Urodziłam się w województwie poleskim, powiat drohiczyński, gmina Braszewicze. Braszewicze to duża wieś. Ziemia była tu jednak marna — żeby wyżyć, trzeba było ciężko pracować. Mimo to ludzie potrafili się wspierać.
Pamiętam mój pierwszy powojenny przyjazd do Drohiczyna. Wtedy też przypomniałam sobie dawne lata młodości.
Przed wojną istniały tu równe prawa dla wszystkich. W gminie Drohiczyn działały różne stowarzyszenia, organizacje i rozmaite inicjatywy społeczne. U nas funkcjonowała organizacja „Koło Młodzieży”, kierowana przez Woronicza i Borodawskiego. Było naprawdę ciekawie: urządzano wieczory, czytano wiersze, spotykano się i rozmawiano. Na takie wydarzenia zapraszano mieszkańców całej okolicy — zarówno z samej wsi, jak i z innych miejscowości gminy. Kiedy tylko było jakieś spotkanie w Braszewiczach, zawsze tam chodziłam, by posłuchać i wziąć udział.
W tutejszych wsiach i miasteczkach mieszkali razem Polacy, osadnicy i Ukraińcy, a w Braszewiczach — także Żydzi.
W Braszewiczach nie brakowało sklepów; handlem zajmowali się głównie Żydzi. Mimo to nie mieli wyłączności — zaopatrywali się u nich wszyscy. Był też państwowy sklep, „spółdzielczy” (pamiętam tę nazwę). Najważniejsze jednak, że ludzie żyli wtedy zgodnie, nie było wrogości. W Braszewiczach działała polska szkoła, a dyrektorem był Szewczak. Bardzo miło wspominam nauczycieli. W gminie sekretarzem był Paniszczewski, a wójtami — Piszczewski i Kanowicz.
Władzę we wsi sprawował sołtys. Co powiedział — to ludzie robili. Wielu młodych chłopaków powoływano do Wojska Polskiego. Po odbyciu służby wszyscy wracali do domu. Żyło się normalnie. Wszędzie istniała własność prywatna i za pieniądze można było kupić wszystko. Czasem produkty brano w zamian za towar — rozliczano się barterem. Było wielu wędrownych handlarzy. Chodzili i jeździli po wsiach, zajmując się wymianą. Często zatrzymywali się u nas na noc.
Zapamiętałam jednego z nich — takiego Żyda, nazywał się Ciko. Zbierał surowce wtórne, a w zamian dawał zapałki, mydło, igły, guziki i tym podobne. Nocował u nas, opowiadał różne historie i śpiewał żydowskie pieśni ludowe.
W Braszewiczach był felczer, którego ludzie nazywali „doktorem”. Jako pierwszy we wsi kupił rower — a dzieci biegały za nim, nie rozumiejąc, jak to możliwe, że jedzie. W tamtych czasach rower był bardzo drogi i uchodził za luksus.
Młodzież z Cybek często chodziła do unickiego księdza Nowickiego w Torokaniach. Był bardzo dobrym i szanowanym człowiekiem. Pomagał wielu chłopskim dzieciom zdobyć wykształcenie, kierując je na naukę do Wilna, Kowna i Warszawy. W 1939 roku, gdy wybuchła wojna, mówił, żeby ludzie przygotowali się na ciężkie próby.
Miał radio i kiedy Niemcy napadli na Polskę, wielu przychodziło do niego niemal codziennie i słuchali. 18 września, gdy przyszliśmy, powiedział, że Sowieci napadli na Polskę i że Polska upadnie. Powiedział, żebyśmy jutro przyjechali z wozami, żebyśmy mogli szybko zabrać majątek i książki. Uważał, że w ten sposób da się uratować jak najwięcej. Poprosił też, by religijni ludzie starali się trzymać z dala od bolszewików. Moje nadzieje na naukę w Warszawie legły w gruzach, a rozpoczęta nauka została przerwana.
Za polskim czasem ukończyłam 5 klas szkoły podstawowej. Nauka odbywała się w języku polskim. Dużo uwagi poświęcano Prawu Bożemu. W szkole dawano jeść. Czasem — ciasteczka i cukierki. Dyscyplina była bardzo surowa. Za zachowanie ucznia stało się w kącie i bito linijką. Wakacje były latem i na Boże Narodzenie. Nauczyciele pracowali, jak pamiętam, do 6–7 klasy, w Braszewiczach.
Pamiętam też, że do domu chodziło bardzo wielu żebraków. Ludzie wypędzali ich z domów, ale przed domem dawali jedzenie. Od tych „wędrowców” dowiadywaliśmy się nowin i tego, co dzieje się daleko.
Źródło: „Наш край – Загородье”, nr 21/2012





