Ku 100-leciu diecezji Pińskiej
Rok 1939. Na świecie w roku 1939 sytuacja była niepewna. W stolicach państw częste spotkania dyplomatów, tajemne rozmowy…, częściowa mobilizacja (w Polsce 23-III), nie wróżyły pokoju. To jednak nikt ze zwykłych śmiertelników nic pewnego nie mógł powiedzieć. Ludzie zaś wierzący są optymistami. „Nie przemogą” Chrystusowe – pobudza do ufności w lepszą przyszłość, tym bardziej, że Kościół i ludzie uczciwi nie mają pragnień zaborczych, a szczęścia wszystkich dobrych i złych po ich nawróceniu.
Wśród społeczeństwa na Kijówce, zwłaszcza katolików, był duch dobry… Szkoda było przerywać pracę, której początek dał dobre rezultaty. Dlatego też w miesiącu maju rozpoczęły się na dobre przygotowania do budowy kościoła. Zaczęto od gromadzenia kamieni na fundament. Posłuszni parafianie na głos księdza zbierali zbyteczne im na podwórkach i ogrodach głazy i dostarczali na plac budowy. Tego jednak było zbyt mało. Znaleziono nowe źródła. Były to tereny kolejowe, na których pozostały fundamenty po domach, spalonych podczas ostatniej wówczas wojny (1914 – 1918). Dyrekcja kolei państwowych zgodziła się na ich zabranie, pod warunkiem, że teren ten zostanie zrównany, a zarząd kolejowy odpowiednio go zużytkuje. Wydobycie tych kamieni z ziemi stanowiło pewien problem. Nie wystarczała łopata. Trzeba było użyć młota, łomu i silnych zjednoczonych rąk do wydostania ich na powierzchnię ziemi. Przy tym, nikt do tej pracy nie śpieszył… Trzeba zdobyć ochotników… A kto da przykład, jak nie ksiądz proboszcz. Wszystko na jego głowie i nie tylko – i na barkach. Wspomniałem z wdzięcznością ś.p. swego ojca, że zachęcał mnie i uczył pracy. A obecnie Ojciec niebieski mu dopomaga.
Dalej więc, – od pierwszych dni wakacyjnych ksiądz w sutannie (nigdy jej nie zdejmowałem), z gołą głową brałem narzędzia na plecy, udawałem się na miejsce zmagania się z kamieniami. Tam rozpoczynałem pracę (ciężką) od modlitwy i odrzucałem ziemię od fundamentów, oczyszczałem je. Dzieci są najbardziej ciekawe. One pierwsze się zbliżają. Czynią to nieśmiało. Mają szacunek do księdza… Po nich przychodzi babcia, ktoś ze starszych mężczyzn (młodzi pracują)…
A co to ksiądz tu robi? Kopię. A po co?. Budujemy kościół.. Tutaj? Na razie tutaj. Patrzą zdziwieni… Ale to ciężko! A czy to nie ma ludzi, tylko ksiądz sam? Będą, odpowiadam ze spokojem… To ja pomogę. Proszę, mówie, nie przestając kopać. Juruś, przynieś mi łopatę. I babcia odrzuca ziemię z drugiej strony rowu… Dzieci przybywa co raz więcej… Fundament oczyszczony. Udaje się poruszyć kamienie…
Mniejsze się wyrzuca, lub się wytacza z pomocą dzieci, większe się zostawia dla starszych, którzy się zjawią po pracy, pod wieczór. Oni dokonają reszty… Koniec pracy o szarej godzinie wieczorem. Wynik – parę metrów kamieni. I tak prawie codziennie, dłużej , krócej, w zależności od zajęć parafialnych, których nigdy nie zaniedbałem.. W ten sposób dorywczy dobyto kamienie bezpłatnie.
Wkrótce je zwieziono na plac budowy i złożono w dużą stertę objętością 150 m (sześciennych). W tym samym czasie zwożono żwir za pieniądze od metra sześciennego. Przygotowania do budowy kościoła trwały. Podobnie i zainteresowanie ludności. Znalazł się jednak i pewien zgrzyt. Reprymenda na którą nie zasłużyłem… Pewnego wieczoru prosi mnie do telefonu p. B. Inżynier i nauczyciel technikum w Brześciu i z miejsca robi wymówki, że pozwoliłem sporządzić plan kościoła technikowi, a nie inżynierowi. Wyjaśniam mu, że powierzyłem te pracę temu, kto się zgłosił. Tym bardziej, że ten pan projektował już dwa kościoły w dekanacie… Przy tym, plan ten nam odpowiada i Ks. Biskup go przyjął, czekamy na zatwierdzenie rządowe.. To źle. Mówi p. B i jeżeli ksiądz nie odwoła tego planu, to spotka księdza nieszczęście. Przedstawiłem w jednej chwili całą grozę położenia. Jak to być może? Czyż można pozwolić na stratę czasu, zabiegów, 2000 złotych? I zwlokę w budowie przynajmniej 6-ciomiesięczną? Nie Tak być nie może. Pytam więc swego rozmówcę. Czy pan rozumie naszą sytuację i szkody na jakie pan nas naraża? Owszem odpowiada. Ale ksiądz będzie żałował ?? Na to mu. Przepraszam pana, że się ośmielę zapytać. Czy pan nie jest przypadkiem pijany? I słyszę głos. Nie. Ksiądz pożałuje. Ja już spokojnym głosem: – Boga tylko trzeba się bać. I położyłem słuchawkę. Za parę miesięcy spotkało nas wszystkich nieszczęście – wojna…
Przygotowania do budowy trwały… Plan kościoła, wyliczenia techniczne, władze państwowe zatwierdziły. Miejski wydział techniczny wyznaczył dokładnie miejsce przyszłej świątyni zgodnie z rozbudową miasta. Zreferowałem sprawę Ks. Biskupowi i poprosiłem go o przybycie i poświecenie kamienia węgielnego. Ks. Biskup przychylił się do prośby i wyznaczył dzień 31 lipca na tę niezwykłą uroczystość. Była to niedziela. W związku z tym konieczne były bliższe przygotowania. Ogłosiłem w kościele podczas nabożeństwa o decyzji ks. Biskupa i konieczności pomocy ze strony parafian. Rezultat okazał się pomyślny. Na drugi dzień zgłosiło się do pracy 120 osób z łopatami do kopania rowów pod fundament. Co naturalnie przyjąłem z radością i wyznaczyłem im odcinek pracy… poza kopaniem rowów były i inne zajęcia: wytyczenie dokładne szerokości i głębokości tych fundamentów, podnoszeni kamieni, rozbijanie tych kamieni na drobne, zbijanie desek na oszalowanie fundamentów, prostowanie prętów żelaznych i drutów zbrojeniowych….
Poświęcenie kamienia węgielnego kościoła jest aktem niezwykłym wydarzeniem historycznym… Świątynia bowiem stanowi żywe ognisko, skupiające tysiące ludzi, szerzącym kulturę ducha, miłość wśród ludzi, zgodę, pokój, dobrobyt i bezpieczeństwo. W kościele przecież mieści się tron niewidzialnego, lecz obecnego Króla Wszechmogącego, którego otaczają Duchy Niebieskie, głosząc należną Mu chwałę.
W celu upamiętnienia tego dnia sporządza się specjalny akt na pergaminie. Ten miał następującą treść: – Działo się dnia 31 lipca 1939 roku w wojewódzkim mieście Brześciu, na Przedmieściu Kijowskim, kiedy papieżem był Pius XII, Biskupem w Pińsku Ks. Kazimierz Bukraba, prezydentem Rzeczypospolitej Polski p. Ignacy Mościcki, a proboszczem i kierownikiem budowy ks. Wacław Piątkowski, w obecności licznie zebranych parafian został poświęcony i wmurowany przez Ks. Biskupa wyżej wymienionego Kazimierza Bukrabę, Ordynariusza diecezji Pińskiej, kamień węgielny pod wznoszony kościół. Podpisali: Ks. Biskup, ks. Proboszcz, Komitet kościelny i widniejsi parafianie. Akt ten włożono do rurki metalowej i podczas obrzędu poświęcenia Ks. Biskup umieścił w wydrążonym w kamieniu otworze i przykrył zaraz drugim kamieniem, który obmurowano i zalano betonem.
Na długo przed godz. 16-tą pobożny lud zgromadził się wokoło kaplicy w oczekiwaniu Ks. Biskupa. Skoro się zjawił spotkano go głośnymi wiwatami. Przywitałem go i pozdrowiłem bardzo serdecznie. Zaraz też uformowała się procesja: Krzyż, chorągwie, pod baldachimem J.E. Ordynariusz diecezji w szatach pontyfikalnych, kilku księży i mnóstwo ludu Bożego z pieśnią Serdeczna Matko – wyruszyło z kaplicy na miejsce poświęcenia. Po dokonaniu tego obrzędu Ks. Biskup w krótkich słowach podkreślił znaczenie świątyni i parafii dla życia religijnego, moralnego i społecznego ludzi, życząc pomocy Bożej w przestrzeganiu przykazań boskich i kościelnych, żywej wiary i miłości wzajemnej. Ze swej strony wyraziłem w serdecznych słowach głęboką wdzięczność Ks. Biskupowi za jego trud, podkreśliłem jego wspaniałomyślność w czynieniu dobra w ogóle…podziękowałem też wszystkim dobrej woli, którzy ze szczególną troską oddają się współpracy ze mną, jako z proboszczem w organizowaniu życia religijnego w parafii. Poprosiłem Ks. Biskupa o błogosławieństwo wszystkim parafianom w ich życiu z Bogiem.
Wśród przybyłych na Kijówkę z okazji tego obrzędu Ks. Biskup znalazł licznych dawnych znajomych, z którymi chętnie rozmawiał… Trwało to krótko, ponieważ się spieszył. Raczył jednak odwiedzić mieszkanie ks. Proboszcza obok kaplicy i na zbudowanej ad hoc werandzie przyjąć skromny posiłek wraz z duchownymi gośćmi.
W miesiącu sierpniu poza duszpasterstwem, które zawsze jest zajęciem aktualnym, pracowałem razem z innymi robotnikami przy budowie fundamentów, tzw. Zbrojonej (żelazem) ławy betonowej.
27 sierpnia udałem się do Kodnia na 3-dniowe rekolekcje roczne, do OO Oblatów. Następnego dnia skupienie rekolekcyjne przerwał telefon, a po nim glos księdza St. Ryżki, który poprosił mnie o delegację do udzielenia ślubu pewnemu zmobilizowanemu już młodzieńcowi, ponieważ już w dniu jutrzejszym ma się zjawić na punkcie zbornym, w miejscowych koszarach. Prośbie uczyniłem zadość, dowiadując się jednocześnie o wzmożonej mobilizacji i konsekwentnie o groźbie nadchodzącej wojny. W krótkiej modlitwie poleciłem sprawy osobiste, parafialne i całego świata opiece Bożej, postanowiłem rekolekcji nie przerywać. To bliskie niebezpieczeństwo stało się pobudką do głębszego wejrzenia w życie osobiste, serdeczniejszego żalu za grzechy i postanowienia wiernej służby Bogu w posłuszeństwie przełożonym – niezależnie od warunków w jakich by się nie znalazłem. Nad wszystkim górowała pewność w wszechmoc Bożą i ufność niezłomna w mądre rządy wszechwiedzącej Opatrzności. Trzeciego dnia wieczorem, po szczęśliwie zakończonych rekolekcjach udałem się do rodziców i pozostałem tam przez dzień 31 sierpnia, nie przewidując tak nagłego wybuchu wojny. Wyruszyłem z domu rodzinnego pod wieczór. Do Brześcia mam przybyć o godzinie 10 – ej. Wystarczy więc czasu na odpoczynek i na jutrzejsze nabożeństwo rozpoczęcia roku szkolnego. Niestety. Stało się inaczej. Najwidoczniej z powodu ostrego pogotowia w oddziałach wojskowych i na kolei pociągi zmieniły swój kurs. Niektóre nie weszły na tory stacyjne z obawy nalotów. Pociąg w którym się znajdowałem zatrzymywał się po kilka razy w różnych miejscach, to w lesie, to w pustym polu, na wiele godzin. Przy tym nie wolno było nikomu go opuścić… W ten sposób zamiast 3 godzin przebyłem w podróży 26.
Wojna się rozpoczęła 1-go września 1939 roku na zachodzie Polski. W Brześciu nie odczuwało się większej trwogi. Lecz tylko chwilowo. Tegoż samego dnia (2.IX) samoloty niemieckie zbombardowały koszary wojskowe, w których większość stanowili świeżo zmobilizowani żołnierze. Wśród poległych znalazł się Stefan Kałan, mieszkaniec i parafianin z Kijówki, który chętnie niósł pomoc przy budowie kościoła. Była to pierwsza ofiara wśród moich owieczek. Wieczny odpoczynek duszy jego. Pozostawił żonę i dwoje dzieci. Niech ich Bóg ma w Swej opiece.
Zajęcia w szkole odbywały się normalnie. Z linii frontu zachodniego nadchodziły wieści coraz smutniejsze. Atmosfera stawała się co dzień bardziej przygnębiająca. Ludzie szukali ukojenia w modlitwie… Księża nawoływali do pokuty, poprawy obyczajów, do ufności Bogu, Jego miłosierdziu i sprawiedliwości… Nawisła klęska… Ludzi ogarniał paniczny strach, zwłaszcza po wydarzeniach 9 września. W tym dniu pięknym i słonecznym , dokładnie o godz. 14-ej piekielny ryk samolotów przeraził mieszkańców Brześcia, a na śródmieście, tak ludne o tej porze, runęły ciężkie niszczące bomby. Był to pierwszy tego rodzaju nalot. Wybiegłem z domu, wołając. Co jest? Co się dzieje? Obejrzałem się dookoła po polu i otaczających ogrodach, cisza! Tylko od strony miasta (śródmieścia) rozpaczliwe głosy, krzyk, szum, wołanie o ratunek… Stan ten trwał dobrą chwilę… Ponieważ samolotów nie widać, a w powietrzu zapanowała cisza również, opanowany litością siadam na rower i udaję się na ratunek. Na ulicach Kijówki całkowity spokój. W śródmieściu panika, płacz i lament po poległych i rannych. Na ulicy 3-go Maja, jednej z głównych, kilka sklepów rozbitych. Moc ofiar. Wielu znajomych. Są to przeważnie młodzi, uczniowie ze szkół, dziewczęta, chłopcy, w różnych pozach, w nieładzie, w kurzu, w gruzach, w zdemolowanych do cna magazynach… Nie wszystkich zabitych można zidentyfikować… Rodziny ich zwłaszcza załamują ręce w rozpaczy. Inni przyjmują ze spokojem. Po chwili jednak wybuchają gniewem. Wołają o pomstę do Boga. Wygrażają wrogom za popełnioną zbrodnię… Mieszkanie Kuratora szkolnego rozbite. Bomba przebiła dwa piętra i dosięgła jego lokalu. On sam z rodziną ocalał w schronie. Kierownik Uranii zginął wraz z rodziną w swym mieszkaniu – do przygotowanego schronu nie zdążył uciec. Przy ul. Zygmuntowskiej inżynier wraz z 14 osobami wyskoczył naprędce do ogrodu i wszyscy zginęli od bomby. Jego samego nagły impet powietrza zarzuca na daszek niewysokiej drwalki, drugiego mężczyznę uderza o bliskie drzewo ogrodowe, lamie mu kości kręgosłupa i zabija.
Leży więc ten biedak skruszony z podciągniętymi nogami i ze skrzywioną głową… A w domu murowanym piętrowym o 10 – 15 metrów oddalonym od miejsca nieszczęśliwego wydarzenia staruszka 80 letnia babcia głuchawa – nietknięta – cała zdrowa. Podobnie dom nienaruszony. Można by zastosować przysłowie- „Człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi” . Z całej rodziny została staruszka, ażeby głosić zasadę ewangeliczną: Nie wiecie dnia ani godziny. Tutaj można dodać, ani minuty, ba nawet sekundy…. Przy ulicy Steckiewicza w rowie obszernym (schronie) zabitych kilka osób, leżą w różnych pozach. Poznaje ministranta z dużego kościoła… I w innych wielu miejscach trupy, trupy. Nie miałem już siły dłużej oglądać… Co chwila pozdrawiany imieniem Chrystusa zwłaszcza smutnych i zapłakanych, szukających pociechy u kapłana Bożego skierowałem się do plebani przy dużym kościele. Tam, dzięki Bogu (Najwyższemu) znalazłem wszystko w porządku, nietknięte. Nie minęła jednak trwoga i obawa przed powtórnym nalotem. Według pobieżnych obliczeń miało zginąć koło 500 osób cywilnych i kilku wojskowych. Takie to krwawe żniwo kilku minut nalotu samolotowego. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Z rozwojem techniki i różnych wynalazków stosowanych w produkcji broni zwiększa się też groźba niszczycielskiej wojny, a zwiększa śmiertelność ludzi, więcej łez, bólu i nieszczęść… Boże, daj opamiętanie wszystkim tym, którzy konflikty międzynarodowe, sporne, chcą rozstrzygać za pomocą zbrojnych najazdów na ziemie sąsiedzkie, zabijanie swych przeciwników. A człowiek potrzebuje tak mało, żyje tak krótko, jest tak nędzny i słaby, jednocześnie okrutny, że w swej pysze przyśpiesza sobie i innym koniec swego istnienia na ziemi. Boże daj im opamiętanie.
Pod wieczór poświęcałem ciała zabitych podczas bombardowania i składanych do wspólnego grobu na cmentarzu wybranym ad hoc na ziemi kościelnej w końcu ul. Jasnej. Niektórzy z krewnych i znajomych zabitych brali ich ciała do domu, a następnie grzebali je w grobach osobnych. W całym mieście smutek i żałoba po zabitych, do wroga zaś nienawiść.
Nazajutrz (10.IX.1939 r.) zostały odprawione nabożeństwa żałobne za dusze tych pomordowanych, a jednocześnie suplikacje do Boga o obronę przed podobną klęską w przyszłości. Wielu mieszkańców miasta wyruszyło na wschód, w stronę Kobrynia, Kowla… Powstał bowiem popłoch wśród ludności. Przewidywano również bitwę o Brześć, o twierdzę, która w pewnym stopniu zasłaniała i mogła powstrzymać wroga z zachodu w opanowaniu polskich ziem wschodnich. Kilku księży również udało się w tym kierunku (wschodnim). Pozostałem na miejscu. Jako proboszcz (bezpośredni pasterz tej parafii) zaofiarowałem siebie i wszystkich parafian możnemu wstawiennictwu u Boga Maryi Najświętszej. Ona bowiem pod wezwaniem Królowej Polski jest Patronką całej parafii szczególną. Jej łaskawości zawdzięczałem, że dotąd na tym terytorium nikt z parafian (i w ogóle) nie zginął. Nawet ze śródmieścia ludzie szukali schronienia na Kijówce przynajmniej na czas nocny. Ks. Jan Breczko zamieszkał na plebani u mnie, inni – Maryjo, ufam Tobie. Maryjo, ratuj nas. Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko….
13.IX. ukazały się samoloty zwiadowcze. Krążyły nad Kijówką: nad kaplicą, plebanią i dalej nad fortami… Wraz z ks. Piotrem Waszczeniukiem uważaliśmy za wskazane wyjść z domu i ukryć się gdzieś w polu. Biegliśmy więc pochyleni do ziemi w sąsiedni łan kartofli (co za naiwność?)… Do czego może pobudzić strach? Mówi się: strach ma długie nogi.. Troska o zachowanie życia… Załoga samolotu niewątpliwie zauważyła nas i zaraz posypały się kule. Dzięki jednak Bogu żadna nas nie trafiła. Wróciliśmy cało do plebani.
Niemcy wkraczają do Brześcia. 14 września 1939 r. O wschodzie słońca trzask i szum motorów obudził mnie ze snu. To Niemcy po dwóch i trzech przeważnie na motocyklach, zadowoleni i krzykliwi jadą od wschodu odważnie i śmiało. Zajmują miasto Brześć i okolicę. Każą oddać broń i zachować spokój. Na kartkach wielu domów w dzielnicy centralnej zapewniają, że oddziały niemieckie pozostaną niedługo i zostaną zamienione wkrótce przez armię czerwoną, bolszewicką. Ludność ogarnęło zdziwienie i niepokój. Daleka od polityki nie mogła rozwiązać tej zagadki? Z twierdzy dochodziły częste i gwałtowne odgłosy wystrzałów armatnich i karabinów maszynowych. To polska załoga wojskowa dawała znać o sobie. Po trzech dniach tej bohaterskiej walki, kiedy wszystkie środki obrony zostały wyczerpane, tej, okrytej sławą, grupie żołnierzy polskich, udało się drogą wodną ujść niewoli niemieckiej. Powoli sprawdzają się ogłoszenia niemieckiego. 18 września mówią wszyscy o przekroczeniu oddziałów armii czerwonej wschodniej granicy polskiej już 17 września i zdążającej na zachód. 19 września oddział niemiecki ewakuują Brześć. Trwa to i następne dwa dni.
22 września w południe wkracza do Brześcia bez żadnej przeszkody nieliczna armia sowiecka, jako straż przednia. Dopiero wieczorem, pod osłoną nocy, przybyły liczniejsze oddziały i tabory konne, słabo zaopatrzone.. Wszystko to miało wygląd nędzny i głodny. W powietrzu unosił się specyficzny zapach dziegciu od koni, wozów i ludzi. Podczas bitwy o twierdzę i następne dni na Kijówce panuje spokój. Znajomi przychodzą dowiedzieć się, co się dzieje z ich proboszczem? Inni, żeby być dalej od wystrzałów. Szukają bezpiecznego ukrycia. Gromadzą się w kościele. Modlą się stale. Uczestniczą we Mszy Św. Odmawiają Litanię do Matki Miłosiernego Chrystusa. Polecają się opiece Bożej. Zdają się na Jego wolę… Do serca wstępuje nadzieja…
Zarządzenie na czas wojny Ks. Biskupa Ordynariusza:
„Kazimierz ze zmiłowania Bożego i Stolicy Apostolskiej łaski, Biskup Piński JM księdzu Dziekanowi.. Pozdrowienie i błogosławieństwo w Panu.
Na czas działań wojennych niniejszym udzielamy JM Księdzu Dziekanowi na terenie powierzonego Jego pieczy dekanatu specjalnej jurysdykcji, jako Naszemu Wikariuszowi Generalnemu, w niżej wyszczególnionych wypadkach:
- Zlecenia czasowego (do decyzji Władzy Diecezjalnej) administrowania parafii opuszczonych przez właściwych Księży Proboszczów wskutek śmierci, powołania do wojska, usunięcia przez władze świeckie, lub podobnych. Wypadków.
- Czasowy Administrator, wyznaczony przez JM. Księdza dziekana, tym samym otrzymuje
jurysdykcję w powierzonej mu parafii.
- W razie gdyby JM Ksiądz Dziekan nie mógł znaleźć odpowiedniego jego zdaniem kapłana do powierzenia mu administracji opuszczonej parafii, sam obejmuje administrację tej
parafii z jurysdykcją proboszczowską.
- JW. JM. Ksiądz Dziekan niniejszym otrzymuje prawo – iusta de causa- udzielać dyspensy do głoszenia trzech zapowiedzi.
- W wypadku dłuższej (ponad miesiąc) niemożliwości skomunikowania się z Władzą Diecezjalną. JW.JM Ksiądz Dziekan ma prawo udzielać dyspens (stosując się do wymagań
Prawa Kanonicznego) od przeszkód pokrewieństwa trzeciego stopnia i powinowactwa drugiego stopnia.
- Udzielania jurysdykcji do słuchania spowiedzi i głoszenia słowa Bożego Kapłanom obcych diecezji, lub zakonnikom aprobowanym przez ich Ordynariuszów.
- Wszystkie czynności JW.JM Księdza Dziekana z mocy niniejszego zarządzenia winny być skrupulatnie odnotowane w specjalnej księdze w celu przedstawienia ich we właściwym czasie Władzy Diecezjalnej
- W wypadku konieczności wyjazdu lub niemożności wykonywania swoich obowiązków
przez JW.JM. Księdza dziekana, JM. Ksiądz Dziekan Sam wyznacza Swego zastępcę, powiadamiając o tym Władzę Diecezjalną i Księży kondekanalnych.
Dan w Pińsku, dnia 2 września 1939 r. L. 3012/39
Kazimierz – Biskup Piński. Bron. Kiełbasa, Prałat Kanclerz Kurii.”
20 marca 1941 r. otrzymałem depeszę od brata Karola. Wiadomość bardzo smutna – Nasz ukochany ojciec zmarł. Zbieram się szybko. Biorę rower. Jedę na dworzec, skąd pociągiem do Białegostoku i dalej 42 km do rodzinnej Jasionówki rowerem. Po drodze odprawiam Mszę Św. w Knyszynie, dzięki uprzejmości młodego Ks. Junga. Przed południem 21.III znajduje się przy śmiertelnych zwłokach ojca, któremu jestem winien tyle dobra, nauki, wychowania, przykładu… Nie mogę się powstrzymać od łez. Uspokajam się odmawiając godziny brewiarzowe tuż u trumny. Proszę Boga, jak może najgoręcej, z najgłębszą żarliwością serca o litość i zbawienie duszy sługi swego Jana, który był wiernym synem Kościoła, mężem żywej wiary, sprawiedliwym, uczciwym, pracowitym, uczynnym, usłużnym, ojcem pięciu synów i trzech córek. Głos jego wyróżniał się w kościele, którego w niedziele i święta nigdy nie opuszczał. A w domu śpiewał z rodziną godzinki i różaniec. Nikt chyba w okolicy nie znał tyle pieśni religijnych, ile on.
Po modlitwie doznaję ulgi… Potęguje się działalność Serca Bożego… Przecież to Bóg wzywa człowieka do Siebie, do szczęścia i radości wiecznie trwałej… I nikt nie zechce wracać na ziemię, na ten padół często nędzy, cierpień i płaczu…
W drugim pokoju chora matka. Wzrok jej mętny. Na pytania nie reaguje. Nieprzytomna…. Doktor się zjawił, dał zastrzyk i odszedł bez słowa… Nie czyniąc nadziei na wyzdrowienie…
Nie tracę ufności w pomoc Bożą, klękam przy łożu chorej wraz z rodzeństwem i modlimy się nie za konającą, lecz o jej zdrowie. Na wieść o przybyciu księdza na pogrzeb ojca zbierają się krewni, sąsiedzi, bliscy i wszyscy życzliwi, witają mnie i jak kto potrafi wyrażają współczucie, słowa pociechy i ukojenia w Bogu. Modlitwy ustne przeplatane śpiewem trwają dzień i noc całą przy zwłokach zmarłego… Nazajutrz w kościele nabożeństwo żałobne odprawiam w obecności ks. C. Łozowskiego miejscowego proboszcza. Lud wierny wypełnia nawę po brzegi. Podczas konduktu na cmentarz i składania do grobu nie obyło się bez łez i martwego smutku. Po zmarłym ś.p. Janie płakały jego dzieci, płakali krewni i obecni na pogrzebie. Odszedł bowiem z ziemi człowiek prawy, który spieszył z pomocą wszystkim w potrzebie. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…
Jest ludowe przysłowie: – bieda (cierpienie) chodzi w parze, podobnie w naszym wypadku. Osierocona rodzina Piątkowskich wraca z cmentarza do domu i pogrążona w smutku po stracie ojca, myśli – Co się dzieje z matką? Ostrożnie zbliżają się wszyscy do łóżka … Mama o dziwo, otwiera oczy, poznaje dzieci i pyta: „Gdzie ojciec?” A dzieci, żeby nagłym wyznaniem nie utracić matki, spoglądając badawczo na siebie, namyślają się, co mają powiedzieć? Jak się zachować?… Pytają ostrożnie: – Mama nie widziała ludzi, nie słyszała śpiewów?… Powoli matka dowiaduje się całej prawdy… Ciężko jej było przenieść to wyznanie dzieci. A może sama nie chciała pogłębiać ich smutku? Wyrzekła tylko, zdobywając się na spokój – wola Boża. Niech z Bogiem spoczywa. I w dalszym ciągu przytomna wypytywała się o różne rzeczy, jakby zmartwychwstała. Prędko wracała do zdrowia.
Po dwóch dniach pobytu w domu rodzinnym wraz z rodzeństwem wdzięczny Bogu, że zostawia im rodzicielkę, która ich jednoczy, wracałem tą samą drogą do domu (do Brześcia). Rodzice moje żyli ze sobą po ślubie (naturalnie) 52 lata i 45 dni. Ojciec zmarł w wieku lat 79 –ciu.
Po szczęśliwym przybyciu angażuję się całkowicie do pracy duszpasterskiej. Jest przecież Post Wielki. Ludzie pragną słowa Bożego. Organizują się rekolekcje przygotowawcze do spowiedzi paschalnej w parafiach. Frekwencja jest wysoka. Księży zaś mało. Długie pracowite godziny w konfesjonale.
Uroczystości Wielkanocne. Zadziwiająco radosne święto zmartwychwstania Chrystusa pana. Największym nawet pesymistom świta nadzieja, rozwesela serca i dodaje ducha. Niektóre rodziny pogrążone w smutku. Chociaż wojna już dawno się skończyła, nie wrócili jednak ich synowie, czy ojcowie… Staram się je pocieszyć. Obiecuję im wiele rozlicznych łask i darów Bożych w zamian za nieobecność ich najbliższych i najdroższych sercu osób. Kościół cały modli się za wszystkich ludzi, żeby tworzyli jedno w miłości i pomagali sobie nawzajem, albowiem jeden jest Bóg, Ojciec nasz. Bóg miłości, zgody i pokoju. Czym my okażemy pomoc bliźnim – obcym nam, to samo a i więcej otrzymają nasi na obczyźnie.
Wiosna. Kwiecień. Maj. Natura się ożywia. W ogrodach, na polu wyrasta trawka. Sady, a w nich drzewka się rozwijają, kwitną. W tej zieleni, z dala od siedzib ludzkich, stoi kościółek, podobny do arki na pustyni: nawołujący wszystkich do uczciwego życia, wskazujący drogę do Nieba. W nim codzienne nabożeństwa, rano Msza Św., wieczorem w maju na cześć Maryi Panny, Matki Jezusowej rozbrzmiewa szeroko i radośnie litania loretańska. Lud gromadnie zebrany poleca się opiece Maryi, swej Orędowniczki u Boga. A w czerwcu – wynagradza Sercu Jezusowemu za grzechy własne i braci swych bliźnich. Też bardzo lubię śpiewać te pobożne utwory na zmianę z ludem. Tak one są piękne, tak wzniosłe i rzewne, melodia tak bardzo ujmująca, że serce się rozpływa w radości i oddaje się Bogu. Inaczej być nie może. Przecież to, jak wszystko na świecie, jest dziełem Bożym…
Tę ciszę, pokój ludzi zwykłych przerwał grom wojny w niedzielę – 22 czerwca 1941 roku. Któż z prostych śmiertelników, nie wtajemniczonych w sprawy dyplomatyczne, mógłby jej się spodziewać? A jednak fakt… Kanonada. Atak armii hitlerowskiej… Brześć nad Bugiem – miasto graniczne… Noc, zaledwie świt na dworze. Przecieram oczy. Budzą mnie jakieś huki, zrywy.. Sądzę, że to grzmoty. Słuch jednak po krótkiej chwili konstatuje różnicę i stwierdza, że są to wybuchy armatnie, a kierunek – zachód. Zrywam się z pościeli w obawie przed pożarem, co mnie zawsze przerażało, narzucam na siebie płaszcz i przez stołowy pokoik wpadam do kuchni w chwili, kiedy na ul. Polnej rozrywa się pocisk, wzbijając do góry kilkumetrowy słup kurzu. Prze pole biegnie niewiasta z dzieckiem na ręku, trzymając za rączkę drugie, biegnące obok… Tuż, obok domu mijają w pośpiechu oficer i żołnierz sowiecki, obaj bez broni… Wojna więc, a z nią ogrom nieszczęść…
Trzykrotnie stukam do drzwi gospodyni, którą jakby przez sen pyta. Czy to grzmoty, burza? Ja ze swej strony. Proszę się nie bać, lecz wstawać, ubierać się, to wojna… A drogą przez pole, biegną ludzie w stronę kościółka i plebani… Ubieram się w pośpiechu, udaję się do kościoła, ażeby zabezpieczyć Najświętszy sakrament przed profanacją złych ludzi, czy pożar, o co w tych warunkach (wojny) nietrudno. Rozdzielam Hostie Najświętsze zebranym wiernym, a puszkę puryfikuję. Ludzi przybywa więcej i więcej. Nie na próżno Matka Najświętsza obrała to miejsce na swoją stolicę. Teraz ci strwożeni i przestraszeni biegną pod Jej płaszcz opiekuńczy. Ona ich uspokoi, ochroni, doda im ducha, odwagi… po odmówieniu wspólnym litanii loretańskiej udają się wszyscy do dołów na fundamencie przyszłego kościoła. Tutaj są zabezpieczeni przynajmniej od kul naziemnych. Wkrótce huk armat ustaje. Krążą samoloty, nie czyniąc szkody. Ludzie z miast pojedynczo i grupami biegną na wschód…Wśród ukrywających słyszy się: – chłodno. To znak odprężenia nerwowego. Strach mija, a z nim – niebezpieczeństwo. Czy tak?… Idę do domu (kilkanaście kroków)… Czuję zmęczenie. Rzucam materac na podłogę w środkowym pokoiku… Zamykam oczy. Snu jednak nie ma. Wstaję. Bierzę brewiarz. Odmawiam oficjum dnia…
Godzina 5-ta najdłuższego dnia w roku. W zbożu na polu ukazują się sylwetki ludzkie… To żołnierze niemieccy w tyralierze przeszukują teren. Jeden z nich zbliża się do ogrodu, uderza nogą w sztachetę ogrodzenia i przez otwór wchodzi na podwórko w pełnym uzbrojeniu – w hełmie, z karabinem i z granatem w ręku. Już stuka mocno do drzwi. Otwieram mu w sutannie i słyszę w języku niemieckim” „Broń jest?” Odpowiadam mu również po niemiecku „Jestem księdzem katolickim, nie mam broni”. Żołnierz wchodzi do wewnątrz mieszkania, ogląda wszystkie kąty i bez słowa wychodzi przez tylne drzwi.. Pierwsza to, przykra wizyta bez większych wstrząsów.
O godzinie 6-ej przybywa duży oddział żołnierzy. Dzieli się na małe grupy i okopuje się natychmiast (w pośpiechu) tuż za naszym domem. Tworzy się linia obronna. Obiektem obstrzału ze strony wroga może być nasz kościół i plebania. Przeszkodzić temu nikt z mieszkańców nie potrafi. Idę do kościoła, a w nim dookoła zebrani parafianie, których jest mniej niż zwykle, ze względu na niebezpieczny czas. Odmawiają wszyscy litanię do Matki Boskiej i decydują się odprawić Mszę Św. Przecież to niedziela… i tak, pod okiem Bożej Opatrzności wierni nie tylko uczestniczyli we Mszy Św…, ale też śpiewali Suplikacje zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Mieszkańcy Kijówki sąsiadujący z kościołem i plebanią uspokoili się zupełnie, kiedy pod wieczór oddział wojskowy zwinął „chorągiewkę” i odszedł dalej na wschód. W ciągu kilkunastu godzin bitwa, rzec można bezkrwawa, o Brześć się zakończyła. Na Kijówce nie było ofiar. Opieka to Matki Najświętszej, Królowej Polski. W kilka dni później zostali zastrzeleni dwaj synowie strażnika III fortu (1 km od kościoła), ponieważ szli w nocy (jakoby nietrzeźwi), po godzinie policyjnej i na wezwanie warty wojskowej się nie zatrzymali. Rodzice ich pochowali tego samego dnia w szafie na cmentarzu.
Władze wojskowe niemieckie podczas działań wojennych zabroniły zupełnie dzwonić. Później, po zorganizowaniu urzędów w mieście władze cywilne zezwoliły na dzwonienie w godzinach oznaczonych na nabożeństwa. Uważano bowiem, że głos dzwonów jest pobudką do alarmu. W kazaniach zabroniono poruszać tematy związane z hitleryzmem i komunizmem. Co oznaczało – dalej od polityki. W rządach diecezją, w administracji kościelnej, w duszpasterstwie, w nabożeństwach wszelkiego rodzaju, w udzielaniu Sakramentów Św. W kościele czy w domach prywatnych, zostawiono całkowitą swobodę. Przy udzielaniu ślubu narzeczonym, należy wymagać okazania świadectwa lekarskiego o zdrowiu narzeczonych. Wolno przeprowadzać remonty kościołów z zewnątrz i wewnątrz, budować nowe plebanie, budynki użytkowe według potrzeby i uznania. Podatki od dochodów duchowieństwa były minimalne, proces załatwiania nadzwyczaj prosty. Sam czy organista sporządzałem w kancelarii kościelnej miesięczny wykaz dochodów i sam zanosiłem do kasy miejskiej, czy gminnej, gdzie zwykły kasjer, zgodnie z ustawą państwową, pobierał nieznaczny procent.
Kościoły, zwłaszcza w miastach, w niedziele i święta, były pełne ludu wiernego Bogu, rozmodlonego, rozśpiewanego, podobnie, jak w czasach przedwojennych. Modlili się wierzący cywilni i wojskowi. Konfesjonały były oblężone. Spowiadali się penitenci w różnych językach europejskich, zwłaszcza w miastach. Podobnie nabożeństwa odprawiały się dla różnych grup językowych. W kościele brzeskim Podwyższenia Krzyża Św. w niedziele i święta były Msze Św. o godz. 6, 8, 9, 10, 11 i 13. W kościele na Kijowskim Przedmieściu odprawiałem dla swoich parafian o godz. 9 i 11 z wysoką frekwencja wiernych. Skupienie ludności w miastach miało swą dalszą przyczynę, mianowicie: wojna się przedłużała. Rósł opór Niemcom wśród okupowanej ludności. Opór ten wkrótce zorganizował się w zbrojne oddzia-
ły partyzanckie, które napadały na posterunki wojskowe, transporty kolejowe i drogowe, niszczyły mosty, tory kolejowe, różne obiekty wojenne… wyrządzając w ten sposób Niemcom wielkie szkody. Niemcy partyzantów ścigali i niemiłosiernie tępili, ba, nawet tych, którzy partyzantom sprzyjali.
Rok szkolny 1941 rozpoczęto normalnie w miesiącu wrześniu. Księża uczyli w szkole we wszystkich klasach, trwało to jednak krótko – dwa miesiące. W okresie Bożego narodzenia księża normalnie odwiedzali parafian – kolędowali.
W 1942 r. wraz z parafianami wybudowałem małą (proporcjonalnie do kościoła) zakrystię. Służyła ona na przechowywanie szat i sprzętu liturgicznego…. Miałem wiele zmartwień i smutków w związku z licznymi ofiarami wywożonych i kaźnionych parafian. Dołączyła się sprawa cmentarza. Niemcy bowiem w związku z poszerzaniem terenu kolejowych warsztatów wagonowych, zażądali usunięcia i przeniesienia zwłok umarłych na inne miejsce wraz z pomnikami. Pertraktacje z odpowiednimi władzami wojskowymi i cywilnymi miasta nie dały rezultatów. Pozostały skargi osób zainteresowanych (rodzin zmarłych) i ich żale, których bezradnie zmuszony byłem wysłuchiwać, oraz pocieszać w ich smutku.
W roku 1943 pomnożyły się straty w Kościele naszego terytorium. Wojna się przedłużała. Ruch partyzancki się szerzył. Niemcy postanowili temu przeciwdziałać. Stąd coraz częstsze i liczniejsze aresztowania wśród ludności cywilnej. W Kobryniu stracono księży: Jana Wolskiego i Władysława Grobelnego za okazywaną pomoc żydom. Ksiądz Wł. Grobelny okazał moc ducha – podczas działań wojennych znalazł się na terytorium centralnej Polski i czuł się tam bezpiecznie. Wrócił jednak do Brześcia na swe stanowisko wikariusza. Ponieważ ks. J. Wolski, dziekan kobryński, potrzebował pomocy w pracy duszpasterskiej – ks. Władysław na polecenie władzy duchownej, bez słowa sprzeciwu udał się na miejsce swej nowej pracy i zginął na stanowisku gorliwego kapłana. Następcą ich w dziale duszpasterskim został ks. Józef Horodeński, były prefekt szkolny w Brześciu. W Pińsku 21-23 stycznia tegoż roku 1943 został aresztowany i stracony w Janowie k. Pińska ks. Prałat Witold Iwicki wraz z 29 osobami świeckimi jako „zakładnik” i pogrzebany tam we wspólnym grobie. Jego miejsce, jako rządcę diecezji zajął ks. Prałat Henryk Humnicki. Według nie potwierdzonych na piśmie danych – Księdzu Iwickiemu zaproponowano wolność i powrót do domu. On jednak miał odpowiedzieć – proszę zwolnić tego, który jest obarczony rodziną. I poległ z innymi. W Brześciu 7 lutego 1943 roku aresztowano Ks. Jana Urbanowicza i Ks. Stanisława Nowaka i w Małorycie ks. Bolesława Kamińskiego. Na zastępstwo do Domaczewa udał się z Brześcia ks. Kan. Jan Breczko. W kościele św. Krzyża w Brześciu został ks. Franciszek Jankowski, któremu w razie koniecznej potrzeby pomagałem w pracy. Wkrótce – 10 kwietnia przybył ze stałą pomocą jako wikariusz nowo wyświęcony ks. Jerzy Rosiak.
W międzyczasie otrzymałem pismo od Rządcy diecezji z Pińska, ks. Prałata Humnickiego, który mianował mnie proboszczem parafii Podwyższenia Krzyża Św. w Brześciu i zastępcą ks. Dziekana brzeskiego (czasowo). Pismo to otrzymałem dopiero 5 marca 1943 r. Jednocześnie z nominacją Ks. Prałat H. Humnicki przysłał list na pół oficjalny treści następującej:
„Szanowny i kochany Księże Proboszczu.
Przesyłając Księdzu nominację na czasowo pełniącego obowiązki Proboszcza i dziekana Brzeskiego, proszę uprzejmie przyjąć na siebie ten ciężar, pozostając proboszczem jednocześnie na Kijowskim. Sądzę, że ksiądz Doktor nie odmówi mi tego na mocy dawnej naszej znajomości, a tym bardziej, że to prawdopodobnie będzie czasowo, bo X. Urb. Mogą zwolnić to raz, a po wtóre, może Ordynariusz inaczej zarządzić i przysłać specjalnie księdza, jako Dziekana i Proboszcza na parafię Podwyższenia św. Krzyża. Wiem, że ta placówka bardzo odpowiedzialna i nie każdy chciałby ją przyjąć. Gdyby był ksiądz Kanonik Breczko, to zwróciłbym się do niego z prośbą o objęcie stanowiska. Dlatego, by księdzu Proboszczowi łatwiej było wywiązać się z zadania obsługi dwóch parafii udzielam Księdzu Doktorowi (na mocy dyspensy Stolicy Apostolskiej) prawa odprawiania trzech Mszy Św. w niedziele i święta de praecepto, jak również tego samego prawa udzielam Jego pomocnikowi, którego Ksiądz sobie obierze. Informację o X.Urbanowiczu otrzymałem od X. Jankowskiego, któremu jednocześnie z niniejszym pismem odpisuje, informując Go o naszej decyzji czasowej. Proszę Księdza dziekana o łaskawe informacje, co się dzieje w dekanacie i o księży nazwiska. Prawdopodobnie, łatwiej jest z Brześcia skomunikować się z Bielskimi Dziekanami, prosiłbym tedy Księdza Doktora o przesłanie im listów, które przy niniejszym dołączam. Wszystkie zarządzenia swego Poprzednika potwierdzam. Polecając Kochanego Księdza opiece Matki najświętszej, proszę o pamięć i modlitwę, serdeczny przesyłając uścisk braterski sługa oddany.
Ks. H. Humnicki, Wikariusz Generalny. Pińsk, dn. 12.II.1943 r.”.
Jeden z kolegów najbliższych okazał niezadowolenie, że ja zatrzymując jedną parafię dawną obejmuje nową. Co w warunkach normalnych się nie zdarza. Uważałem za stosowne, a nawet wskazane pod względem spokoju i pewności zwrócić się z zapytaniem do Księdza Prałata. Starałem się uczynić to w sposób najbardziej delikatny, czy nie zaszła pomyłka. I otrzymałem odpowiedź: że decyzja zapadła po głębokim namyśle jego i najbliższych doradców. Zawsze ceniłem wysoko wolę przełożonych, oni wyrażali wolę Bożą. Należało jednak koniecznie dowiedzieć się o stanowisku starszego kapłana i kanonika w tej sprawie. Czy mianowicie on sam nie zechce być dziekanem brzeskim? Niezwłocznie więc udałem się do Domaczewa (47km) rowerem do ks. Kan. Breczki, który po wysłuchaniu celu odwiedzin, odmówił stanowczo powrotu do Brześcia i stanowiska dziekana. Uważał bowiem pobyt na wsi za bardziej bezpieczny niż w mieście. Podobna odpowiedź dał i ks. Kanonik Lucjan Żołądkowski w Beliszczu, były dziekan brzeski, i mówiąc – nie mam zamiaru wracać do miasta. Po tego rodzaju próbach nie śmiałem domagać się żadnych zmian w decyzji przełożonych i przyjąłem stanowisko dziekana brzeskiego.
Ze względu na napływ wojsk węgierskich i włoskich z wschodniego frontu kościół w śródmieściu w niedziele i święta był przepełniony. Msze Św. w godzinach rannych jedna po drugiej się odprawiały. Dla ułatwienia wejścia i wyjścia z kościoła zrobiono osobne dodatkowe drzwi w ścianie bocznej i dębowe w głównym wejściu.
Papież Pius XI kiedy w roku 1933 odradzano mu przyjęcia Mussoliniego i rozmowy z nim w sprawie zaprzestania wrogich wystąpień faszystów przeciw Akcji Katolickiej we Włoszech, odpowiedział: – Gotów jestem pertraktować z największym wrogiem tam, gdzie chodzi o dusze ludzkie. Przyjął. Rozmawiał i wroga akcja faszystów przeciw organizacjom katolickim ustala.
W Brześciu i nie tylko, a i dalej chodziło o życie kapłanów i o dusze ludzkie pozbawione usługi duchownej. Tym bardziej teraz jako dziekan, po krótkiej modlitwie do Boskiej Opatrzności udałem się śmiało do specjalnego urzędu niemieckiego z prośbą o uwolnienie aresztowanych kapłanów, że przecież, nie walczyli przeciw władzy niemieckiej, a są bardzo potrzebni do pracy w kościele. Niemiec odpowiedział, że nie wszystko jest księdzu wiadome, oraz, że w ciągu miesiąca sprawa ich zostanie zakończona. Dość grzecznie i ze spokojem pożegnał księdza. A mogło być gorzej … (w dniu bowiem 24 czerwca 1941 roku spotkali mnie na ulicy Steckiewicza, ubliżali mi, zrzucając mi kapelusz z głowy. W chwili jednak krytycznej znalazł się ktoś z nich rozumniejszych i obronił księdza).
W końcu listopada poczułem w sobie gorące pragnienie, jakby mocny głos wewnętrzny, ujrzenia matki. Przepustkę otrzymałem z trudnością. Zaraz też pośpieszyłem w drogę. Matki, tak przeze mnie kochanej, już nie zastałem. Zmarła 20.XI. Modliłem się żarliwie i długo w kościele i nad mogiłą jej, ojca i krewnych na cmentarzu. Spotkała mnie też radość w domu rodzinnym na widok półrocznego bratanka, Arkadiusza, który się do mnie uśmiechnął. Pozostał mi miły obowiązek częstej pamięci o zmarłych rodzicach w modlitwach codziennych i gorliwości w służbie Bożej…
W Brześciu stawało się coraz ciaśniej nie tylko w kościele, gdzie udzielano Sakramentów Świętych, rzec można, dzień i noc, a i na ulicy. Była to bowiem baza przegrupowania i zaopatrywania oddziałów wojskowych przybywających z zachodu i ze wschodu. Ogromny szpital dla rannych. Baraki budowane naprędce dla uciekinierów (uchodźców) a terenów objętych wojną, oraz z Ukrainy i Wołynia zagrożonych przez watahy uzbrojonych w siekiery i noże mołojców dotąd spokojnie żyjących rodzin polskich. Wśród niech znalazło się czterech księży z diecezji Łuckiej, z których jeden zamieszkał na plebani, a drugi prywatnie przy ul. Zygmuntowskiej i dwóch z diecezji: pińskiej ze Stolina i Popiny. Ci czasowo pozostali na plebani. Wszyscy pokrzywdzeni „losem” szukali oparcia i poparcia w kościele, w duchowieństwie, które w miarę możności starało się wszystkich zadowolić: wesprzeć materialnie i podnieść na duchu.. Kościół przecież, który z polecenia Chrystusa naucza wszystkich wzajemnej miłości, pokoju i zgody, oraz otrzymał od Niego wielkie i czułe serce, boleje nad wszelką nędzą i niesprawiedliwością. I w tych, tak bardzo smutnych czasach, mocno przeżywał. Przepraszał Boga za wyrządzone Mu zniewagi i nawoływał powaśnione strony do zgody….
Lotnictwo sowieckie od czasu do czasu bombarduje miasto otwarte, czyniąc niemałe szkody… Spośród wielu notują się dwa charakterystyczne wypadki: Bomba trafia przy ulicy Dąbrowskiego w dwupokojowe mieszkanie. Dorosly syn zostaje zabity, a matka staruszka tuż za przepierzeniem (cienka ścianka) nie tknieta. W drugim wypadku, który stal się głośnym, bomba trafia w niewielki domek, w okolicy ul. Sobieskiego, gdzie na tapczanie leżały śmiertelne zwłoki staruszki – babci, a obok w tej chwili krytycznej znajdowali się: syn zmarłej i lokator. Obaj zostają zabici i dom się spala. Stało się to w noc na 1-go Maja, w którym miał się odbyć pogrzeb zmarłej, zamówiony w przeddzień. Odbył się w dniu następnym. W trumience znalazły się zebrane kości trojga zmarłych.
W jednym z nalotów tego czasu kilkakrotnie rzucono bomby na kościół… poleciały na dół z okien szyby wraz z ramami, posypał się tynk i cegły ze ściany i narożnika od południa… Ludzie, oglądając wyrządzone szkody na kościele – kiwali głowami i zapytywali: Jak myślicie, nie z rozmysłem bombardują naszą świątynię? Ewakuacja niemiecka rozpoczęła się w miesiącu czerwcu 1944 roku. Po klęsce poniesionej na wschodzie armia niemiecka cofa się pospiesznie na zachód. Niemcy zabierają ze sobą co tylko mogą, zwłaszcza to co może służyć wrogowi do prowadzenia dalszej wojny. A więc: mężczyzn w sile wieku szczególnie podejrzanych o działalność wywrotową, bydło, konie, zboże… Wysadzają w powietrze zwrotnice kolejowe, tabor kolejowy, którego wywieźć nie potrafią… W Brześciu i okolicy słychać wybuchy, widać zwłaszcza w nocy łuny od pożarów. Słowem trwoga, panika, narzekania i skargi…. A co będzie, kiedy front się zbliży? A działania wojenne będą w samym mieście??? Na horyzoncie gromadzą się ciemne nie przeniknione chmury.
One to grożą niebezpieczeństwo śmierci, utratą mienia, niewolą… Więc ludzie cisną się całymi grupami do kapłanów, proszą o radę, co mają czynić? Może lepiej opuścić miasto? Może w ogóle wyjechać na zachód?… Kapłani nawołują do rozwagi, zastanowienia się, do modlitwy… W kościołach odprawiają się nabożeństwa do Ducha Świętego o światło dla wszystkich wiernych i kapłanów. Ludzie garną się do konfesjonałów z żalem głębokim wyznają swe winy, prosząc Boga o dalszą opiekę…
Wydarzenie, które mogło się skończyć śmiercią ks. Proboszcza. Żołnierze niemieccy nie tracą ducha, marzą o zwycięstwie. Dowództwo ich myśli o obronie…
W tym celu tu i ówdzie kopia rowy, okopy, tworzą zasieki z drutu, w celu powstrzymania naporu nieprzyjaciela. Pewnego dnia, zbliżając się do kościoła Podwyższenia Św. Krzyża znalazłem żołnierzy niemieckich, było ich ośmiu, którzy dużymi łopatami brali ziemię przy fundamentach kościoła i rzucali ją na dach przyszłej kaplicy pogrzebowej (zbudowanej za prezbiterium jeszcze w sierpniu 1939 roku w związku z rozbudową kościoła), chcąc urządzić z niej bunkier czy zwykły schron na czas frontowej pozycji. Jako opiekun i stróż parafii i wszelkiej jej nieruchomości, podszedłem do nich i zwróciłem im uwagę, że ich praca osłabia fundamenty gmachu kościelnego. Cóż będzie, jeżeli kościół runie? Może nawet powiedziałem jakieś słowo nie właściwe (w języku niemieckim nie był mocny), które pobudziło ich do gniewu, nie tylko pracy swej zgubnej nie przerwali, a nawet zaczęli mnie urągać.
Cóż robić? Sprawa otwarta… Pozostawić jej w tym stanie nie można… Jestem niespokojny… Różne myśli krążą po głowie.. Decyduję się bronić kościoła. Słyszałem o żandarmerii polowej (przyfrontowej)… Posterunek był blisko. Zwracam się do dyżurnego, prosząc o interwencję. Żandarm za swej strony idzie do komendanta… Spoza ściany słychać koniec rozmowy: Idź, załatwiaj wszystko rzeczowo i spokojnie. Żandarm bierze na ramie krótki karabin i wychodzi razem ze mną. Jest w sutannie. Idziemy obok siebie miejską ulicą na przestrzeni koło 200 metrów. Przechodnie ustępują z drogi. Nie ma ich wielu. Niektórzy się kłaniają. Ktoś z nich się obejrzy, inny zawraca i idzie z daleka. Przed kościołem jest już kilka osób. Ciekawi, a może chcą być gotowi do okazania pomocy w razie potrzeby… Wreszcie, ja i żandarm znajdują się nad głębokim dołem. Żołnierze nie zaprzestali swej pracy. Rzucają ziemię w dalszym ciągu na schron. Żandarm przywitał ich po swojemu i wyjawił cel swego przybycia. Oni zaś jednogłośnie: – Ksiądz nas obraził… On wtedy do nich: – Uspokójcie się… Przedstawcie sprawę… jak było? W tym czasie cofnąłem się o kilka kroków. Niemcy prowadzili dalej rozmowę półgłosem. W końcu żandarm pożegnał żołnierzy – po swojemu i zwracając się do mnie, powiedział – Proszę iść ze mną. Kiedy znaleźliśmy się w bramie ogrodzenia cmentarnego, żandarm ze spokojem w głosie powiedział znowu: Proszę się nie bać, inżynier zapewnił, że kościołowi nic nie grozi. A oni zaraz przestaną brać ziemię stamtąd. I już bez pośpiechu, odszedł. Odszedł też i ja do kościoła. A rozważając przebieg sprawy, zdaje się malej wagi, odetchnąłem z ulgą i podziękowałem miłosiernemu Bogu za jej pokojowy rezultat, polecając się w dalszym ciągu opiece Matki Najświętszej.
Fragment wspomnień ks. Wacława Piątkowskiego