również pierogi z kapustą, z suszonymi jabłkami i gruszkami oraz z makiem. Były ryby smażone złowione przez ojca w pobliskiej rzece. Była więc ryba smażona na oleju, śledzie marynowane w śmietanie, grzybki. Nie mogło zabraknąć na stole pustego talerza dla osoby samotnej lub spóźnionego wędrowca, bo w tym dniu uroczystej kolacji dla ewentualnego przybysza nie mogło zabraknąć miejsca. Po kolacji tato wyganiał nas, abyśmy się umyli, a sam w tym czasie kładł pod choinkę prezenty. Kiedy je spostrzegliśmy, radości było co niemiara. W paczkach znajdowaliśmy jabłka, cukierki, figi, czasem jakąś bluzeczkę lub przybory do szkoły. A trzeba wiedzieć, że w tamtych latach cukierek był prawdziwym rarytasem, który dzieci otrzymywały bardzo rzadko. Były to biedne czasy. Było wspólne śpiewanie kolęd. Potem ojciec z nami szedł do stajni, gdzie dzielił się z bydłem chlebem i opłatkiem. A my bardzo chcieliśmy usłyszeć jak zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale jakoś nigdy nam się udało usłyszeć tych rozmów. Przed północą udawaliśmy się do kościoła, a było do niego kilka kilometrów.”

Janina Kołodenna – Tłumacz, lata międzywojenne

kartki_swiateczne_bn2-09„Życie było wolniejsze, ludzie mniej zestresowani, ale święta zawsze mieliśmy rodzinne. O przygotowaniach można powiedzieć wszystko, ale nie to, że były spokojne. Jakieś trzy tygodnie przed Wigilią mama piekła pierniki, bo musiały zmięknąć. Pamiętam, że było ich dużo, i że miały bardzo różne kształty. Moja mama nie umiała niczego zrobić w małych ilościach, zawsze mieliśmy góry ciastek. Tato szedł z braćmi do lasu po drzewko. Nikt wtedy nie ścigał ludzi za to, że sami wycinali choinki z lasu. Nie było straży leśnej, a poza tym, nikt choinkami nie handlował, tak jak obecnie. Choinka zawsze była pstrokata, bo taka tradycja. My ubieraliśmy nasze drzewko w ciastka i pierniki, małe czerwone jabłuszka, długie cukierki w złotkach. Mieliśmy też bombki, ale zawsze miały one przeróżne kształty – nigdy nie były okrągłe. Sami też robiliśmy łańcuchy z bibuły i słomy. Gufrowało się cienką bibułkę, przykładało do niej słomkę i wszystko nawlekało się na nitkę. Powstawał taki przetykaniec z bibuły i słomy. Bardzo ładnie to wyglądało. Smak świątecznych potraw jest czymś, czego się nie zapomina. Nigdy. Zawsze musiała być zupa z suszonych grzybów, barszcz czerwony z uszkami i pierogi z kapustą i grzybami. Nie mogło zabraknąć też śledzia w occie i oleju, łamańców z makiem, kutii, makówek domowego chleba, kompotu z suszonych jabłek i śliwek i oczywiście słodkości. Mama robiła zawsze góry postnych pączków – nie miały w środku marmolady i trzeba było je smażyć na oleju. Zawsze ja byłam odpowiedzialna za smażenie tych wszystkich pączków. Bardzo nie lubiłam tego robić. Nie zawsze był u nas karp. Kiedy była bieda, to nie mogliśmy sobie na niego pozwolić. Poza tym, nikt za bardzo za tą rybą nie przepadał, więc nie było tragedii, gdy karp nie pojawiał się podczas Wigilii. Zawsze podczas świąt pod obrusem i na obrusie znajdowało się siano, które zawsze przynosił mój tato, składając całej rodzinie życzenia. Miał stałą formułkę, ale w tej chwili nie pamiętam, jakie to były słowa. Po wieczerzy wigilijnej zawsze śpiewaliśmy kolędy i o północy braliśmy udział w pasterce. Potem mój tato – jako gospodarz, szedł do obory ze specjalnym różowym opłatkiem i dawał po kawałku wszystkim naszym zwierzętom. Był to bardzo miły zwyczaj.”

Jan Wójcik – 1938, Brześć

bn-12„U nas na Kresach Wschodnich Święta Bożego Narodzenia przed wojną obchodzono bardzo tradycyjnie i uroczyście. W dużym pokoju jadalnym (mieliśmy swój własny dom), oświetlonym świeczkami bielił się długi stół nakryty obrusem, pod którym na środku leżało sianko. W rogu pokoju stały snopki zboża, przywiezione przez ojca z jednej z polskich wsi Polesia. Przy stole dwanaście miejsc dla rodziców, nas – dwojga dzieci, dla pięcioosobowej rodziny Pietraszków, nierozłącznych przyjaciół domu, dwojga domowników i niespodziewanego gościa jak każe tradycja. Gdy pierwsza gwiazdka błysnęła na firmamencie, siadaliśmy do wieczerzy łamiąc się przedtem opłatkiem, składając życzenia i spożywając różne wigilijne potrawy, począwszy od barszczu z uszkami, karpia w sosie pomidorowym, śledzi, kapusty z grzybami, a skończywszy na kompocie z suszonych gruszek, jabłek i śliwek oraz racuchach z makiem. A ileż potem mieliśmy radości podczas rozpakowywania prezentów, złożonych wcześniej pod jarzącą się kolorowymi świeczkami choinką. Śpiewaliśmy znane nam kolędy z kantyczki dziadków. W cieple, rodzinnej atmosferze tajały wszelkie nieporozumienia i znikały smutki. Było miło, serdecznie i wesoło, a na dworze niebo migotało tysiącami gwiazd, wśród których najbardziej okazale wyglądała Wielka Niedźwiedzica. W powietrzu była cisza, spokój. Z dala dochodził tylko głos polskiej, tak miłej dla ucha kolędy – „Wśród nocnej ciszy”… ”

Udostępnij na: