Kiedy poznałam mojego stryjecznego dziadka Wojciecha, było upalne brytyjskie lato 1988 roku. Z szarej, komunistycznej Polski poleciałam po raz pierwszy w życiu do Londynu, gdzie Wojciech mieszkał od zakończenia wojny wraz z żoną Marią i synami.

Wojciech Poziombko w młodym wieku

Wiedziałam, że wujek zbliża się do osiemdziesiątki, dlatego spodziewałam się spotkać starszego, schorowanego człowieka, z osłabioną pamięcią i powolnym krokiem. Tym większe było moje zdumienie, gdy okazało się, że wujek Wojciech ma energię osiemnastolatka, porusza się szybko, jest wymagający, błyskotliwy, obdarzony fenomenalną pamięcią i imponującą wiedzą. Chciał, abym te kilka miesięcy w Londynie spędziła jak najlepiej: zwiedzając, chłonąc informacje, rozwijając umysł. Przygotował w tym celu szczegółowy plan. Wiedział absolutnie wszystko o wszystkim — to było naprawdę oszałamiające.

W czasie londyńskich wakacji usłyszałam kilka fascynujących opowieści z jego życia. Po powrocie do Polski przez kolejne lata zbierałam dalsze informacje i dokumenty, nawet po jego śmierci – aby nie został zapomniany.

Wojciech był młodszym bratem mojego dziadka, Stanisława. Wychowywali się w małym wielkopolskim miasteczku, w Ostrzeszowie. Zaraz na początku Wielkiej Wojny, w 1915 roku, ich ojciec Roch zginął na froncie wschodnim jako szeregowy żołnierz pruskiego wojska. Trudno mi dziś wyobrazić sobie, jak wielkim ciężarem było dla ich matki, Franciszki, samodzielne utrzymanie domu i wychowanie całej gromadki dzieci – oprócz Wojciecha i Stanisława było jeszcze dwóch braci i siostra. Mimo że była prostą kobietą i ukończyła jedynie cztery klasy szkoły powszechnej, zadbała, by jej dzieci uczyły się na tyle, na ile to było możliwe.

Wojciech Poziombka z bratem

Po szkole powszechnej Wojciech trafił do seminarium nauczycielskiego w Ostrzeszowie. Trzyletnie seminaria powstawały po odzyskaniu przez Polskę niepodległości – brakowało polskich nauczycieli. Odnalazłam podpis Wojciecha jako ucznia tej szkoły w dokumencie podpisywanym w 1926 roku przez obywateli polskich: Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych.

Wreszcie nadszedł czas dorosłego życia i decyzji o wyborze miejsca pracy. W latach dwudziestych młode państwo polskie pilnie potrzebowało nauczycieli, szczególnie na kresach wschodnich, a perspektywa pracy tak daleko od domu przemówiła do Wojciecha. W Dzienniku Urzędowym Kuratorium Okręgu Poleskiego ukazała się informacja, że z dniem 1.10.1928 roku Wojciech Poziombka został nauczycielem 7. klasy szkoły podstawowej w Dawidgródku.

Ostrzeszów a Dawidgródek — dwa światy

Ostrzeszów, w którym dorastał Wojciech, choć niewielki, był miastem nowoczesnym jak na początek XX wieku. Od ponad dekady działała tu linia kolejowa, umożliwiająca szybkie połączenia z Kępnem, Oleśnicą i dalej — z Poznaniem, Wrocławiem czy Berlinem. Ulice w centrum były brukowane, funkcjonował szpital, sąd, poczta, a w urzędach i niektórych instytucjach publicznych dostępny był już telefon. Szkolnictwo stało na przyzwoitym poziomie: działały szkoły powszechne, a seminarium nauczycielskie, do którego trafił Wojciech, należało do tych lepiej zorganizowanych w regionie.

Miasteczko miało charakter uporządkowany, wielkopolski — schludne kamienice wokół rynku, sklepy rzemieślników, niewielkie fabryczki i warsztaty. Dyscyplina, porządek i systematyczność, typowe dla tego regionu, były codziennością. Dla chłopca, który wychował się w takim otoczeniu, świat miał określony rytm i przewidywalność.

Dawidgródek okazał się dla Wojciecha miejscem pełnym nowości. Położony nad odnogami Horynia żył w rytmie rzeki — łodzie, barki i niewielkie statki były tu codziennością, często jedynym sposobem dotarcia do pobliskich miejscowości. Ale największym zaskoczeniem, o którym wspominał mi po latach, była niezwykła wielokulturowość miasteczka. W Ostrzeszowie niemal nie widywał Żydów, tymczasem na Polesiu stanowili oni znaczną część mieszkańców. Fascynowały go ich stroje, język i obrzędy, które obserwował z żywą ciekawością i szacunkiem. To właśnie tam, na Kresach, w pełni ujawniła się jego wyjątkowa otwartość na ludzi — niezależnie od pochodzenia, religii czy zwyczajów — cecha, która towarzyszyła mu przez całe życie.

Największy kontrast widoczny był jednak w szkole. W porównaniu z dobrze zorganizowanym ostrzeszowskim seminarium, szkolnictwo na Polesiu dopiero się kształtowało. Brakowało podręczników, pomocy naukowych, a niekiedy i odpowiednich pomieszczeń. Poziom przygotowania uczniów był zróżnicowany, a zjawiskiem powszechnym była analfabetyzacja, zwłaszcza na terenach wiejskich otaczających miasteczko. Dzieci mówiły mieszanką języków i gwar — od polszczyzny, przez białoruski, po ukraińskie naleciałości — co dla młodego nauczyciela z Wielkopolski z pewnością było wyzwaniem.

Po dwóch latach pracy w Dawidgródku Wojciech został powołany do służby wojskowej. Na rok musiał opuścić szkolne mury, lecz po powrocie, w październiku 1932 roku, ponownie skierowano go do pracy – tym razem w niewielkiej szkole w Czudzinie. Miał już wówczas stopień podporucznika rezerwy. Bardzo zależało mu jednak na powrocie do Dawidgródka, miejsca, które zdążył polubić i z którym wiązały go pierwsze przyjaźnie w dorosłym życiu. Jak wspominał później, wielokrotne pukanie do drzwi Kuratorium wreszcie przyniosło skutek. Wrócił do Dawidgródka prawdopodobnie w roku 1935, a od kolejnego roku szkolnego rozpoczął studia w Instytucie Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Zajęcia odbywały się w soboty i niedziele, dzięki czemu mógł dalej pracować w szkole w Dawidgródku w pełnym wymiarze godzin.

Rok 1936 był dla Wojciecha wyjątkowo ważny również z innego powodu – wziął ślub z Marią Ptaśnik, młodą nauczycielką pochodzącą z podkrakowskich Mikluszowic. Być może to właśnie znajomość z nią wzmacniała jego determinację, by wrócić do Dawidgródka. Maria wspominała, że na swój ślub, prawdopodobnie w Urzędzie Stanu Cywilnego w Stolinie, płynęli statkiem – okoliczność, którą pamiętała do końca życia.

Był to jednak także rok tragicznych wydarzeń. W centrum Dawidgródka, przy ulicy Kilińskiego, wybuchł pożar, który szybko wymknął się spod kontroli. Wkrótce ogarnął ulicę Zamkową nad Horyniem, a następnie – przerzucony silnym wiatrem – dotarł na drugi brzeg rzeki. Spłonęła cerkiew i niemal dwieście domów, nie licząc zabudowań gospodarczych. Dach nad głową straciło ponad dziewięćset osób. Wśród poszkodowanych znalazły się rodziny uczniów zarówno Wojciecha, jak i Marii. W takich okolicznościach praca nauczycieli nabierała nowego znaczenia: trzeba było stworzyć dzieciom choć namiastkę normalności, zapewnić warunki do nauki, posiłki i odrobinę otuchy. Późniejsze losy Wojciecha dowodzą, że nie potrafił pozostać wobec takich dramatów obojętny.

Pożar w Dawidgródku. Foto: sztetl.org.pl

W lutym 1937 roku na świat przyszedł pierwszy syn Wojciecha i Marii – Jerzy.

Kilka miesięcy po narodzinach Jerzego Wojciech ponownie został wezwany do wojska. Tym razem na dwumiesięczne szkolenie w 84. Pułku Strzelców Poleskich, gdzie pełnił funkcję dowódcy plutonu. W ocenach przełożonych zapisano, że „ambicja pracy jest dostateczna, stosunek do służby wojskowej ideowy”, a ppłk Szarejko wystawił mu opinię na tyle dobrą, że zarekomendował go na kurs dla przyszłych dowódców kompanii.

W 1938 roku, a najpóźniej na początku roku 1939, rodzina powiększyła się o kolejnego syna – Piotra.

Wojna przerwała względnie spokojne życie w Dawidgródku. Po mobilizacji Wojciech walczył we wrześniu 1939 roku, lecz wkrótce po jednej z potyczek dostał się do niewoli sowieckiej. Jak opowiadał po latach, jeńców zamknięto prowizorycznie w cerkwi, gdzie mieli czekać na dalsze decyzje. Los uśmiechnął się do nich niespodziewanie: nocą strażnicy upili się do nieprzytomności, a Polacy wykorzystali moment. Uciekli, ciesząc się, że strażnikom wcześniej nie chciało się zapisywać ich danych personalnych. Każdy wrócił do siebie – Wojciech również, do żony i dwóch synków w Dawidgródku. Spokój ten trwał jednak krótko. Już w marcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD.

Po kilku miesiącach przesłuchań i oczekiwania w areszcie otrzymał typowe dla tamtych czasów sfabrykowane oskarżenia: że w latach 1933–1934 kierował antyradziecką organizacją „Związek Strzelców”, że jako oficer Wojska Polskiego był aktywnym członkiem „Związku Rezerwistów”, a nawet jego kierownikiem. Pseudosąd skazał go na osiem lat łagru. Trafił do Kargopolskiego Obozu Pracy Poprawczej, w obwodzie archangielskim – jednej z cięższych jednostek Gułagu.

Wojciech nigdy nie chciał mówić o tym, co przeżył za drutami obozu. Jedyna wzmianka padła przypadkiem, podczas rozmowy o potrawach z dzieciństwa. Wspomniał, że choć w dzieciństwie zawsze uwielbiał śledzie w śmietanie, to wspomnienie transportu do łagru sprawiło, że straciły dla niego smak. „Karmili nas wtedy przez kilka dni solonymi śledziami i nie dawali ani kropli wody” – powiedział, po czym zamilkł. Dodał też, że wieziono ich w wagonach towarowych z metalowymi klatkami tak niskimi, iż nie dało się stanąć wyprostowanym.

Nie wiem, do jakiej pracy został tam przydzielony. Wiadomo jedynie, że spędził w łagrze półtora roku – aż do ogłoszonej amnestii dla obywateli polskich. 28 sierpnia pozwolono mu opuścić obóz i skierowano do miejsca zamieszkania w mieście Jalutorowsk, w obwodzie omskim (dzisiejszy obwód tiumeński).

Wojciech musiał stawić się w wyznaczonym przez władze miejscu, w dalekim Jalutorowsku. Dopiero tam, już poza drutami obozu, zaczęły do niego docierać pierwsze, niepewne jeszcze wieści od innych amnestionowanych Polaków: że gdzieś daleko na południowym zachodzie, w Buzułuku i Tockoje, zaczyna się formować polska armia. Te informacje przekazywano sobie półgłosem, z nadzieją, ale i ostrożnością — nikt nie wiedział, czy to prawda, ani czy nie grozi za nie kolejny zarzut.

Wojciech, doskonały z geografii od lat szkolnych, z łatwością wyobrażał sobie, jak ogromna droga czeka każdego, kto chciałby tam dotrzeć. Wrzesień dopiero się zaczynał, ale syberyjska jesień bywała bezlitosna, a dystans liczony był nie w kilometrach, lecz w tygodniach podróży. Mimo to wiedział, że musi spróbować.

Tymczasem jego żona z dwójką małych synków od kwietnia 1940 roku nie mieszkała już w Dawidgródku. Wiosną odbyła się druga wielka deportacja, obejmująca ponad sześćdziesiąt tysięcy polskich urzędników, nauczycieli, kolejarzy, policjantów i działaczy społecznych — wszystkich, których Sowieci uznawali za potencjalne zagrożenie dla swojego systemu. Maria, pamiętając o pierwszej wywózce sprzed kilku miesięcy, od pewnego czasu po cichu przygotowywała się na najgorsze: pakowała najpotrzebniejsze rzeczy, a na przechowanie oddawała znajomym te najcenniejsze. To przezorność, która miała się okazać błogosławieństwem.

Niemal równocześnie w momencie kiedy Wojciech pokonywał drogę do Kargopolłagru, Maria wraz z dziećmi została upchnięta z innymi rodzinami w bydlęcych wagonach i wywieziona na wschód. Wspomnienia z nocy aresztowania na zawsze pozostały w niej żywe: krzyk i płacz chłopców, przenikliwe zimno, chaotyczne chwytanie ubrań, a potem głód i praca ponad siły.

Transport zawiózł ich do Krasnoarmejskoje w obwodzie kustanajskim, niemal 2 500 kilometrów w linii prostej od Dawidgródka. Ciocia Maria opowiadała, że któregoś dnia pociąg po prostu zatrzymał się w środku stepu. Ludzi krzykami wypędzono z wagonów i kazano czekać na nagiej ziemi. Dopiero po wielu godzinach pojawiły się wozy, którymi rozwieziono ich do maleńkich wiosek — posiołków.

Maria, która swoje dzieciństwo i młodość spędziła w Krakowie, w otoczeniu kultury i nauki (jej wuj był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego), była przerażona tym, co zobaczyła: prymitywnymi warunkami życia, powszechnym analfabetyzmem, brudem, głodem i porażającą biedą. Nawet Dawidgródek, który przecież nie był dużym miastem, wydawał się jej teraz jako centrum cywilizacji.

Wskazano im ziemianki — niskie, zawilgocone chaty zagłębione w ziemi, w których po kilka rodzin dzieliło jedną izbę. Dorośli od razu usłyszeli, że jeśli chcą cokolwiek jeść, muszą pracować fizycznie. „Wypłatą” był czarny chleb, pełen trocin. Kilka drobnych przedmiotów zabranych z domu Maria musiała szybko sprzedać, by zdobyć choć trochę jedzenia, przede wszystkim mleko dla dzieci. Tak szybko, jak to było możliwe, dała znać znajomym pozostałym w Dawidgródku, również właścicielowi domu, w którym mieszkała. Okazał się wiernym przyjacielem: przez kolejne miesiące sprzedawał powierzone mu wcześniej rzeczy i przesyłał pieniądze do Kazachstanu.

Mimo tej pomocy warunki życia w posiołku były przerażające. Najsilniejszym z jej wspomnień był jednak głód — paraliżujący, zabierający sen, obecny w każdym dniu. W takich warunkach najmłodszy synek, Piotruś, nie przeżył. Zmarł wkrótce po przybyciu do Krasnoarmejska.

Późnym latem 1941 roku przez posiołek zaczęły krążyć plotki o nadchodzącej amnestii, a zaraz po nich — o formowaniu polskiej armii. Na początku września Maria otrzymała telegram, który wędrował przez Rosję wiele tygodni. Przysłał go Wojciech, już po dotarciu do Jalutorowska: pisał, że żyje, że jest wolny i że spróbuje dotrzeć do Tockoje. Trzeba było bezzwłocznie odpowiedzieć. Ciocia Maria wspominała, jak nocą szła przez step do najbliższej miejscowości z telegrafem — musiała iść po ciemku, by o świcie wysłać odpowiedź i jak najszybciej wrócić na czas do pracy, inaczej groziło jej oskarżenie o sabotaż.

Tamtą drogę pamiętała do końca życia. Kiedy szła samotnie przez cichy step, z naprzeciwka wyłonił się mężczyzna: wysoki, potężnie zbudowany, wyglądający na miejscowego. Kazał jej usiąść. W przerażeniu myślała, że chce ją skrzywdzić — nie miała szans się obronić, a w domu czekał mały Jurek. Usiadła. Mężczyzna wyjął tytoń, skręcił papierosa, zapalił, poczęstował ją, wypalił w milczeniu, po czym wstał i bez słowa odszedł w mrok.

Po powrocie do posiołka Maria, gdy tylko otrzymała oficjalny dokument pozwalający na wyjazd, ruszyła z Jurkiem do Tockoje. Podróż, biorąc pod uwagę wojenne warunki oraz bałagan panujący w tym czasie na kolei, trwała co najmniej kilka dni.

Do Tockoje zjeżdżali mężczyźni z całego rozległego Związku Sowieckiego — wychudzeni, z dokumentami i z nadzieją. Dla żołnierzy zaczynała się tu wojskowa codzienność: rejestracja, badania, przydziały i ciężkie ćwiczenia na poligonie. Wojciech, mający przedwojenne przeszkolenie wojskowe, szybko odnalazł się w tej surowej rutynie — dyscyplina i rytm dnia były dla niego wybawieniem, czymś, co pozwalało choć na chwilę uporządkować życie i zająć myśli, gdy wciąż czekał na jakiekolwiek wieści od Marii. Dla rodzin, próbujących dotrzeć lub zatrzymać się w pobliżu, Tockoje było miejscem prowizorycznych baraków i namiotów, kolejek do żywności i wiecznego oczekiwania. Choroby i niedożywienie stawały się codziennością, a organizacja — mimo wysiłków — nie zawsze nadążała za napływem ludzi

Wojciech nareszcie doczekał się swoich najbliższych, chociaż szokiem dla niego była wiadomość o śmierci najmłodszego synka. Teraz jednak Maria i Jurek byli przy nim, chociaż trzeba było znaleźć dla nich miejsce do zamieszkania.

 

Po miesiącach oczekiwania w Tockoje lub w pobliżu, Maria i Jurek zostali prawdopodobnie wpisani na listę ewakuacji Armii Andersa w 1942 roku. Pierwsza fala transportów rozpoczęła się w marcu, a kolejne w sierpniu – Polacy jechali pociągiem do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim, a stamtąd statkami przeprawiano ich do Iranu. Maria i Jurek zostali odnotowani jako przebywający w Teheranie w listopadzie 1942.

Po ewakuacji losy Wojciecha oraz Marii i Jurka znowu się rozdzieliły. On trafił na kolejne obozy szkoleniowe do Jerozolimy, Adenu, Mosulu….czekając wciąż na rozkazy włączające Polaków do prawdziwych walk. Ostatecznie Wojciech trafił do 3. Karpackiego Pułku Artylerii Przeciwpancernej, wchodzącego w skład 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Pułk ten był istotnym elementem obrony dywizji — jego zadaniem było zwalczanie zagrożenia pancernego, ochrona piechoty i utrzymanie linii ogniowej.

Tysiące jemu podobnych, zwykłych mężczyzn wykonujących wcześniej zawody nauczycieli, listonoszy czy piekarzy musiało w bardzo krótkim czasie stać się żołnierzami. Wymagało to setek godzin ćwiczeń, musztry, ale też wzmocnienia organizmów wycieńczonych pobytami w łagrach. Wreszcie w grudniu 1943 roku oddziały zostały przerzucone do Włoch. Zaczynało się!

Tymczasem Maria i Jurek niemal natychmiast po ewakuacji do Persji ciężko zachorowali. Tyfus zbierał liczne i śmiertelne żniwo wśród wymizerowanych, wygłodzonych uchodźców. Maria z synkiem trafili do szpitala w Teheranie i ciocia Maria do końca życia wspominała troskliwą opiekę irańskich pielęgniarek i lekarzy.  Po długim leczeniu w teherańskim szpitalu Maria i kilkuletni Jurek zostali skierowani do obozu dla Polaków w Rechowocie, w Palestynie — miejscu, które dla tysięcy uchodźców stało się pierwszą przystanią względnego bezpieczeństwa po koszmarze zesłania. Rechowot, z rozległymi sadami pomarańczowymi i suchym, jasnym powietrzem, wydawał się niemal nierealny w porównaniu z ponurym kazachskim stepem. Dla Marii było to pierwsze miejsce od dawna, w którym mogła odetchnąć bez strachu o to, czy jutro będzie co zjeść, czy ktoś zapuka nocą do drzwi, czy jej dziecko przeżyje kolejny dzień. W obozie panowała atmosfera intensywnej pracy i odbudowywania normalności. Organizowano szkoły dla dzieci, kursy dla dorosłych, działały punkty sanitarne i świetlice.

W Palestynie Maria i mały Jurek czekali na koniec wojny i na wieści od Wojciecha, który w tym czasie codziennie ryzykował życie na włoskim froncie. Monte Cassino, Linia Hitlera, Ankona, Apeniny, Bolonia… — szlak bojowy był długi, krwawy i bezlitosny. Z poleskiego nauczyciela, który jeszcze kilka lat wcześniej prowadził lekcje w drewnianej szkole nad Horyniem, Wojciech stał się artylerzystą. Musiał nauczyć się chłodnej precyzji, szybkiej oceny sytuacji, słuchać komend i działać bez wahania. Najwyraźniej robił to dobrze, bo jego odwaga została odnotowana — otrzymał Krzyż Walecznych.

Po bitwie o Monte Cassino Naczelny Wódz, gen. Sosnkowski, ustanowił odznaczenie dla wszystkich żołnierzy biorących udział w tych dramatycznych walkach. Wojciech otrzymał Krzyż nr 1708 — numer, który do końca życia przechowywał w pamięci.

W 1946 roku polscy żołnierze pełniący służbę w alianckich siłach okupacyjnych we Włoszech zostali zdemobilizowani. Wraz z tą decyzją spadło na nich najtrudniejsze pytanie: co dalej? Wracać do Polski? Już wtedy było jasne, kto przejął władzę i jaki los czeka tych, którzy walczyli u boku Anglików i Amerykanów. Wielu wiedziało, że powrót może oznaczać represje lub szykany — jeśli nie wobec nich samych, to wobec rodzin.

Można było też wyjechać do Kanady albo Australii. Kuszące na papierze, w rzeczywistości oznaczało to jednak całkowite przekreślenie dotychczasowego życia i rzucenie się w nieznany świat na drugim końcu globu.

Zostanie w Wielkiej Brytanii wydawało się najbliższe normalności — kraj był bliżej Polski, język bardziej dostępny, a wśród Polaków była już duża, zorganizowana społeczność. Ale i ta decyzja nie była prosta. Po wojnie Anglia była zniszczona, biedna, a bezrobocie rosło. Żywność była nadal reglamentowana. A rzesze polskich żołnierzy oznaczały konieczność znalezienia miejsc pracy, mieszkań, szkół dla dzieci. Brytyjski rząd nie chciał konfliktu z ZSRR, a jednocześnie społeczeństwo zmagało się z ciężarem powojennej odbudowy. Nic dziwnego, że atmosfera była napięta, a wzajemna nieufność odczuwalna. Trudno kogokolwiek za nią winić — i Polacy, i Brytyjczycy nieśli swoje powojenne lęki i własne doświadczenia.

Ostatecznie decyzja została podjęta – rodzina została w Anglii, w Londynie. Niestety nie wiem, czy Wojciech i Maria spotkali się jeszcze we Włoszech, czy już w Londynie. Przypuszczam, że dyskutowali o tym, co zrobić, w swoich listach i każdy dotarł do Londynu osobno. Niewiele wiem o ich pierwszych latach powojennych. Gdzie zamieszkali? Z czego się utrzymywali? Wojciech intensywnie uczył się języka angielskiego. Zawsze miał zdolności językowe i ogromną ciekawość ludzi, więc prawdopodobnie szybko zaczął swobodnie się komunikować. Maria poradziła sobie zdecydowanie gorzej – nawet po wielu latach mówiła po angielsku mozolnie, ze złym akcentem.

Początkowo zamieszkali w wynajmowanym pokoju, w jednym z tych londyńskich domów, które po wojnie wypełniły się zdemobilizowanymi Polakami – ludźmi tułającymi się po świecie z walizką pełną wspomnień, stopniowo próbującymi budować nowe życie. Atmosfera była tam specyficzna: bliskość rodaków dawała oparcie, ale jednocześnie wszyscy odczuwali ciężar tymczasowości i niepewności. W takich warunkach Maria niedługo potem zaszła w ciążę, a w 1948 roku urodził się Leszek. Dla niego Anglia stała się naturalnym środowiskiem, jedyną ojczyzną, a angielski – pierwszym językiem, mimo że w domu dbano o polskie słowa, zwyczaje i święta.

Maria z konieczności szybko podjęła pracę – najpierw w fabryce, później udzielała się również w polskiej szkółce niedzielnej, bo kontakt z edukacją w jakiejś formie pozwalał jej zachować część dawnej siebie. Wojciech, z właściwym sobie pogodnym usposobieniem, otwartością i talentem do nawiązywania znajomości, stosunkowo szybko znalazł biurową posadę w konsulacie jednego z krajów arabskich. Nie była to praca, o której marzył, ale dawała stabilność, a w tamtym czasie było to wyjątkowo cenne.

W latach 70., po długim okresie oszczędzania i rezygnacji z wielu codziennych przyjemności, zdecydowali się na odważny krok – kupno domu w dzielnicy, która uchodziła wówczas za „polską”. Było to spełnienie marzenia o własnym miejscu, ale jednocześnie oznaczało kolejne wyrzeczenia. Aby sprostać finansowym zobowiązaniom, wynajmowali pokoje lokatorom. Maria zajmowała się domem, gotowaniem, sprzątaniem i wszystkimi codziennymi obowiązkami, które spadały na nią z coraz większym ciężarem. Z czasem narastała w niej gorycz. Patrzyła na swoje obecne życie i widziała w nim cień dawnej siebie. Wspominała z nostalgią czasy w Dawidgródku – spokojne, ułożone, pełne poczucia sensu. Tam była szanowaną nauczycielką, nawet jeśli nauczycielska pensja nie była wysoka, a życie nie zawsze łatwe. Mogła jednak liczyć na pomoc służącej i niani. Czuła, że wtedy była kimś.

