W samym sercu Pińska – dosłownie pod naszymi stopami – znajdują się podziemia, o których wie nie każdy. Choć w piwnicach dawnego kolegium jezuitów można zobaczyć niewielki, częściowo oczyszczony fragment podziemnych poziomów, cała sieć pozostaje słabo rozpoznana, a jej najważniejsze odcinki mają znajdować się właśnie w centrum miasta. Jeszcze w 1939 roku do podziemnych korytarzy schodzili gimnazjaliści i miejscowi chłopcy, traktując to jak przygodę, dziś zaś temat wraca – tym razem w kontekście badań i ochrony dziedzictwa.

Początki rozbudowanej sieci przejść mogą sięgać XIII wieku – czasu, gdy Pińsk był jednym z punktów schronienia dla litewskiego księcia Wojsiełka. Wówczas, w Pińsku istniał już drewniany zamek z sześcioma basztami, a Wojsiełk wzniósł na zamku pierwszą murowaną budowlę: prostokątną wieżę (ok. 12 × 10 m), nazywaną „Władyka”, w której miały znajdować się komnaty wielkiego księcia. Z wieżą właśnie był połączony rzekomy podziemny korytarz wyprowadzony ku brzegowi rzeki, pozwalający dyskretnie dostać się do zamku i go opuścić.

Podziemia w opowieści o Pińsku powracają także przy wydarzeniach późniejszych. Miasto i zamek wielokrotnie odpierały najazdy, a w 1527 roku odparto tu ostatni odnotowany tatarski najazd na Wielkie Księstwo Litewskie. Dramatycznym punktem zwrotnym był rok 1655, kiedy – podczas wojny nazywanej „Krwawym Potopem” – wojska moskiewskie spaliły Pińsk wraz z zamkiem, ratuszem i świątynią, a podziemny korytarz miał umożliwić ewakuację skarbca, dokumentów i części mieszkańców. Po tych wydarzeniach marszałek piński Jan Karol Dolski zrezygnował z odbudowy starej twierdzy, decydując się na budowę nowego, murowanego założenia – tzw. Zamku Karolińskiego.

Karolin na rysunku N. Ordy – po lewej stronie widoczne są resztki murów zamkowych

Szczególne miejsce w historii pińskich podziemi zajmują jezuici. Według legendy, podczas budowy kolegium odnaleźli oni dawny „zamkowy” korytarz i połączyli go z własnym systemem podziemnych komunikacji, z których zakon słynął w wielu miastach Europy. Wspomina się nawet o planach poprowadzenia przejść do najważniejszych punktów Pińska: ratusza, domu komendanta wojskowego, innych klasztorów, a także o dodatkowym wyjściu poza miasto. Według wspomnień Karola Wyrwicza – późniejszego rektora jezuickiego Collegium Nobilium w Warszawie – który jako młody człowiek penetrował korytarze, zauważył on m.in. odnogi węższych przejść i fragment biegnący pod rzeką, suchy i dobrze wentylowany, aż do miejsca zamkniętego kratą.

Z czasem podziemia popadły w zapomnienie. Po kasacie zakonu jezuitów w 1773 roku w dawnym kolegium funkcjonowała rezydencja biskupów unickich, a przejścia – z ich polecenia – zostały odcięte i zakazane  (gdy rosyjskie władze wojskowe miały rozważać urządzenie w podziemiach więzienia dla zakonników „zamieszanych w antyrosyjskie powstanie”, – w ciągu jednej nocy główne korytarze zamurowano, a plany ukryto).

Jedno z wejść do podziemi, odgruzowne przed 1939 rokiem. Foto: welcome-belarus.ru

Wątek podziemi powrócił po I wojnie światowej: w 1919 roku jezuici wrócili do Pińska i rozpoczęli planowe odgruzowywanie przejść, a wycieczki gimnazjalne schodziły tam aż do 1939 roku. Po wojnie NKWD wysadziło znane wejścia do podziemi, a symbolicznym i bolesnym finałem było zniszczenie największej świątyni miasta, kościoła św. Stanisława. Pod nim, jak wspominano w szkolnych relacjach, miał znajdować się podziemny „węzeł”, gdzie krzyżowało się co najmniej siedem kierunków przejść.

Kościół św. Stanisława

W ostatnich latach pracownicy Muzeum Polesia w Pińsku oraz lokalni krajoznawcy szukają ocalałych, niezawaliszczonych odcinków, a  w piwnicach dawnego kolegium jezuitów otwarto niewielką ekspozycję muzealną.

Ekspozycja muzealna w piwnicach dawnego kolegium jezuitów. Foto: welcome-belarus.ru

W planach pojawia się nawet pomysł uruchomienia trasy zwiedzania pod hasłem „Podziemny Pińsk”. To perspektywa, która – jeśli zostanie zrealizowana z zachowaniem zasad bezpieczeństwa i ochrony zabytków – mogłaby stać się nie tylko atrakcją, ale też ważną lekcją historii miasta ukrytej pod warstwami czasu.

 

Red.

Udostępnij na: