„Województwo poleskie 1921-1939. Z dziejów politycznych Polesia” – odkrycie roku dla miłośników historii regionu

okĐ-â--adkaJesienią 2014 r. do rąk sympatyków przedwojennego Polesia dotarła książka prof. Piotra Cichorackiego „Województwo poleskie 1921-1939. Z dziejów politycznych” (Wydawnictwo LTW, Łomianki 2014). Autor publikacji, pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego, od 2010 r. doktor habilitowany na podstawie pracy o Kostku-Biernackim, już od jakiegoś czasu zajmuje się tym najbardziej zapomnianym regionem II Rzeczypospolitej. Ma w swym dorobku takie pozycje jak „Polesie nieidylliczne. Zaburzenia porządku publicznego w województwie poleskim w latach trzydziestych XX wieku” (Łomianki 2007), „Droga ku anatemie. Wacław Kostek-Biernacki (1884-1957)” (Warszawa 2009) czy „Stołpce – Łowcza – Leśna 1924. II Rzeczpospolita wobec najpoważniejszych incydentów zbrojnych województwach północno-wschodnich” (Łomianki 2012). Jest członkiem polsko-białoruskiej grupy historyków powołanej pod patronatem polskiego MSZ. Wydaje się zatem, że zajęcie się historią polityczną przedwojennego Polesia było naturalną konsekwencją jego wcześniejszych poszukiwań naukowych. To bardzo potrzebne opracowanie – do dziś Polesie w przeciwieństwie do Wilna, Lwowa czy nawet Grodna jest swoistą „białą plamą” w świadomości rodaków (podkreśla to zresztą autor we wstępie do pracy) – było efektem realizacji projektu badawczego Ministerstwa Nauk i Szkolnictwa Wyższego z lat 2011-2013.

Chronologicznie praca prof. Piotra Cichorackiego zaczyna się od 1921 roku, a więc Traktatu Ryskiego, który przypieczętował przynależność zachodniej części Polesia do Polski, zaś kończy na 1939 r., gdy wspólna defilada sowiecko-niemiecka stała się symbolem ostatecznej zagłady dawnego „świata kresowego”. Autor już we wstępie poczynił pewne zastrzeżenia: analiza życia politycznego Polesia z okresu II RP ogranicza się w tej książce jedynie do legalnych stronnictw, a więc pominięto np. działalność Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Temat ten został co prawda wyeksploatowany badawczo od 1945 roku w historiografii sowieckiej, ale mamy tam raczej do czynienia z mitologią niż rzeczową analizą. Piotr Cichoracki przygotowuje jednak odrębną monografię na temat komunistów na Polesiu. Kolejną luką, którą autor zapowiedział już u samego początku pracy, jest pominięcie żydowskiego życia politycznego na Polesiu. To duża strata, bo aż do 1939 r. Żydzi, liczebnie porównywalni z Polakami, mieli w tym regionie swych posłów, radnych (słynna działaczka żydowska Helena Sztajnbergowa) czy nawet wiceprezydentów miast (Hilary Mastbaum, wiceprezydent Brześcia do końca II RP, brat słynnego pisarza literatury jidysz Joela Mastbauma). Autor zwraca jednak uwagę na barierę językową, nie do pokonania przez polskich badaczy: język. Inna sprawa: niestety nie zachowały się żadne istotne wspomnienia (pamiętniki) dotyczące życia politycznego na Polesiu, dlatego badacze są skazani na źródła archiwalne wytworzone przez administrację albo przedwojenną prasę. Skądinąd w Polsce jest jej sporo w warszawskich bibliotekach. Autor prowadził kwerendę w kilku archiwach: Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Archiwum IPN, Państwowym Archiwum Obwodu Brzeskiego, Narodowym Archiwum Republiki Białoruś oraz kilku innych.

Autor wyodrębnia dwa okresy w dziejach politycznych województwa poleskiego: do 1928 roku i po tej dacie. Pierwszy okres charakteryzuje się z jednej strony polityczną niestabilnością, zmieniającymi się „liderami politycznymi”, ale jedną stałą cechą: dominacją lewicy (najpierw polskiej, PPS i PSL „Wyzwolenie”, później białoruskiej – mowa o „hurtkach” Hramady), drugi to czas polskiego autorytaryzmu, gdy życie polityczne na Polesiu (m.in. dzięki naciskowi administracyjnemu) zdominowała polska partia rządowa: BBWR, a później Obóz Zjednoczenia Narodowego. Ciekawe, że choć Polesie pozostawało najbardziej „niepolskim” terenem II RP, to działalność ugrupowań ukraińskich i białoruskich w zasadzie zakończyła się tu na początku lat trzydziestych. Władze w Warszawie obrały kurs na szybką polonizację regionu, w lokalnej prasie zwracano uwagę, że z Poleszuków znacznie łatwiej uczynić lojalnych obywateli RP, czy wręcz Polaków, niż z Ukraińców czy Białorusinów. Godny odnotowania jest fakt otwarcia się OZN na prawosławnych w latach trzydziestych, gdy do polskiej partii nie wolno było wstępować Żydom. O tym mówi prof. Piotr Cichoracki w wywiadzie dla „Ech Polesia”.

Książka Cichorackiego składa się z kilku rozdziałów: I dotyczy uwarunkowań rządzących życiem politycznym regionu, II – krótkiego okresu od powrotu Polesia do Polski do wyborów parlamentarnych w 1922 roku, III – okresu demokracji parlamentarnej, IV, V i VI okresu od objęcia władzy przez sanację do procesu brzeskiego, VII – spacyfikowania opozycji demokratycznej do wyborów w 1935 r., VIII – dekompozycji i fermentu rządów piłsudczyków.

Najbardziej interesujący jest rozdział I i II, gdy mowa o tym okresie w dziejach Polesia, gdy mieszkańcy mogli bez skrępowania wyrażać swą wolę (kolejny taki okres przyjdzie dopiero w latach 1991-1995). W życiu politycznym dominowała lewica: PPS oraz PSL „Wyzwolenie”. Oba ugrupowania w pierwszych demokratycznych wyborach w 1922 r. zebrały prawie połowę głosów ludności (rekord PPS w skali kraju padł w Łunińcu, gdzie na socjalistów dało swój głos 68% wyborców, s. 127), warto zwrócić uwagę, że Blok Mniejszości Narodowych na Polesiu zdobył jedynie jedną trzecią głosów (najwięcej w Kobryniu – 60%). Sukces lewicy polskiej warto przypisać nie tylko radykalnym hasłom społecznym, ale także słabości lokalnego ruchu białoruskiego czy ukraińskiego. W wyborach w 1922 zdecydowanie przegrały polskie ugrupowania prawicowe, komuniści i żydowski „Bund”. 6 posłów do Sejmu wzięli Polacy, czterech – przedstawiciele mniejszości narodowych (dwóch Ukraińców, jeden Białorusin i Żyd). Ciekawe, że nie tylko polscy posłowie pochodzili spoza Polesia, ale także parlamentarzyści mniejszości (W. Dmitrijuk i S. Chrucki z Lubelszczyzny, J. Micnberg z Łodzi, zaś F. Jaremicz z Wilna). Świadczy to o tym, jak słabe były polityczne kadry na Polesiu. Tylko kandydaci niszowej listy prawicowej – Krajowego Zjednoczenia Polesia – w okręgu Pińsk na czele z Romanem Skirmuntem podkreślali swe miejscowe pochodzenie (s. 114).

Jeszcze w okresie demokracji zaczął się na Polesiu rozwijać ruch mniejszości narodowych. Ukraińcy skupiali się wokół organizacji „Proświta na Polesiu”, jej liderem w Brześciu był znany czytelnikom „Ech Polesia” Wołodymyr Krynicki (s. 174-175). Ciekawe, że w radzie miejskiej Brześcia reprezentowani byli Ukraińcy i Rosjanie, a nie Białorusini (zob. „Nie dorośliśmy do samorządu”, „Echa Polesia”, nr 1, 2014). Działo się tak także i dlatego, że ruch białoruski był o wiele słabszy od ukraińskiego. Autor cytuje polskie sprawozdanie z tamtego okresu: „ludność białoruska bywała określana jako skoncentrowana na elementarnych bolączkach bytowych i w przeważnej części głucha na działania agitatorów” (s 175). Rozwijał się za to na Polesiu ruch rosyjski – działało tu Rosyjskie Towarzystwo Dobroczynności. Paweł Korol, brzeski lekarz, radny i działacz mniejszości rosyjskiej, był posłem na polski Sejm (1928-1930). Ciekawe, że polescy Rosjanie utrzymywali kontakty z organizacjami białej emigracji w Czechosłowacji i Jugosławii (s. 195). Notabene bardzo ciekawa teczka z charakterystykami działaczy rosyjskich z Polesia znajduje się w Archiwum Akt Nowych.

Rok 1926 stanowi przełom, jeśli chodzi o rywalizację ruchu białoruskiego i ukraińskiego na Polesiu. Powstaje lewicowa „Hramada”. Pierwsze „hurtki” rozpoczęły działalność w lipcu 1926 r., najaktywniej białoruski ruch lewicowy działał w powiecie kosowskim i prużańskim, najsłabiej w brzeskim i stolińskim (s. 212-213). Do „Hromady”, o wiele silniejszej niż KPZB, zaczęli przechodzić niektórzy działacze PPS. Rychło państwo polskie zaczęło jednak stosować represje wobec tej organizacji. W 1928 r. nastąpiły wybory, w której rywalizowała z jednej strony partia Piłsudskiego i radykalny ruch lewicowy na Polesiu, już nie polski jak w 1922 roku. Choć wygrał BBWR, to niewielką przewagą, uzyskał jednak połowę mandatów z regionu (s. 259). Ciekawostką było wejście do Sejmu Listy Ruskiej Pawła Korola. Z lokalnych działaczy dostał się prezydent Pińska Piotr Olewiński (BBWR), którego sylwetkę przedstawiły „Echa Polesia” w 4 numerze z 2014 r. oraz Józef Dzięgielewski (PPS).

Wybory z 1928 roku były ostatnimi, w których, mimo pewnych nadużyć, na Polesiu można było realnie wybierać między partiami. W wyborach z 1930, 1935 i 1938 r. przeszli jedynie kandydaci rządu i jednocześnie etniczni Polacy (senatorem został m.in. Roman Skirmunt). W wyborach z 1930 r. BBWR uzyskał aż 90,5% głosów (sic!), dzięki wyeliminowaniu konkurentów w trakcie rejestrowania list (s. 323). W tym samym czasie doszło do próby sojuszu polsko-żydowskiego w ramach partii rządowej – w listopadzie 1931 r. powołano do życia Żydowski Klub Myśli Państwowej w Brześciu, zaś „ważną rolę w zbliżeniu między Blokiem i społecznością żydowską odgrywał Hilary Nastabum [właściwie: Hilary Mastbaum – przyp. „Ech Polesia”] – ówczesny wiceprezydent Brześcia” (s. 327). ŻKMP powstał nie tylko w Brześciu, ale i innych miastach Polesia. Cichoracki zwraca uwagę, że kluby, poza nawiązaniem nitki porozumienia polsko-żydowskiego, angażowano w „akcję rugowania języka rosyjskiego z życia codziennego, co zapewne było uciążliwe dla części społeczeństwa żydowskiego” (s. 328).

Na początku lat trzydziestych doszło do wygaszenia działalności organizacji mniejszości białoruskiej i ukraińskiej („Proswity” i TBS). Z kolei w nowopowstałej partii rządowej – Obozie Zjednoczenia Narodowego, który zastąpił BBWR – choć w teorii miały do niej być przyjmowane tylko osoby „narodowości polskiej” – znalazło się wielu poleskich prawosławnych (np. Maksymilian Klimczuk, prawosławny chłop z powiatu koszyrskiego, wójt gminy, wcześniej członek BBWR, kawaler Orderu Virtuti Militari, w 1938 r. wybrany do Sejmu). Ludność żydowska miała jednak zablokowany wstęp do partii rządzącej (s. 389).

Ostatnim „aktem obywatelskim” na Polesiu przed agresją sowiecką były wybory samorządowe na przełomie 1938 i 1939 r. Różniły się od wyborów parlamentarnych z 1938 r. tym, że wzięła w nich udział opozycja, która nie zdobyła jednak ani jednego mandatu w miastach (s. 419; w powiecie brzeskim PPS otrzymała jednego radnego, zaś skrajne Stronnictwo Narodowe sześciu radnych… na całym Polesiu). 56% miejsc zdobyli „bezpartyjni działacze prorządowi”, zaś 9% – członkowie partii rządzącej (s. 420).

We wrześniu 1939 r., jak wiadomo, doszło do sowieckiej agresji na Polesie. Polscy działacze polityczni zostali poddani represjom NKWD. Zamordowano w Katyniu Henryka Trębickiego, posła na Sejm z Brześcia (1938-1939), w Twerze Franciszka Kolbusza, prezydenta Brześcia (1938-1939), eksposeł i radny Brześcia Paweł Korol został zamordowany, ale nie wiadomo gdzie dokładnie. Żydowski wiceprezydent Brześcia Hilary Mastbaum został wywieziony na Wschód, gdzie zginął. Senator Roman Skirmunt został zamordowany jesienią 1939 r. w rodzinnym majątku w Porzeczu przez zrewoltowane chłopstwo. W PRL poddano inwigilacji polityków z byłego województwa poleskiego: Józefa Dzięgielowskiego, działacza PPS, oraz Stanisława Wolickiego, także z PPS (s. 431).

***

Książka Piotra Cichorackiego niewątpliwie zapełnia lukę w historii Ziem Wschodnich RP. Przedwojenne Polesie kojarzy nam się z Marią Rodziewiczówną, bagnami, zacofaniem społecznym, gospodarczym, a jeśli już „politycznie” , to tylko z procesem brzeskim, obozem w Berezie Kartuskiej (ileż na jego temat mitów narosło na Białorusi!) i „sadystycznym wojewodą” Kostkiem-Biernackim. Publikacja Cichorackiego rzuca nowe światło na region, pogłębia naszą wiedzę o przedwojennej polityce, niekiedy zaskakuje podanymi faktami, a już z pewnością rozprawia się z wieloma stereotypami, które funkcjonują i w Polsce, i na Białorusi. Z pewnością niektóre sprawy wymagają dalszych badań, mnie np. brakowało w książce analizy problemów samorządu miejskiego w Brześciu nad Bugiem czy Pińsku. Stolica Polesia aż do końca lat dwudziestych była areną interesujących sporów politycznych (np. między prawicowym prezydentem miasta Leopoldem Dmowskim a lewicową opozycją w radzie miejskiej, między Polakami a mniejszościami słowiańskimi i mniejszością żydowską). Druga kwestia to – nie mam o to akurat pretensji do autora, bo wiem, jak trudno odszukać takie informacje! – brak notek biograficznych postaci wspomnianych w książce. O ile informacje o takich osobach jak Piotr Olewiński, Adolf Bon, Roman Skirmunt, Józef Dzięgielewski czy Franciszek Kolbusz znajdziemy nawet w internecie, to wiele postaci jest wciąż tajemniczych nawet dla badaczy Polesia (np. kolejarz Oktawiusz Nelard, Czesław Mergentaler – prezydent Pińska, Hilary Mastbaum, Bronisław Wilner – wiceprezydenci Brześcia, Bolesław Frydrychowicz – działacz społeczny i wojskowy rodem z Łatgalii, radny Brześcia). „Echa Polesia” w 2015 r. opublikują artykuł o Bronisławie Wilnerze, ale ileż jeszcze biogramów przedwojennych mieszkańców Polesia jest nieodkrytych! Pozytywną stroną pracy są liczne tabele, m.in. z wynikami wszystkich wyborów na Polesiu, listy posłów i senatorów. Trochę za mało jest zdjęć, ale niewiele się ich zachowało z przedwojnia.

Za zajęcie się tematyką poleską na pewno należą się autorowi podziękowania od Polaków z obwodu brzeskiego. Wiele wskazuje na to, że praca Cichorackiego to najlepsza wydana w 2014 r. książka poświęcona Ziemiom Wschodnim Rzeczypospolitej. Publikacja jest kolejnym ogniwem, kolejnym etapem poznawania województwa poleskiego. Należy bezsprzecznie rekomendować ją do przeczytania i polskiej mniejszości na Białorusi, i Białorusinom, ale także Polakom z „Korony” zainteresowanym dziejami tej najbardziej tajemniczej prowincji II Rzeczypospolitej.

Polesia czar… Czy czytelników z Brześcia i Warszawy zainteresują polityczne aspekty historii tego regionu?

Tomasz Otocki, 31 stycznia 2015 r

 

Piotr Cichoracki: nabrałem osobistego stosunku do Polesia

Piotr Cichoracki podczas wykĐ-â--adu w BrzeĐ-â-şciu w 2012 r. (1)Jak wspomniałem, moja osobista przygoda z Polesiem, czy też ściślej z obszarem przedwojennego województwa poleskiego zaczęła się od Brześcia. Ponieważ jednak staram się odwiedzać miejsca, w których działy się historyczne wydarzenia jakimi się zajmuję, niemal od razu ruszyłem poza stolicę dzisiejszego obwodu. Początkowo moje marszruty wyznaczała linia kolejowa do Łunińca (m.in. Kobryń, Pińsk). Potem – także dzięki zawarciu nowych znajomości – jeździłem w głąb regionu, m.in. na południową Kobryńszczyznę, do ujścia Jasiołdy, w okolice Wysokiego Litewskiego. Polesie znam lepiej niż Grodzieńszczyznę. I chyba mam do niego już trochę osobisty stosunek – mówi w rozmowie z „Echami Polesia” dr hab. Piotr Cichoracki, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego, autor wydanej w 2014 r. książki „Województwo poleskie. Z dziejów politycznych 1921-1939” (Wydawnictwo LTW).

 

Tomasz Otocki: Polscy historycy po 1989 roku bardzo ochoczo zajęli się tematyką kresową. Jest to zrozumiałe, skoro przez 50 lat był to temat tabu w Polsce. Książki czy monografie wydane w ciągu ostatniego ćwierćwiecza dotyczą jednak głównie dwóch dużych miast: Wilna i Lwowa, a jeśli patrzeć regionami – to Litwy i Ukrainy. Białoruś w tym rozdaniu nie ma szczęścia, skoro nawet nie ukazała się po polsku pełnowartościowa historia Grodna czy Mińska (ciekawą publikację „Palimpsest Grodno” wydał w 2010 r…. naukowiec niemiecki). Jeszcze mniej szczęścia ma Polesie… Poza kilkoma reprintami, które ukazały się w niszowych wydawnictwach, o tym regionie prawie się nie mówi. I teraz nagle Pańska książka: „Województwo poleskie. Z dziejów politycznych 1921-1939”. Dlaczego wziął Pan na warsztat tak zapomniany region?

 

Dr hab. Piotr Cichoracki: Zacznę może od kwestii literatury poświęconej międzywojennemu Polesiu. Jeśli chodzi o polską historiografię, to jest coraz lepiej. Tylko w 2014 r. ukazały się pozycje Andrzeja Smolarczyka o szkolnictwie elementarnym, czy edycja protokołów zjazdów starostów województwa poleskiego pod redakcją Wojciecha Śleszyńskiego. Z tego co się orientuję tenże historyk planuje na początku 2015 r. wydać własne ujęcie dziejów Polesia w latach II RP. Jeśli chodzi o książkę, która dała nam okazję do rozmowy, pomysł na ujęcie politycznych dziejów tego regionu był efektem wcześniejszych prac nad biografią jednego z międzywojennych wojewodów poleskich – Wacława Kostek-Biernackiego. Od 2005 r. przyjeżdżałem w związku z tym dość regularnie do archiwum w Brześciu. Uzmysławiałem sobie przy okazji, że temat historii województwa jest słabo zagospodarowany, a materiały na ten temat bardzo obszerne i szalenie interesujące.

 

Książka dotyczy życia politycznego Polesia… Zanim usiadł Pan do jej pisania na pewno miał Pan jakiś ogląd sytuacji, choćby dlatego że interesował się pan postacią wojewody poleskiego Kostka-Biernackiego. Wiele spraw musiało być jednak dla Pana zaskakujących. Mnie zaskoczyły w książce np. dwie rzeczy – to, że robotnicza PPS uzyskiwała w „zacofanych” chłopskich okręgach poleskich najwięcej głosów w skali kraju, a także to, że mimo polityki polonizacji (co lubią podkreślać Białorusini), na początku lat dwudziestych polskie partie (PPS, PSL-Wyzwolenie) komunikowały się z ludnością po rosyjsku, wydając oficjalnie organy typu „Krasnoje znamje” czy „Dolja”. Co największym zaskoczeniem, wiążącym się z życiem politycznym na Polesiu było dla Pana?

 

Zgadzam się, że początkowa pozycja na Polesiu stronnictwa robotniczego to pewien paradoks, celnie przez Pana opisany. Dodałbym do tego, że PPS czy „Wyzwolenie” były partiami polskimi, podczas gdy na Polesiu Polaków było relatywnie mało. Stąd zresztą rosyjskojęzyczna prasa partyjna tych stronnictw. Jeśli jeszcze uwzględniać, że organizacje białoruskie i ukraińskie silnie rywalizowały z polskimi socjalistami i  ludowcami, to niespodzianka wydaje się tym większa. Nie było to dla mnie zaskoczenie jedyne, jakiego doznałem w trakcie prac nad książką. Dodałbym do tego np. skalę dysproporcji pomiędzy aktywnością środowisk ukraińskich i białoruskich na korzyść tych pierwszych czy próby angażowania ludności prawosławnej do działań w Obozie Zjednoczenia Narodowego pod koniec lat 30.

 

Proszę powiedzieć parę słów o tym fenomenie – w regionie tak zdominowanym przez prawosławnych siłą rzeczy musieli stanowić oni dużą grupę wśród działaczy partii rządzącej. Powstał nawet specjalny ruch „prawosławnych Polaków” animowany przez władze. Tymczasem często Białorusini uważają Obóz Zjednoczenia Narodowego za partię Polaków-katolików.

 

Kwestia ta jest nieco skomplikowana. Z założenia do OZN należeć mieli Polacy i – w praktyce – katolicy. W realiach międzywojennego Polesia okazało się jednak, że trzymanie się podobnej zasady oznacza wyalienowanie organizacji, a zwłaszcza odcięcie się od wsi. W tej sytuacji miejscowi działacze Obozu uzyskali zgodę na rekrutowanie przedstawicieli ludności prawosławnej. Inną rzeczą jest, iż władze polskie w latach 30. właściwie negowały istnienie na tym terenie Białorusinów i Ukraińców. W podobnym ujęciu Polesie zamieszkiwać mieli „tutejsi”, którzy co prawda są prawosławni i nie posługują się jeszcze na co dzień językiem polskim, są jednak „potencjalnymi Polakami”. Taka interpretacja sytuacji etnograficznej ułatwiała decyzję o szerszym otwarciu OZN.

 

Jak Pan stwierdził w naszej niegdysiejszej rozmowie, nie ma Pan związków rodzinnych z Polesiem. Na pewno nie raz był Pan jednak w regionie. Nie zadam pytania banalnego w stylu „co ładniejsze: Brześć czy Pińsk”, chciałbym zapytać jednak o Pana wrażenia z Polesia także w porównaniu z innymi regionami Białorusi. Co się Panu na Polesiu spodobało, co jest interesujące, warte popularyzacji, co zniechęciło? Wielu Polaków jeżdżących na Białoruś, wybiera częściej Grodzieńszczyznę – wiadomo, więcej ludności polskiej i pamiątek polskości, bardziej „swojsko”, Grodno urzeka. Polesie w najlepszym wypadku kojarzy się z Ryszardem Kapuścińskim, Marią Rodziewiczówną, Niną Andrycz i… bagnami. Jak wyglądało Pańskie „odkrywanie” tego regionu?

 

Jak wspomniałem, moja osobista przygoda z Polesiem, czy też ściślej z obszarem przedwojennego województwa poleskiego zaczęła się od Brześcia. Miasto jest bez wątpienia specyficzne, ale szybko nabrałem dla niego sympatii. Może dzięki świadomości jego powikłanego losu. Najpierw związanego z decyzją  „przesunięciu” go przy budowie twierdzy w XIX w., a potem z ogromną skalą zniszczeń w 1915 r. Ponieważ jednak staram się odwiedzać miejsca, w których działy się historyczne wydarzenia jakimi się zajmuję, niemal od razu ruszyłem poza stolicę dzisiejszego obwodu. Początkowo moje marszruty wyznaczała linia kolejowa do Łunińca (m.in. Kobryń, Pińsk). Potem – także dzięki zawarciu nowych znajomości – jeździłem w głąb regionu, m.in. na południową Kobryńszczyznę, do ujścia Jasiołdy, w okolice Wysokiego Litewskiego.

 

Przyznam, że trudno mi porównywać Polesie z innymi regionami Białorusi. Dzieje się tak choćby z tego powodu, że na wschód tego kraju najdalej dotarłem do Mińska. Byłem na Grodzieńszczyźnie, ale podróże w tamtym kierunku były bez wątpienia mniej intensywne. Polesie znam bez porównania lepiej. I chyba mam do niego już trochę osobisty stosunek.

 

Jeśli chodzi o współczesne zainteresowanie Polesiem ze strony Polaków, to wydaje mi się ono znikome. Po niegdysiejszej legendzie regionu, mocno funkcjonującej w świadomości społeczeństwa międzywojennego, niewiele dziś zostało. Jeśli dodać do tego np. procedury wizowe, kierunek pod względem turystycznym jest przez Polaków chyba niemal nie wyzyskiwany. Warty zaś bez wątpienia zainteresowania, zwłaszcza ze względów historycznych.

 

Jakie ma Pan plany po wydaniu książki? Czy przyjedzie Pan do Brześcia, zaprezentować ją? Jaką tematyką chciałby się Pan zająć w przyszłości? Czy także będzie dotyczyła Polesia w okresie dwudziestolecia czy skoncentruje się Pan na czymś innym?

 

Jeżeli chodzi o plany dotyczące historii Polesia, to takowe rzeczywiście są, choć nieco będą musiały ustąpić pola innym przedsięwzięciom. W każdym razie teraz zamierzam zająć się także tutejszym, międzywojennym ruchem komunistycznym. Sprawa ta wydaje mi się bardzo ciekawa, a w polskiej historiografii niemal zupełnie nieobecna. Z jednej strony bez wątpienia komuniści mieli tu wpływy, z drugiej jednak bywają one bardzo przeceniane. Rzecz wymaga jednak jeszcze dużej pracy w archiwach, przede wszystkim w Państwowym Archiwum Obwodu Brzeskiego, ale także w instytucjach warszawskich czy w Mińsku.

 

Jeśli chodzi o ewentualne spotkanie, np. w Brześciu, którego tłem mogła by być książka o historii politycznej międzywojennego Polesia, to na pewno z przyjemnością służyłbym swoją osobą. Wiosną i latem tego roku zamierzam odwiedzić Brześć po raz kolejny. Może przy tej okazji, jeśli byłoby zainteresowanie podobnym przedsięwzięciem, udałoby się porozmawiać o historii Dwudziestolecia z obecnymi mieszkańcami Polesia.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Cichoracki (39 l.) – polski historyk zajmujący się II Rzeczypospolitą i Kresami Wschodnimi, w 1999 r. ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, w 2003 r. uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie historii na podstawie pracy pt. „Legenda marszałka Józefa Piłsudskiego. Kreacje, treści, funkcjonowanie w latach 1918-1939. W 2010 r. nadano mu stopień naukowy doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie historii o specjalności historia Polski XIX i XX wieku na podstawie pracy „Droga ku anatemie. Wacław Kostek-Biernacki (1884-1957)”. Jest zatrudniony w Zakładzie Historii Polski i Powszechnej XIX i XX w. Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Mieszkańców Polesia, którzy zachowali wspomnienia o przedwojennych działaczach politycznych, będących przedmiotem badań autora, prosimy o kontakt na adres redakcji „Ech Polesia”.

Udostępnij na:

Skomentuj

Twój e-mail nie zostanie opublikowany