Wojciech natomiast całkowicie inaczej oswajał nowe miejsce. Gdy tylko mógł, wychodził na długie wędrówki po Londynie. Z czasem miasto stało się jego pasją, niemal drugim domem. Fascynowały go jego warstwy – od średniowiecznych zaułków po współczesne place budowy, od wielkich muzeów po maleńkie, schowane między uliczkami antykwariaty. Nie było zakątka, którego by nie poznał. Wiedział, skąd płynie historia każdej dzielnicy, jak zmieniała się zabudowa, gdzie toczyły się losy ludzi przed setkami lat.

Z biegiem lat ich życie powoli wracało do równowagi. Synowie dorośli, Jerzy z rodziną wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a pokoje, które przez dekady wynajmowano lokatorom, w końcu opustoszały. W domu zapanowała cisza, do której Maria musiała się przyzwyczaić, a dla Wojciecha okazała się ona niemal błogosławieństwem. Kiedy przeszedł na emeryturę, mógł bez pośpiechu oddawać się swojej największej pasji – wędrówkom po Londynie. Choć znał już to miasto lepiej niż niejeden rodowity londyńczyk, przemierzał kolejne ulice, tropił historie, które zapisały się w murach, i odkrywał zmiany, jakie przynosiła każda dekada.

Gdy tylko sytuacja polityczna i finansowa na to pozwoliła, zaczął zapraszać do siebie rodzinę z Polski. Te wizyty były dla niego prawdziwym świętem. Z żołnierską precyzją planował każdy dzień pobytu gości — nie było mowy o odwołaniu czegokolwiek z powodu deszczu czy zmęczenia. Kolejność muzeów, przejść, przystanków i przerw na herbatę miał rozpisaną niemal co do minuty. Doceniłam dopiero po latach, jak wiele się nauczyłam z jego opowieści.

Wieczory należały już jednak do Marii. Coraz bardziej ograniczona w ruchu, rzadko opuszczała dom. Swoich gości wprowadzała w świat, którego nie dało się odnaleźć w żadnym przewodniku – w świat wspomnień z Polesia, dawnego Dawidgródka, a potem z Kazachstanu. Opowiadała o ludziach, którzy już dawno odeszli, o miejscach nie do poznania, o życiu, które minęło bezpowrotnie, choć w jej pamięci wciąż było żywe i pełne barw. Dużo było w jej wspomnieniach goryczy i żalu, sporo pretensji do świata.

Wojciech odszedł pierwszy – 3 grudnia 1997 roku. Maria przeżyła go o pięć lat. Ich dom, niegdyś pełen głosów, kroków i zamieszania, znów opustoszał.

W 2001 roku postanowiłam wrócić do historii Wojciecha i spróbować odtworzyć jego losy wojenne. Wiedziałam tyle, ile zapamiętałam z urywanych opowieści – trochę domysłów, kilka nazw miejscowości, żadnych dokumentów. Najpierw zwróciłam się do Fundacji Ośrodka KARTA, której pracownicy przekazali mój list do Konsulatu Generalnego Republiki Białoruś w Gdańsku. Stamtąd sprawa trafiła do Archiwum w Brześciu. Dopiero w kwietniu 2002 roku nadeszła odpowiedź.

Odnaleziono dokumenty. Prawdziwe, z pieczęciami, datami, podpisami – dowody kolejnych etapów jego gehenny: aresztowania, pobytu w łagrze, amnestii. Po raz pierwszy mogłam prześledzić nie tylko drogę, którą przeszedł, ale także wydarzenia, o których nigdy nie opowiadał. Pod koniec widniała adnotacja, sucha i rzeczowa, a jednak na swój sposób poruszająca:

„28 kwietnia 1989 r. Pozembko Wojciech Rochowicz został zrehabilitowany przez prokuraturę obwodu brzeskiego.”

Jakby historia, po ponad pół wieku milczenia, wreszcie odetchnęła i domknęła się w pełnym kręgu.

Małgorzata Mysiukiewicz

Udostępnij na: