Późną jesienią ubiegłego roku, wracając z kolejnego wyjazdu na grzyby, na łącę położonej nad rzeczką na obrzeżach pewnego miasteczka zobaczyłem młodego bociana, który z jakichś powodów nie odleciał na zimę do ciepłych krajów. Nastepnie widziałem go raz jeszcze, gdy spadł pierwszy śnieg. Biedactwo, – pomyślałem wówczas, – no cóż, w przyrodzie warunki przetrwania są rygorystyczne, a zasadę naturalnej selekcji rozumieją nawet dalecy od niej mieszczuchy.

Zima na Polesiu, dość ostra tego roku powoli, choć i nieustępliwie, a jednak zbliża się ku końcowi. I przyznam się szczerze, że o tym boćku dawno też zapomniałem. Tym bardziej większe było moje ździwienie, gdy ponownie zobaczyłem go stojącego samotnie na polu, pokrytym grubą warstwą śniegu. – Żyje!?! Temperatura wciąż na minusie, a na dodatek z nieba spada marznący deszcz… Stał na jednej nodzę, czasami machał skrzydłami, jakby chcąc choć trochę sie rozgrać, – nawet kilka metrów podleciał. I stał znowu.

Czekając na swojego pasażera, obserwowałem to widowisko przez szybę samochodu, aż nagle, bociek odleciał i zataczając nad polem szerokie koło usiadł w pobliżu mnie na drodzę obok ciągnącej się przy polu ulicy. Miałem tylko  jabłuszko, więc wyszedłem z auta i rzuciłem mu mój skromny poczęstunek. Bociek podszedł, zobaczył to, lecz zignorował. Chm, – przepraszam najmocniej, ale nic nie mam lepszego! W moment później z podwórka sąsiedniego domu wychodzi gospodarz i  stawia przed boćkiem wiadro z jakimś odpowiedniejszym pokarmem, którym ten zaczyna się powoli odżywiać. A chwile później przełącza się i łapczywie zjada wystawione „drugie” danie z surowych wątróbek kurczaków.

Rozgadałem się więc z tym nieobojętnym, w średnim wieku mężczyzną. Jak mi opowiedział, ktoś z sąsiadów w tej sprawie bocianiej interweniował nawet do urzędu miejskiego, lecz na nic to wyszło, gdyż dostał odpowiedź że nie mają żadnej możliwości w czymkolwiek tu pomóc. Dopiero zwykła ludzka nieobojętność okazała się zdecydowanie skuteczniejsza nad biurokracją. Sąsiedzi jego każdy po kolei, kupują i wykładają boćkowi pokarmy, nawet pod świerkiem obok ulicy zbudowano dla niego z wiązek słomy zadaszone schronisko.

No i proszę – proces naturalnej selekcji w przyrodzie w danym przypadku został odwołany przez życzliwych Poleszuków, a nasz dzielny bohater przetrwał już najcięższe mrozy i zrosło się mu złamane skrzydło, przez które nie mógł dołączyć do odlatującego na południe towarzystwa. I w miarę jak słońce co raz weselej już świeci i dzień się wydłuża, też będzie rosnąć nadzieja, że nasz dzielny bociek doczeka się wiosny i świeżych żabek na podmokłej wiosennej łącę. I też mnie cieplej się zrobiło nie tylko na sercu, bo rozmawiając z opiekunem bociana, jakoś przestałem zwracać uwagę nawet na spadający ze styczniowego nieba marznący deszcz.

Szary Poleszuk

Udostępnij na: