„Drohiczyn. Księga Pamięci. 500 lat razem” – to wartościowa książka o historii żydowskiej wspólnoty Drohiczyna, o historii Drohiczyna w okresie I wojny światowej i wojny domowej. Wartość tego materiału polega na jego dokumentalnym charakterze. O wydarzeniach tego okresu w Drohiczynie pozostawili świadectwo miejscowi Żydzi, którzy odmówili ewakuacji w głąb Rosji. Materiały zebrał i zredagowal Rabbi Dow.B.Warszawski, dawny mieszkaniec Drohiczyna, który przed wojną wyjechał do USA, a w 1942 r. stracił całą swoją rodzinę. Pierwsze wydanie książki ukazało się w 1958 roku na jidysz, a niedawno książka została wydana po angielsku. 
W przedmowie do książki napisano:
„Wreszcie, po wielu latach żmudnej i wytężonej pracy, oddajemy w ręce naszych szanownych przyjaciół i czytelników książkę Drohiczyn. Księga pamięci. 500 lat razem. Książka ta powinna stać się pomnikiem świętej żydowskiej wspólnoty Drohiczyna.(…) Drohiczyn, nasze rodzinne miasto, miejsce, przy którym stały nasze kołyski, miejsce, gdzie matki usypiały nas melodiami żydowskich pieśni i własnych lęków. Drohiczyn — ukochany i bliski sztetl naszej młodości, w którym doświadczyliśmy tragedii narodu żydowskiego. Niemieccy faszyści zamordowali w tym drogim nam sztetlu około pięciu tysięcy Żydów. Nigdy nie zapomnimy o tych ofiarach.”
Na początku sierpnia 1914 roku wybuchła I wojna światowa. Wydarzenie to tak wstrząsnęło mieszkańcami miasteczka Drohiczyn, że niemal natychmiast ustały spory między Żydami chasydami a litwakami. Wszyscy rozumieli, że wobec nadciągającego niebezpieczeństwa przetrwać można jedynie jako wspólnota. Ludzie czuli, że nadchodzą ciężkie czasy, szczególnie dla Żydów. Wielu młodych mężczyzn natychmiast udało się w rejony przygraniczne, licząc na możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Tym razem okazało się jednak, że granice Imperium Rosyjskiego były szczelnie zamknięte. Opuszczenie kraju pogrążonego w wojnie było dla zwykłego człowieka niemożliwe, zwłaszcza dla tych, którym groziła mobilizacja do wojska. Już od pierwszych dni wojny pojawiły się trudności z wypłatą i zwrotem wkładów bankowych. Niektórzy ruszyli do banków, by wypłacić oszczędności, lecz konta zostały zamrożone i odzyskanie zdeponowanych środków okazało się praktycznie niemożliwe.
Dlatego każdy, kto miał choć trochę pieniędzy, starał się je ukryć. W ten sposób sytuacja stopniowo się pogarszała. Jesienią 1914 roku do Drohiczyna przybyły dziesiątki rodzin uchodźców, wypędzonych z miast i osiedli położonych wzdłuż linii frontu.
Miejscowe władze starały się ulokować uchodźców w szkołach i większych prywatnych domach, zapewniając im żywność i odzież. Lokalni urzędnicy, w tym naczelnik policji, otrzymali polecenie, by pomóc rządowi zebrać jak najwięcej pieniędzy na potrzeby wojenne. Chodzili od domu do domu, żądając od każdej osoby wpłat od 1 do 3 rubli do kasy państwowej. Miejscowi policjanci objeżdżali również wsie i wystawiali chłopom pokwitowania na comiesięczne należności. Ludność żydowska terminowo uiszczała swoje składki. Kiedy jednak policja ruszyła po wsiach, by ściągać pieniądze od chłopów, ci najczęściej odpowiadali: „Nie mamy pieniędzy. Możecie więc od razu wsadzić nas do więzienia”.
Gdy wojska niemieckie podeszły pod Warszawę, rosyjska policja wydała rozkaz przewiezienia do magazynu wszystkich przedmiotów wykonanych z miedzi, brązu i mosiądzu, w tym naczyń, gdzie miały zostać spisane i zarejestrowane. Ludziom obiecywano, że po wojnie rząd rosyjski wypłaci odszkodowanie za zarekwirowane mienie. Niemcy szybko posuwali się od Warszawy w kierunku Brześcia. Lato 1915 roku było suche, co sprzyjało obu walczącym stronom. Przy suchej pogodzie Niemcy mogli nacierać szybciej, a Rosjanie szybciej się wycofywać. Wojska kajzerowskie bardzo szybko podeszły pod Brześć. Rosjanie rozpoczęli ewakuację ludności miasta i, aby wywołać panikę, podpalali domy. Brześć stanął w ogniu. W tym czasie wielu Żydów w Drohiczynie znalazło się w trudnym położeniu. Nie chcieli porzucać dorobku życia, dlatego nie spieszyli się z wyjazdem do Rosji. Wielu polskich Żydów, którzy czasowo zatrzymali się w miasteczku, ruszyło jednak dalej na wschód wraz z wycofującymi się wojskami rosyjskimi. Na początku sierpnia 1915 roku Niemcy bez walki zajęli Brześć. Mieszkańcy Drohiczyna zrozumieli, że Rosjanie nie będą bronili ich miasteczka. Wycofujące się wojska rosyjskie otrzymały rozkaz obsadzenia linii obronnej pomiędzy Jasiołdą (w rejonie Starych Młynów) a Kanałem Królewskim (w rejonie Zareczki), aby dać armii czas na zorganizowany odwrót i ewakuację mienia.
Wszyscy chłopi z ziemi drohiczyńskiej byli przerażeni zbliżaniem się Niemców. Krążyło mnóstwo plotek i opowieści o okrucieństwie żołnierzy kajzerowskich. Najpewniej rozpowszechniano je celowo, aby wzbudzić wśród ludności lęk przed frontem i przyspieszyć ewakuację. Na wezwanie Kozaków ludzie porzucali domy i uciekali furmankami wraz z rodzinami na wschód, w głąb Rosji. Stacje, na których ładowano i zdawano konie, znajdowały się w rejonie Łunińca. Żydzi mieli jednak za sobą długie doświadczenie carskich pogromów, a ponieważ Niemców uważano za zwolenników wolności, postanowili pozostać na miejscu. Panowały upały, co w sierpniu zdarzało się rzadko. Otaczające miasteczko Drohiczyn bagna Wion z powodu suszy zupełnie wyschły. Żydzi postanowili wykopać w nich okopy, aby móc chronić się przed kulami i pociskami podczas walk. Ulice Drohiczyna wypełniły się wycofującymi się rosyjskimi żołnierzami i ciężarówkami, które dniem i nocą ciągnęły w stronę Pińska. Powietrze rozdzierał ogłuszający hałas wozów, koni i innych zwierząt, które rosyjscy żołnierze zabierali ze sobą. Wiele zwierząt padło po drodze z pragnienia i głodu. Co gorsza, zamęt na wąskich drogach pośród bagien i lasów potęgowały tysiące uciekających chłopów i ich furmanek. Wszyscy chłopi z przedmieść Zareczka, Starosiela i innych wsi przemieszczali się razem z armią rosyjską. Z Drohiczyna nie chciał wyjechać tylko jeden chrześcijanin — właściciel miejscowej łaźni.
Do wyjazdu przygotowywali się także Żydzi. Każdy starał się kupić konia i wóz, aby w razie gdyby Rosjanie w ostatniej chwili postanowili wypędzić Żydów z miasta, można było ratować się ucieczką. Wielu nie umiało obchodzić się z koniem i wozem, dlatego pobierano naukę, ćwiczono zaprzęganie i naprawiano świeżo kupione wozy. Pierwsze dwa tygodnie sierpnia 1915 roku Żydzi spędzili, kopiąc na bagnach schronienia przed kulami i pociskami. Przede wszystkim ukryli swój najcenniejszy dobytek. Do połowy miesiąca wszystko było gotowe. Zapanowała swoista cisza, jakby przed nadciągającą burzą. Miasteczko zapełniło się Kozakami, Czerkiesami i piechotą. Był to wyraźny znak, że Niemcy są już blisko.
Na głównej drodze Drohiczyna niespodziewanie zaczęła formować się kolumna złożona z setek wozów załadowanych dobytkiem. Jak się później okazało, byli to miejscowi Żydzi z ulicy Egipskiej, którzy ulegli panice i zamierzali ruszyć na wschód. Jednak przywódcy miejscowego kahału sprzeciwili się temu zamiarowi i zaczęli tłumaczyć, że nie wolno podejmować tak wielkiego ryzyka, przemieszczając się grupą drogą, zwłaszcza w czasie suszy, gdy wyczerpani ludzie padali jak muchy z głodu i pragnienia. Gdy dotarło do nich, że pod wpływem paniki narażają na niebezpieczeństwo własne życie i życie swoich dzieci, zawrócili wozy i wrócili do domów. Wkrótce ci sami ludzie, uzbrojeni w łopaty, ruszyli kopać schrony. Później dziękowali przywódcom kahału za to, że ich powstrzymali.
W jeden z takich dni, w pierwszej połowie sierpnia 1915 roku, po zapadnięciu zmroku niebo zaróżowiło się od łuny pożarów. Wycofujący się Kozacy zaczęli podpalać domy we wsiach wokół Drohiczyna. Stało się jasne, że to ostatnia noc przed walką o miasteczko. Warto przytoczyć jeszcze jeden znamienny epizod: któregoś dnia niemiecki samolot zrzucił bombę, która spadła wprost na dużą gorzelnię we wsi Zakoziel. Wybuch zniszczył część ścian budynku. W tym czasie przebywało tam kilku Żydów ze wsi Wołowel i z Drohiczyna, którzy zlewali pozostały spirytus. Na szczęście nikt nie odniósł obrażeń.
Ludność zaczęła gromadzić zapasy żywności na zimę, ponieważ było jasne, że zniszczona linia kolejowa nie będzie w stanie zapewnić dostaw. Sklepów spożywczych nie było, dlatego przez kilka miesięcy mieszkańcy chodzili na pobliskie pola, by zbierać ziemniaki, brukiew, buraki i kapustę, które chłopi pozostawili w ziemi.
Trudności jednak się nie kończyły. Rosjanie spalili trzy czwarte Drohiczyna i tysiące Żydów pozostały bez dachu nad głową.
W październiku 1915 roku we wsi Starosiele niespodziewanie wybuchł pożar, którego nie miał kto ani czym gasić. Wielu ludzi po raz kolejny utraciło cały swój dobytek. Tym razem Żydzi musieli rozproszyć się i zamieszkać w opuszczonych chłopskich domach w pobliskich wsiach, takich jak Bielenki, Simonowicze, Łosińce, Dąbrowa, Lipniki, Zaluże, Rowiny, Sałowo i inne.
Okazało się jednak, że pożar w Starosielu przyniósł również pewną korzyść. Jego ofiary znalazły dogodne warunki do życia we wsiach, gdzie stały stodoły pełne zboża i ziemniaków. Co więcej, uniknęły epidemii, która przez całą zimę szalała w Drohiczynie.
Ludziom nie wolno było opuszczać granic miasteczka. Granicę stanowił most na rzece Pinie i nikt nie mógł przejść na drugi brzeg. Żydom nie pozwalano nawet odwiedzać nowego cmentarza na wschodnim krańcu miejscowości bez specjalnego zezwolenia komendanta Drohiczyna.
W ten sposób Żydzi musieli grzebać zmarłych na starym cmentarzu, położonym tuż za rzeką.
Nowa Rada Miejska
Mieszkańcy miasta byli niezadowoleni z działalności burmistrza, który pochodził z polskiej Łodzi i został mianowany przez Niemców. Zwrócili się więc do niemieckiego komendanta z prośbą o wybór nowego burmistrza. Komendant, człowiek o liberalnych poglądach, przychylił się do ich prośby i zwołał zebranie.
Na spotkanie przybyli komendant, jego pomocnik oraz urzędujący burmistrz. Rozmawiali z każdym z mieszkańców, pytając: „Kto jest godny, by zostać burmistrzem?”. Wysłuchawszy opinii ludzi, komendant polecił wybrać czteroosobową delegację, która miała stawić się u niego następnego dnia. Wówczas miał ogłosić, kto obejmie urząd burmistrza. Nazajutrz Dawid Warszawski, Zacharia Szmid, Chaim Herszel i Izrael Feldman udali się na spotkanie z komendantem. Podczas rozmowy oświadczył on, że burmistrzem zostanie najstarszy wiekiem spośród obecnych, wyznaczył skarbnika oraz członków komitetu zarządzającego. Następnie nakazał wydać z magazynu cukier, załadować samochód także inną żywnością i rozdzielić wszystko pomiędzy potrzebujących mieszkańców. Komendant wręczył mianowanym osobom dokumenty potwierdzające, że odtąd stanowią oficjalny komitet miejski.
Komitet niezwłocznie przystąpił do pracy. Wynajął duży spichlerz do przechowywania cukru i żywności. Wkrótce na stację Nagorze dotarł pierwszy wagon z produktami. Komitet żydowski rozdzielał je pomiędzy wszystkie zaludnione miejscowości, a w pierwszej kolejności między Żydów w Drohiczynie, stosownie do liczebności rodzin. Miasto ożyło, ponieważ od wielu miesięcy nikt nie widział cukru. Poprawił się też los chorych na tyfus — zaczęto ich lepiej karmić i leczyć. Dochód uzyskany przez komitet ze sprzedaży części żywności i cukru przeznaczono na utrzymanie szpitala oraz zakup lekarstw dla pacjentów. Warto dodać, że główną działaczką w szpitalu była Chasza Lewina, żona Herszela Lewina. Opiekowała się chorymi, pracując z nadludzkim poświęceniem, aż sama zachorowała na tyfus.
Zebrano również pieniądze na odbudowę łaźni publicznej i mykwy. Komitet miejski zaczął nawet rozważać budowę szkoły dla żydowskich dzieci.
Przez cały okres okupacji niemieckiej nie było sklepów, a mieszkańcy musieli zadowalać się żywnością, którą komitet otrzymywał od komendanta.
Niemiecka dyscyplina kolejowa
Stopniowo mieszkańcy zaczęli przyzwyczajać się do nowej władzy okupacyjnej. Tym, co odbijało się na wszystkich szczególnie dotkliwie, była niemiecka dyscyplina wojskowa i praca przymusowa. Ludzie czuli się jak więźniowie. Wprowadzono wiele zakazów. Wszyscy młodzi Żydzi przez całe miesiące musieli ścinać drzewa w lesie, które następnie wywożono koleją do Niemiec. Rozbierali także chłopskie domy we wsiach i wykorzystywali ich drewno do budowy dróg oraz chodników. Żydowska młodzież spała w barakach, a podczas pracy znosiła skwar, ulewne deszcze i śnieg. Nic więc dziwnego, że po kilku miesiącach robót przymusowych wracali do domów wyczerpani i chorzy.
Żadnemu mieszkańcowi Drohiczyna nie wolno było przejść przez most. Jeśli ktoś kręcił się w pobliżu mostu, niemiecki patrol zatrzymywał go, przykuwał kajdankami do mostu i pozostawiał tam aż do nocy. Niemiecki komendant zezwolił, by po zmroku w każdym domu palono tylko jedną lampę naftową. W pierwszy piątek po wydaniu tego rozporządzenia, gdy żydowskie kobiety zapaliły świece szabatowe oprócz swoich lamp, niemieccy żołnierze chodzili od domu do domu i spisywali ich nazwiska. Następnego dnia, w sobotni poranek, Niemcy sprowadzili wszystkie kobiety znajdujące się na liście na plac targowy, ustawili je w szeregu i poprowadzili na most. Tytułem kary komendant kazał im stać przez cztery godziny przed uzbrojonymi niemieckimi strażnikami.
Żydzi zajmujący się rolnictwem
W latach wojny większość Żydów pracowała w rolnictwie. Każdy, kto chciał, mógł wziąć w użytkowanie część pola porzuconego przez chłopów i uprawiać ziemię, o ile miał choćby podstawowe doświadczenie gospodarskie. Wielu Żydom nie brakowało chleba i ziemniaków na własne potrzeby, a nadwyżki przeznaczali na sprzedaż lub wymianę na inne towary. Ci mieszkańcy, którzy nie zajmowali się rolnictwem, musieli płacić wysokie ceny za żywność. Nieustannie cierpieli głód.
U Żydów pracujących na roli były także krowy, dzięki czemu mieli zapasy mleka, masła i sera. Dla bydła nie brakowało pastwisk, problemem był jednak niedostatek pasterzy. Dlatego we wsiach wyznaczano po dwóch młodych Żydów do pilnowania krów.
Prywatny handel
W drugim roku okupacji niemieckiej codzienne życie zaczęło się stopniowo normować, a rozmiary epidemii malały. Żydzi powoli wracali do zajęć handlowych, które były im dobrze znane. Ludzie zaczęli nielegalnie kupować i sprzedawać towary. Do Drohiczyna sprowadzano z Pińska różne artykuły: skóry, żywność i naczynia. Odbywało się to za zgodą komendanta i pod eskortą niemieckiego konwoju jadącego wozem. Za milczącym przyzwoleniem Niemców wymieniano przywiezione rzeczy na worek żyta albo kilka funtów ziemniaków, które dla głodujących mieszkańców Pińska stanowiły cenny produkt spożywczy. Żywność przewożono wagonami z Brześcia, Białej Podlaskiej, Chełma i innych miast do Drohiczyna, gdzie wymieniano ją na zboże lub towary wytwarzane chałupniczo. Według krążących pogłosek w Słonimiu można było kupić żywność, więc Żydzi, którzy nie mieli pojęcia o produkcji przemysłowej, jechali tam i przywozili do Drohiczyna całe partie wyrobów fabrycznych. Nikt nie targował się o cenę i płacił tyle, ile zażądał sprzedawca. Jeździli do Słonimia tak długo, aż miejscowe zapasy zostały wyczerpane.
Szczególnie opłacalny okazał się handel spirytusem. Za zgodą niemieckiego komendanta — oczywiście w zamian za stosowne podarki — niektórzy Żydzi zaczęli produkować alkohol. Zwłaszcza w Zakozielu znacznie wzrosła produkcja spirytusu. Zainstalowano tam specjalne urządzenia do jego wytwarzania. W zakładzie pracowali Żydzi z Drohiczyna i Wołowla. W krótkim czasie ci, którzy mieli dostęp do spirytusu, wzbogacili się. Przez trzy lata okupacji niemieckiej marka niemiecka i rosyjskie papierowe ruble pozostawały uznawanym środkiem płatniczym. Niemcy szybko jednak, uciekając się do fortelu, wycofali z obiegu rosyjskie złote monety: nałożyli na ludność cywilną grzywny, które należało opłacać właśnie w rosyjskich złotych rublach. Potem w obiegu pojawiły się nowe rosyjskie ruble z 1917 roku. Stare carskie ruble przestały być używane, przez co niektórzy Żydzi stracili znaczne sumy. Następnie, wskutek narastającej w Rosji inflacji, ludzie zaczęli odrzucać nowe rosyjskie ruble, tak zwane „kierenki”. Żydzi ponownie zaczęli tracić dochody. Nastąpił powrót do barteru.
Miasto zaczyna się odbudowywać
Kiedy Żydzi zobaczyli, że Niemcy ścinają drzewa w lasach i wywożą je do Niemiec, zrozumieli, że sami mogą robić to samo. Po wręczeniu podarku komendantowi zaczęli chodzić do lasu, rąbać drzewa i sprowadzać drewno do miasta. Zajmowali się tym wszyscy — zarówno ci, którzy mieli konie, jak i ci, którzy ich nie posiadali. Dniem i nocą do miasteczka płynął nieprzerwany strumień drewna. Część Żydów jeździła po wsiach i przewoziła do Drohiczyna całe chłopskie domy. W ciągu kilku miesięcy w mieście powstało wiele nowych budynków.
Odbudowano starą szkołę żydowską, a także dom nauki należący do gminy. Każdy, kto miał konia i wóz, oferował przywiezienie drewna opałowego z lasu. Rzemieślnicy dobrowolnie świadczyli swoją pracę, inni zaś wspierali odbudowę finansowo. W krótkim czasie przywrócono do użytku również Starą Synagogę.
Polacy zajmują miejsce Niemców
Pod koniec 1918 roku Niemcy skapitulowali. Zaczęli wracać do domu. Gdy opuścili Drohiczyn, w mieście zabrakło władzy cywilnej. Żydzi szybko utworzyli oddział samoobrony, uzbrojony w kilka zardzewiałych karabinów. Jego zadaniem była ochrona mieszkańców przed szabrownikami.
Kilka tygodni później do Drohiczyna przybyła grupa bolszewików. Została dobrze przyjęta przez mieszkańców. Ludzie przyjmowali ich w swoich domach jak gości, zapewniając nocleg i wyżywienie. Ze swej strony bolszewicy odnosili się do Żydów z dużą uprzejmością i składali im liczne obietnice. Wieczorem odjechali w kierunku Antopola, a następnego ranka mieszkańcy Drohiczyna zobaczyli, że część z nich wraca z powrotem. W Antopolu bolszewicy natknęli się na dużą grupę Polaków, którzy ich pobili.
Jeszcze w tym samym tygodniu Polacy wkroczyli do Drohiczyna. Odnoszono wrażenie, że przybywają prawowici „gospodarze” miasta.
Armia polska była dobrze uzbrojona i odpowiednio umundurowana. Tego samego wieczoru oddziały opuściły miasto, kierując się w stronę Janowa. Pozostawiono jednak w Drohiczynie komendanta i policjantów odpowiedzialnych za utrzymanie porządku, a także przedstawicieli polskiego sądu. Nowe władze mianowały burmistrzem Arona Szyfera. Życie w mieście zaczęło ponownie wracać do normy. Żydzi stopniowo odbudowywali swoją aktywność handlową.
Bolszewicy wypierają Polaków
Mieszkańcy Drohiczyna ledwie zdążyli odetchnąć, gdy zetknęli się z nowymi nieszczęściami. Zaledwie dwa miesiące po zajęciu Polesia Pińskiego przez Polaków zostali oni wyparci przez bolszewików. (…)
Gdy bolszewicy przybyli do Drohiczyna, wszyscy Żydzi wyszli ze swoich kryjówek na ulicę. Małe dzieci bez cienia lęku podążały za bolszewikami.
Wielu ucierpiało także z rąk bolszewików. Jak wiadomo, bolszewicy poszukiwali wyrobów skórzanych i innych cennych przedmiotów. Do pewnego Żyda zajmującego się handlem skórami przyszła do domu grupa bolszewickich dowódców. Oddał im cały zapas skór, jaki posiadał. Zapłacili mu własnymi papierowymi pieniędzmi, które nie przedstawiały żadnej wartości. U wielu osób zabierano wszystko, co wydawało się godne uwagi, płacąc za to tak zwanymi pieniędzmi radzieckimi, za które nie można było nic kupić. Życie w mieście pozostawało spokojne, a mieszkańcy nadal wykonywali codzienne prace gospodarskie. Żydzi zaczęli zbierać plony ziemniaków, a bolszewicy pomagali im przy tej pracy. Nikt jednak nie wierzył, że bolszewicy wraz ze swoimi głodnymi i obdartymi żołnierzami pozostaną w mieście na długo.
Polacy wypierają bolszewików
Tymczasem Polacy otrzymali pomoc z innych krajów i rozpoczęli wypieranie bolszewików, którzy dotarli już pod Warszawę. Właśnie tam Józef Piłsudski, po przegrupowaniu armii, zadał druzgocący cios wojskom Tuchaczewskiego. Wkrótce przez Drohiczyn zaczęli przechodzić pierwsi wycofujący się żołnierze Armii Czerwonej.
Pod koniec sierpnia Drohiczyn znalazł się pod krzyżowym ogniem Polaków i bolszewików. Pociski obu stron przelatywały nad głowami ukrywających się Żydów. Wiele z nich wybuchało w samym miasteczku. Gdy ostrzał ustał, Żydzi wyszli z piwnic i rowów, po czym wrócili do swoich domów. Wyglądając przez zasłonięte okna, zobaczyli Polaków maszerujących ulicami. Nikt nie odważył się wychylić głowy za drzwi. Wszyscy żyli w strachu przed tym, co może przynieść następny dzień. Kiedy Polacy odeszli na front w kierunku Pińska, Drohiczyn pozostał bez jakiejkolwiek władzy i administracji. Do pilnowania całej ludności wyznaczono kilku żandarmów, lecz nie byli oni w stanie zapewnić mieszkańcom miasteczka bezpieczeństwa.
Bandy przenikały do wsi i miasteczek, by rabować. W Kamieniu Koszyrskim dopuściły się straszliwego mordu na dziewięćdziesięciu Żydach. Wieść o tej zbrodni szybko rozeszła się po całym Polesiu.
W okolicach Drohiczyna pojawiły się grupy uzbrojonych bandytów. Nocami przedostawali się do miasteczka, by rabować. Żydzi żyli w nieustannym lęku o własne życie. Grupa młodych ludzi postanowiła zorganizować oddział straży. W czterech częściach miasteczka rozpalano na noc ogniska i wystawiano warty.
Młodzi i starzy Żydzi siedzieli przy ogniskach, przechodząc od jednego do drugiego. Wielu mieszkańców uznało wówczas, że najbezpieczniejszym miejscem na nocleg będzie właśnie okolica ognia. Ta forma obrony okazała się skuteczna, dlatego bandy przestały nocami napadać na Drohiczyn.(…)
Fragment książki „Drohiczyn. Księga Pamięci. 500 lat razem”
Opr. i tłum. Redakcji
Źródło: Sergiej Granik d-museum.by



