Masureland – mein Vaterland”

Wyjeżdżając, dostałem wyraźną instrukcję, by skrupulatnie wypełniać rubrykę „narodowość” i „język ojczysty” wedle zeznań i odpowiedzi badanych. Sprawa zdawałaby się prosta i jasna, w rzeczywistości okazała się ani jasną, ani prostą.

– Język ojczysty?

– ?

– No, jakiego języka używasz w domu? Po jakiemu mówisz? Po polsku, po łotewsku, po żydowsku?

– Nie, chyba pa ruski.

– Jaki po rusku? To tak samo jak w Moskwie?

– Nie.

– Więc mówisz po miejscowemu, może, po polesku??

– O tak! (tu przytaknięcie głową).

Czasami postępowanie ulegało znacznemu skróceniu: na stwierdzeniu przez przewodniczącego, że mową ojczystą pacjenta jest język miejscowy bez wdawania się w długie rozhowory i wyciągania muchy za rogi.

Wszystko to nic jeszcze. Skolei szła sprawa bez porównania gorsza i trudniejsza.

– Jaka narodowość?

– ???

– Jaka narodowość? Cygan jesteś, tatar?

– Nie.

– No, więc co?

– Ja, panoczku, prawosławny.

– Prawosławny, to jest religja, wyznanie, to już jest zapisane, ale do jakiego narodu zaliczasz się?

– Jesteś tutejszy, tak? Poleszuk?

– Tak. Poleszuk.

Głęboki oddech kończy te ciężkie perypetje o rzeczy jakieś dalekie, niezrozumiałe i nikomu nie potrzebne. Nareszcie zacznie się mówić o rzeczach realnych i konkretnych, czy wzięli, czy zbrakowali, gdzie przydzielili, chciałby koniecznie do marynarki, albo wojsk technicznych, albo i w ułany, bo on się konia nie boi, o nie, ale pójdzie i w artylerję, bo jego brat tam służył i jego ojciec nawet, jeszcze za ruskiego.

Nie dziwmy się jednak tak bardzo jego narodowości „prawosławnej”. To nie tak dawne jeszcze czasy, kiedy w środkowej Galicji i w wielu partjach Królestwa spotykaliśmy się na wsi wyłącznie z narodowością „katolicką”, a tych, którzy w 46 r. próbowali wywołać ruchawkę nazywano wtedy powszechnie „Polakami”, co równoznaczne było ze szlachcicem i człowiekiem dworu. Świadczą o tem pamiętniki z tych czasów i materjały etnograficzne. Literackim refleksem tego jest „Kordjan i cham”. Sentymentalne i w stylu epoki „paysanistyczne” legendy o Bartoszu, o tysiącach chłopów spod Racławic i o manifeście połanieckim czekają dopiero na swego Boya, czy Górkę. Jedną, jedyną była tylko prowincja w Rzplitej, gdzie można jeszcze mówić o ludowym ruchu powstańczym w 63 r., a prowincją tą była Żmudź. Polonizacja więc wsi galicyjskiej i królewiackiej, to bynajmniej nie czasy króla Artura i rycerzy okrągłego stołu, to mniej niż wiek, a nie wiele więcej niż pół wieku.

Próba ścisłego ujęcia pojęcia narodowości wymyka się spod palców spowodu nazbyt wielu tkwiących w niem pierwiastków subjektywistycznych i uczuciowych. W praktyce ujmuje się narodowość jako jedność etniczną, manifestującą się na zewnątrz wspólnym językiem. Decydującem tedy dla pojęcia tego, tak ważkiego z punktu współczesnej polityki, jest kryterjum językowe. Jak się przedstawia oblicze Polesia z tego punktu widzenia?

Biorę Wąsowicza językową mapę Polski z cyklu ściennych map Romera. Białorusini przeciągnięci są daleko na południe poza Prypeć, miejscami aż do granic Wołynia, przyczem rzuca się w oczy ogromna polska wyspa kobryńska. Mapa ta ma być oparta na materjałach spisowych z r. 1921. Na etnograficznej mapie Fłoryńskiego z r. 1911 tylko w okręgu mozyrskim (dzisiejsze Sowiety) – białorusini przechodzą na drugą stronę Prypeci, pazatem całe dorzecze Jasiołdy i okręg bielsko-podlaski objęty jest kolorem małoruskim. Niemieckie mapy jeszcze dalej przesuwają białoruszczyznę na północ.

A co na ten temat mają do powiedzenia slawiści ? Moskiewska Komisja Dialektologiczna (1915) podzieliła język małoruski (dla uniknięcia nieporozumień jest to urzędowa nazwa w językoznawstwie) na trzy dialekty: poleski, ukraiński i karpacki. Dialekt poleski rozpadać się ma na narzecza: podlaskie w Grodzieńszczyźnie i Siedleckiem; zachodnio-poleskie w Pińszczyźnie i w zachodniej części wołyńskiego Polesia; środkowo-poleskie w Mozyrskiem i wsch. części wołyńskiego Polesia; wschodniopoleskie na Polesiu czernihowskiem na wschód od Dniepru.

Ziłyński, ukraiński językoznawca, a za nim i Lehr-Spławiński, pasem północnym gwar małoruskich obejmują południową część dawnej gub. grodzieńskiej i mińskiej, czyli całe nasze północne Polesie. Etnolog znowu Moszyński rozciąga wpływy północne, białoruskie i nie tylko białoruskie, bo w zależności od dawnego elementu kulturalnego, odwołując się nawet do Filnlandji, Skandynawji, Wielkorosji, półn.-wschodniej Azji, Podlasia i Wschodniego Mazowsza, daleko na południe ku granicom nieraz Wołynia, czy Polesia Wołyńskiego.

Jak widzimy z tych przykładów, żadną miarą nie można powiedzieć, by opinio doctorum wielką odznaczała się zgodnością w materji, czy poleszuków przydzielić białorusinów, czy do do małorusinów v. ukraińców. Bez zapuszczania się jednak w przepastne haszcza dociekań filologiczno-etnograficznych, co grozi łatwem zagubieniem się, sprawa przedstawiać się będzie w ten sposób, że na podglebiu małoruskiem, obejmującem także i północne części Polesia, jak dorzecze Jasiołdy i cały półwysep prużańsko-piński, nawarstwiły się infiltraty tak wielkoruskie – z czasów imperjum rosyjskiego -jak i białoruskie, tem silniejsze, im bardziej będziemy się posuwać ku północy. Do tego niezdecydowanego charakteru etnicznego dodajmy jeszcze ów brak uświadomienia politycznego a otrzymamy pełny obraz stosunków narodowościowych Polesia.

Może nie jest zupełnie ścisłem twierdzenie o kompletnym braku uświadomienia. Bądź co bądź, określa siebie bardzo często jako „ruski”. Możnaby to jego samookreślanie ująć negatywną stronę swojego uświadomienia. Zaznacza bowiem w ten sposób, że nie liczy się za polaka, w jego oczach Herrenvolku, lecz za ruskiego człowieka, bez umiejętności skonkretyzowania, jaką gałąź z ludów ruskich ma na myśli. W praktyce, zwłaszcza u starszych, ta ruskość wiąże się z gradonaczalnikiem, stupajką i komisarem, więc z moskiewskością. Powiązanie to jednak zbyt mechaniczne i powierzchowne, by można mówić tu o jakiejś świadomej postawie narodowościowej.

A co na to wszystko polityka, rzecz, która także ma coś do powiedzenia na ten temat.

Do niedawna, nie miała nic do powiedzenia. Któżby sobie zawracał głowę Polesiem, są ciekawsze i bardziej odpowiedzialne kwestje. Przypadło to Polsce jakimś nieszczęśliwym pechem, bo z chwilą inkorporacji Wołynia i Mińszczyzny z konieczności trzeba było zająć i te błota. To też rozmaicie bywało. Bywało i tak, że dywersanci nie wiele namyślając się, ani ryzykując, rozebrali samego pana wojewodę i tak go puścili w szeroki świat. Oczywiście, nie mogło to przyczynić się do nadania splendoru i powagi suwerennym władzom państwa.

Ściślej mówiąc, za ostro może zostało powiedziane, że nie zajmowano się polityką na Polesiu. Owszem, uprawiano tam pewien rodzaj polityki, którą możnaby scharakteryzować jako politykę pacyfikacyjną. Wyrażenie to przywodzi nam zaraz na myśl analogje galicyjskie, czy czerwonoruskie. Jest w tem część racji może, ale nie zupełna. Otóż objektem tego pacyfizmu był znany ze swego bogactwa zwierzostan poleski. Dodać również należy, że akcję tę prowadzono z takiem samozaparciem się i oddaniem, że koniec końcem musiały wkroczyć w to władze przełożone i bliżej zająć się tak pacyfikatorami, jak i zagrożonymi poważnie w swojem jestestwie pacyfikowanymi.

Od dwóch lat sytuacja do gruntu się zmieniła. Została zainicjowana nowa polityka: aktywnego odniesienia się do problemów poleskich. Zstąpiono z stanowiska kibica, obserwującego od niechcenia, po której wreszcie stronie oświadczy się Polesie, po białoruskiej czy ukraińskiej. Wojewoda Kostek-Biernacki, stanąwszy na stanowisku, że Polesie jest zamieszkałe przez poleszuków, powiedział, że nie będzie ono ani białoruskie, ani ukraińskie, lecz przedewszystkiem i tylko polskie.

Jak wynika z wyżej naszkicowanej struktury etnicznej Polesia, konsekwentna realizacja programu nacjonalistycznego nie może spotkać się zasadniczo z silniejszym oporem tej biernej i chłonnej zarazem masy poleskiej. Dla uchronienia się przed wpływami zewnętrznemi zrywa się wszelkie nici i nawiązania, prowadzące czyto do Wina, czy do Łucka i Równego. Nie znaczy to jednak, by zupełnie przestały działać rozmaite jawne i tajne organizacje, nie idące lub przeciwstawiące się takiej polityce. Na Polesiu jednak zawsze ich było mało i przeważnie bez większego znaczenia.

Na północnem Polesiu najsilniejszą taką organizacją była i jest komunistyczna Partja Zachodniej Białorusi, przejawiająca czasami dość znaczną aktywność. Obecnie jednak, po ułożeniu się stosunków ze wschodnim sąsiadem, znacznie zmieniło się, miejscami zaś zupełnie ucichło i znikło. Ale i teraz czasami władze bezpieczeństwa nachodzą jeszcze na tajne w ciemnych izbach zebrania młodzieży. Komunizm ten ma dwa odcienie: narodowo-białoruski i socjalny w znaczeniu likwidacji dworów, zresztą, nielicznych tutaj choć przestrzennie obszernych. Możnaby także jeszcze mówić o odcieniu kieszeniowo – antypaństwowym: co jakiś czas – przynajmniej dotąd tak bywało – szedł przez wsie pomruk, ze jakaś wojna, ruchawka, przyłączenie do Sowietów, więc tu i ówdzie rodziły się próby niepłacenia podatków, unikania szarwarku. i t. d.

Dziś wszystko to miało przycichnąć i zamknąć. Interpretować to należy z jednej strony normalizacją stosunków polsko-sowieckich, z drugiej strony wprowadzeniem w życie nowego i zdecydowanego kursu polityki w sposób ostry i konsekwentny. Illustracją tego może być następujący obrazek.

Graliśmy sobie najzwyczajniej w świecie w karty, w przerwach snując najrozmaitsze domysły co do ewentualnych sprawców śmierci min. Pierackiego i okoliczności zabójstwa. Nie dane nam jednak było skończyć partji, gdyż przyszedł jakiś ważny i piekielnie długi telefonogram. Między innemi była tam także poruszona znana sprawa przetrzymywania wszystkich niepewnych elementów z organizacji bojowo – radykalnych. Pokazało się, że niema tak bardzo kogo, bo „endeków u nas niema, Ukraińców też nie – chyba tego jednego tam i tam – no a z komunistów, ci co powinni siedzieć, to już siedzą”. Ale jak mus to mus. Na drugi dzień wieczorem około 11 wracaliśmy do domu. Przed nami przemaszerował oddziałek, złożony z trzech posterunkowych i pięciu pacjentów, w koszulach, z narzuconym kubrakiem, bosi, z zawiniątkami w ręce. Więc to są te elementy antypaństwowe, które jeszcze nie „siedzą”? Więc to ty, Wołodia Pawluk, to ty maczałeś palce w tamtej krwi? Pomyśl, tamto stało się w Warszawie, a ciebie znaleźli na głębokiem Polesiu, jak szpilkę w worku ziarna i prowadzą. Ale czy on wiedział, że to spowodu tamtego?

Zrobiło się lekkie poruszenie w komisji. Sześć klas skończonych, gimnazjum białoruskie w Wilnie, chodzi do siódmej, sądownie karany. Ile? Cztery lata temu. Paragraf? Polityczny, działacz białoruski. Chłopak szczupły, delikatny, z jakiemiś zamglonemi oczami. Przeszedł. Kilku z tych, którzy nadeszli potem, podawało wyraźnie i jasno język i narodowość białoruską. Wszyscy oni byli z jednej wsi, Zosimy. Wójt czerwienił się i pienił, że tak został spospolitowany w oczach władz wyższych. Zapisał sobie ich nazwiska. Chłopcze, kolego, czekajcie! Pogadamy sobie. Gdzież on jest? Znikł. Przykro mi za siebie i za wójta.

Oto są elementa przeciwstawiające się.

Gdybyśmy szukali analogji dla rozgrywki, która rozpoczęła się na Polesiu, wystarczy odwrócić się ku zachodowi i zmienić tylko role. Mamy tam Mazury, Pomorze, Poznańskie i Śląsk, nie tak dawno jeszcze poddane niebywale silnemu ciśnieniu germanizacyjnemu.

Akcja ta zupełnie pozytywny efekt dała na Mazurach i częściowo na Śląsku, silnie zagrożonem było Pomorze, a nie udała się w Poznańskiem. Spowodowane to zostało błędnem potraktowaniem na jednym poziomie wszystkich tych czterech prowincji, kiedy przecież każda z nich charakteryzowała się sobie tylko właściwą strukturą socjalną, etniczną, geograficzną i historyczną. W takim układzie szablonowe potraktowanie zagadnienia polskiego musiało zawieść. Za ten swój błąd polityczny Niemcy zapłacili stratą Poznańskiego, Pomorza i częściowo Śląska. Za to udała im się w zupełności ta akcja na Mazurach, a w pewnej mierze i na Śląsku, więc w prowincjach, które poza innemi sobie właściwemi cechami, w czasie poznańskiej ofenzywy kontrgermanizacyjnej leżały daleko na kresach od głównych ośrodków obrony i ofenzywy.

Nic tu nie pomogą żale, utyskiwania i składanie winy na niemiecki teror. Przegraliśmy plebiscyt na Mazurach w r. 1920, przegralibyśmy go dziś i jutro. Choć mówią jeszcze zepsutą polszczyzną, są to już stoprocentowi niemcy ze swoim własnym hymnem narodowym o pięknym, ojczystym kraju „Masurelandzie”. Na plebiscyt niema co liczyć, ten kraj może być zdobyty tylko orężem i wtedy poddany procesom repolonizacyjnym.

Co do Śląska zaś, jakżeż wymowną jest cyfra owa 500.000 ślązaków, mówiąc po naszemu „miejscowych”, „tutejszych”, „krajowych”, podana przez posła Kornkego. (Bunt Młodych, maj 1934). Polacy równie łatwo niemczą się, jak niemcy polonizują się. Za strawienie średniowiecznej kolonizacji niemieckiej zapłaciliśmy stratą Śląska i zachodnich kresów.

Niewątpliwie, Polesie jest co innego, niż Wołyń i jeszcze co innego niż Ruś Czerwona, czy Mińszczyzna. Każda z tych prowincji wymaga innego podejścia z punktu widzenia polskiej racji stanu, jeżeli nie mamy wpaść w ten sam błąd, w jaki niemcy popadli. Jak dotąd, polityka co do Rusi Czerwonej jest niezdecydowana, nie wiadomo, jak do tego fantu się zabrać, ukrainizm wołyński upaństwawia się, niektórzy powiadają „ujózefia się”, do Polesia zastosowano ostatnio politykę, która na wschodnim froncie dała w rezultacie Masurenland. Polesie i Masurenland, jest wiele analogji, i jest nad czem pomyśleć.

STANISŁAW ŻEJMIS

„Bunt młodych”, 20.08.1934

Źródło: retropress.pl

Udostępnij na: