Zapraszamy Czytelników do lektury niezwykle interesującego, dziś już archiwalnego tekstu o łosiach – majestatycznych mieszkańcach puszczy, od wieków budzących podziw, respekt i wyobraźnię ludzi Kresów. Publikowany w „Światłowidzie” nr 12 z 1932 roku artykuł jest nie tylko przyrodniczą opowieścią o życiu tych zwierząt, ale także barwnym świadectwem dawnego języka, stylu i sposobu patrzenia na świat natury.
Nie było się śniło jeszcze polom szerokim, bielą śniegów pokrytym o wiśnie, a już gadki tajemne wstrząsały lozami pobrzeżnemu, targając je dziwnym dreszczem oczekiwania.
Już ci w godziny południowe, słońcem przedwiośnia brzemienne, pełne były jakiejś lubej prężności czynu, a ciepłe podmuchy wiatrów, jeziora głaszczące, o cudzie odrodzenia szeptały.
Nieświadoma przyziemnych i marnych trosk ludzkich, puszcza, zew ten dziwny, a rozkoszny chłonęła w siebie, lukami, wśród konarów, czeluściami wyrębów i łysinami haliżu.
– Idzie, już idzie – szeptały gałęzie, powtarzając wieść radosną napuszonym kitom sośniny…
– Idzie już, idzie wiosna.
Zbudzona ze snu białego, z pod puchowiny śniegu wyjrzała śniegutka, białym łebkiem w niebo spoglądając, a wypatrując, co też tam gawędzą dzikie maliny, bachiczny kochanek knieji – głuszec zwolna przyozdabiał pierś śpiewną, w błękit królewskich orderów upierzenia i tłumił tęsknotę miłosną, o której zaśpiewać miał w czasie toków.
Łosie ruszyły już z zimowych leż…
To znak niechybny przedwiośnia.
Zbite w luźno sunące gromady, ruszyły, jesienią w kierunku północy, ulegając nigdy nieomylnemu nakazowi instynktu…. na leża zimowe i zaciszne, w kierunku Gudełek i Kiernowa.
Łosie sędziwe łopatami, o wieloletnim rozgałęzieniu, łosze – matki przyszłe, a w czasie rykowisk pożądane kochanice.
Ruszyły.
Nieomylny znak wiosny idącej.
Parami lub po kilka sztuk w stadzie, śmigając brunatnymi kłębami, między konary i podszycia, brutalnie trzaskając łom i podszycie borów.
Ruszyły w głąb kniei. Ziściła się przemiana zda się zjawa senna o młodej ziemi, sen o tundrze z epoki lodowcowej między dzisiejszym Wiedniem a Sztokholmem, połać Europy zalegającej. Kartka fantasmagoryczna z paleontologji, ożywiona i wczarowana w kresową knieję.
Łoś.
To nie jeleń, paź z dworu Ludwika XIV, elegant i charmeur, wieńcami rogów pawimenta puszczy zamiatający, to zwierz potężny, w masie ogromny, niesamowity, ze łbem na nosie garbatym dźwigający potężną koronę łopat rogów.
To mocarz kniei, to pan feudalny.
Nie znający czem jest odległość i przestrzeń, bez zmęczenia śmigający białemi „portkami” przez bagna i rojsty, to heros odważny, szerokie swe czoło niedźwiedziowi i wilkom stawiający… to wreszcie kochanek nad kochanki.
Namiętny stęk łosia w jesiennej knieji, to nie łzawa ryada słowika, o miłość żebrzącego – to nakaz oddania się, to poczucie swej władzy i odczucie posiadania.


Łosie ruszyły z zimowych leż…
Już to ostatnie niestety, w Polsce i… na kontynencie. Te, które ostry i bezwzględny zakaz od strzału i prawna ochrona, od szlachtuzu bezmyślnego uratowały. W puszczy Rudnickiej chowa się stadko zaledwo około sześćdziesięciu sztuk liczące, wraz z młodzieżą, w Serszewskiej knieji i Białowieży chowają się stada do kilkuset sztuk liczące, Polesie szczyci się w kilkunastu okręgach notowanemi stadkami.
Niwelacja bagnistych obszarów i dewastacja wielkich kompleksów leśnych wyploszą łosia… do muzeów, ogrodów zoologicznych… a wreszcie może da mu się prawo bytu, jedynie w legendzie i wspomnieniu. Ze słoniem afrykańskim i nosorożcem, zginie i łoś, jak zginęły brontozaur i mamuty… gdyż drobiazg walczy o byt, wypiera olbrzymy i zwycięża.
A przecież kilkanaście lat temu łosie nie były rzadkością łowiecką kresowej knieji. Wielkie polowania organizowane przez królewięta kresowe Radziwiłłów, Potockich, Kotowiczów i Jelskich, liczyły na rozkładach swoich, po kilka wspaniałych byków łosi, po których dziś, pozostały jedynie wspomnienia, lub też trofea łopaty w jadalnej sali.
Nie ma już na Wileńszczyźnie zapewne szlachetnie myśliwego, któryby nie położył łosia, gajowi, właściciele, no i kłusownicy po dziś dzień płotą „pogaduszki” o senatorze knieii – łosiu.
___________________________
Mimo bardzo ograniczonej liczebności, łoś reprezentowany jest u nas w dwu odmianach.
W rejonach ziem wschodnich (Polesie) i północno-wschodnich (na Wileńszczyźnie), dają się zauważyć dwie zasadniczo różne odmiany łosia.
Pierwszą z nich jest tzw. „badylarz”, zamieszkujący północ, bezpośredni krewniak łosia skandynawskiego i syberyjskiego, dłuższy nieco w kłębie, o palczastem rozgałęzieniu łopat jaśniejszy szerścią od pobratymca swego „poleszuka”.
Drugą odmianą łosia jest łoś „łopaciarz”, brunatny i krótszy w kłębie od poprzedniego, wyższy natomiast i śmiglejszy w biegu. Rogi ma zbudowane w formie łopat, strukturą swą rozstawioną dłoń ludzką przypominające.
Władze polskie rozumieją potrzebę zachowania łosia i uratowania go od kompletnej zagłady i zabroniły odstrzału, grożąc za zabicie łosia karą 500 złotych i bezwzględnem sześciomiesięcznem więzieniem.
Łosie w puszczy Rudnickiej powierzono opiece wielkiego miłośnika przyrody i znanego literata W. Korsaka.
Jest on żywą encyklopedją Puszczy, a łosie, które zna omal że „po imieniu” obiecuje uhonorować specjalną książką — monografją im poświęconą. Do r. 1926 nie było zakazu zabijania łosia. Łoś, który przypadkowo wymknął się z obław lasów rządowych, padał od kuli myśliwego lub kłusownika.
Będąc na Polesiu, sam raz napotkałem się z łosiem, a właściwie z łosią „płcią piękną” i cielęciem. Stojąc na stanowisku w czasie naganki, zaskoczony byłem nagłem zjawieniem się łoszy, wraz z cielęciem o jakie piętnaście kroków od siebie.
Nastąpiły zwykłe ceremonje towarzyskie. Łosza nastawiła uszy, wyciągnęła pysk, wietrząc w moim kierunku. Cielak, jak cielak, zachowywał się dość niepoważnie, zdradzając gwałtowną chęć possania. Przyglądaliśmy się sobie z zupełnym spokojem, ja jednak uznając konieczność powitania „damy” zdjęciem kapelusza naraziłem się łoszy, gdyż ta opatrznie rozumiejąc akt kurtuazji, obraziła się i odbiegła w głąb wolnym truchcikiem.


Najpopularniejszym systemem łosich łowów, było t.zw. polowanie na wabia. Wabiarz, najczęściej gajowy, umiejący imitować stęk łosia w czasie rykowiska, zasadził się wraz z myśliwym w okolicy przez łosie nawiedzanej i „stękał” przez brzozową tubę.
Łoś-byk podrażniony rzekomem wołaniem rywala, przybiegał na strzał, gdzie życiem opłacał miłosne zabiegi.
Dziś łoś chroniony przez człowieka i przed człowiekiem, pada niekiedy ofiarą wilczej zgraji… i nieraz zima znachodzi się w kniei pozostałości z krwawego teatrum śmierci… nadgryziony tułów łosi i kałuże krwi.

Ruszyły! Tu i ówdzie trzaśnięta gałąź, bądź susz sosnowy, zachlupotany w rozlewie bagienka, załomotały racice po grudzie, a między pnie i konary, błysnęły błyski białych portek i cielsk brunatnych.
Wsłuchała się puszcza…
Rytmicznie, posuwiście sunęły łosie…
Sunęły wybijając takt, nowej wiosny, nowego życia.
Feliks Dangel (Wilno)
«Światłowid» nr 12, 1932 r.
Foto: Echa Polesia



