Wspomnienia ze Wschodu 1970– 2019

Z ks. prof. Romanem Dzwonkowskim SAC rozmawia S. Renata Zielińska OP 16-17.10.2019

Ks. Roman Dzwonkowski SAC (Księża Pallotyni), ur. w 1930 r., święcenia kapłańskie 22 VI 1957. Emerytowany profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, socjolog i historyk. W latach 1970-2019 – wyjazdy na Białoruś, Litwę, Łotwę, Ukrainę i do Gruzji, początkowo w celu ukrytej, a od czasów pierestrojki jawnej, okresowej pomocy duszpasterskiej. W latach 1994-2000 wykłady z katolickiej nauki społecznej w seminarium duchownym diecezji kamieniecko-podolskiej w Gródku Podolskim. Autor prac poświęconych historii Kościoła katolickiego i martyrologii księży katolickich wszystkich narodowości i obrządków w ZSRS w okresie międzywojennym; publikacji na temat polskich duchownych różnych wyznań i religii represjonowanych w latach 1939-1988 w tym państwie i na zajętych przez nie terenach oraz na temat Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego i Polaków na Kresach Wschodnich I i II Rzeczypospolitej w państwach, które powstały po rozwiązaniu się ZSRS.  

Prof. ks. Roman Dzwonkowski SAC podczas konferencji w KG RP w Brześciu

Od którego roku ks. profesor zaczął bywać w krajach byłego ZSRR i jakie pierwsze wrażenia pozostawiły te wyjazdy?

Po raz pierwszy za wschodnią mogłem jechać pod koniec lipca 1970 r., a więc prawie 50 lat temu. Istniał jeszcze Związek Sowiecki i tak miało być jeszcze 21 lat. Było to możliwe dzięki zaproszeniu, jakie otrzymałem od mojej rzekomej dwojrodnoj sestry – ciotecznej siostry, Haliny Pozarzyckiej ze wsi Wojniewicze k. Oszmiany na Wileńszczyźnie, w Białoruskiej SRS. Oszmiana była w Polsce przed wojną i jest obecnie miastem powiatowym, według tamtejszej nomenklatury rejonowym. W tych czasach można było prywatnie jechać do ZSRS tylko na zaproszenie od rodziny. Ja zawdzięczałem je naszemu bratu zakonnemu, Franciszkowi Dziczkiewiczowi, który po wojnie jako młody chłopiec opuścił rodzinne strony w oszmiańskim powiecie i przyjechał do Polski. Od lat 60. odwiedzał tam swoich krewnych. To co opowiadał było dla mnie tak ciekawe, że poprosiłem go o postaranie mi się o zaproszenie. Otrzymałem je z Wojniewicz od jego krewnej. Brat Dziczkiewicz przez  50 lat odwiedzał Polaków na terenie całego Związku Sowieckiego i wysłał tam około tysiąca książek religijnych.

Początkiem pierwszych wrażeń było przekraczanie granicy ZSRS. W pociągu Berlin-Leningrad, do którego wsiadłem na dworcu Warszawa Wschodnia, wszystkie miejsca były zajęte. Wtedy istniały jeszcze żywe kontakty między tysiącami rodzin polskich podzielonych powojenną, wschodnią granicę Polski. Ci, którzy, obawiając się sowieckiej władzy, zaraz po wojnie i później, w latach 1956-1958, opuścili Północno-Wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej włączone do ZSRS i żyli w Polsce, w czasie wakacji odwiedzali swoje rodziny, które tam pozostały.

Na granicy pociąg zatrzymał się na wysokim nasypie. Strażnicy z psami sprawdzali, czy jakiś szpieg nie ukrył się na osi któregoś z wagonów, inni chodzili po ich dachach. Dwie godziny trwała bardzo głośna zmiana ich podwozi, by mogły wjechać na szersze tory kolei w ZSRS. W różnych opisach przekraczania wschodniej granicy w tych czasach jest mowa o tym, że wobec zbliżającej się kontroli strażników i celników milkły rozmowy, panowało nerwowe napięcie i obawa. Jakoś tego nie pamiętam. Później przez kilkanaście lat, niekiedy dwa razy w ciągu roku, jeździłem tym pociągiem dzięki zaproszeniom z Wilna, z Rygi i z Białorusi. Spotykani tam znajomi bardzo chętnie je przysyłali jako rzekomi krewni i prosili: Przyjeżdżajcie do nas. Części z nich z braku czasu nie mogłem wykorzystać. Zachowuję je na pamiątkę.

Ponieważ był obowiązek meldowania się na milicji w ciągu 24 godzin po przybyciu do celu podróży, zgłosiłem się na posterunek w Oszmianie. W gabinecie milicjanta wisiały duże portrety Marksa i Lenina. Ukazani byli na nich w złotej poświacie, przypominającej ikony prawosławne. To byli komunistyczni „święci” w tej szatańskiej parodii religii chrześcijańskiej, jaką jest komunizm. Po odebraniu ode mnie drugiej strony blankietu zaproszenia (pierwszą zatrzymywała straż graniczna), milicjant, urzędowym tonem wygłosił informację: poza rajon uchod’t’ nielzia, to znaczy: poza powiat wyjeżdżać nie wolno.

Później się dowiedziałem, że za niezachowanie tego nakazu była kara natychmiastowego wydalenia z ZSRS, zakaz wjazdu przez trzy lata i niemała kara pieniężna dla osoby zapraszającej. Przydarzyło się to mojemu koledze, śp. ks. Stanisławowi Niewiarowskiemu SAC, który wyjechał z Wilna do Leningradu, w celu jego zwiedzenia. Wykryła to milicja sprawdzając jego dowód osobisty na dworcu kolejowym, ponieważ zwrócił na siebie uwagę rozmawiając głośno po polsku. Nie zdawał sobie sprawy, że nie należało się wyróżniać wśród miejscowych ludzi.

Ja wspomnianego zakazu nie respektowałem i w czasie pierwszego przyjazdu na Białoruś, byłem także na Litwie, na Ukrainie, w Rosji i na Łotwie. I tak było w czasie wszystkich kolejnych przyjazdów do ZSRS. Tamtejszy świat stanowił wielki kontrast w porównaniu z Polską i był to dla mnie niezwykle ciekawy.

Na czym polegał ten kontrast?

Ogólnie mówiąc, na różnicy kultury. Urodziłem się i wychowałem na Mazowszu między Ostrowią Mazowiecką a Ostrołęką, a więc na ziemiach jednej narodowości, jednego języka, jednej wiary i jednej kultury. Tymczasem na Wileńszczyźnie zobaczyłem coś przeciwnego. Spotykałem Polaków, Litwinów, polskich Tatarów, Białorusinów i Rosjan mówiących na co dzień trzema językami, w zależności od rozmówcy: polskim, rosyjskim i „prostym”, to znaczy miejscową gwarą białoruską. Mówili nią ludzie na wsi, ale nie tylko, bo wszyscy go znali i był bardzo wygodny. Gdy kiedyś w Głębokiem, które było przed wojną miastem powiatowym północnowschodniej Wileńszczyźnie i dziś jest nim w obwodzie witebskim, zapytałem moje dwie dobre znajome, inteligentne panie, znające dobrze język polski, dlaczego między sobą mówią białoruską gwarą, odpowiedziały mi: bo to idz’iot.

Tak było na Kresach Północno-Wschodnich Rzeczpospolitej od kilkuset lat. Żyło tam kilka różnych narodowości, każda zachowywała pewne elementy swojej kultury, przede wszystkim religijnej. Chociaż panująca była kultura polska, to jednocześnie istniała także kultura litewska, żydowska, rosyjska, białoruska, ruska, to znaczy ukraińska, muzułmańska, której trzymali się Tatarzy i staro-turecka, której trzymali się polscy Karaimi. Ich stolicą są do dziś Troki koło Wilna. Na południowym wschodzie dawnej Rzeczypospolitej byli Rusini, Ormianie i inni. To było nieznane gdzie indziej w Europie wielonarodowe i wieloetniczne społeczeństwo i niezwykły fenomen kulturowy

Później zobaczyłem, że tam nie należy stawiać pytania: czy jest pan/pani  Polakiem/Polką, ponieważ niekiedy może być ono krępujące. Są tam bowiem ludzie o dwukierunkowej tożsamości narodowej, jak to się naukowo mówi, rodzinnie i uczuciowo powiązani z dwoma narodowościami i kulturami, np. polską i białoruską i z nimi się utożsamiają. Pierwsza Księga „Pana Tadeusza”, który jest naszym narodowym poematem, rozpoczynają się od słów –  „Litwo, ojczyzno moja”. To pokazuje, że Adam Mickiewicz czuł się Litwinem. Ale jednocześnie, na wyższym poziomie czuł się Polakiem. W jego czasach pojęcie narodowości na Kresach Wschodnich było inne niż obecnie i miało piętrowy charakter. Dziś w Polsce rzadko kto o tym wie, że tam byli i są Polacy różnych kultur.

Bywa i inna kwestia. Ks. Józef Borodziula (1893-1983), z danej archidiecezji mohylewskiej, u którego zatrzymywałem się bywając w Rydze, powiedział mi: Ja się czuje Białorusinem polskiej kultury. Innym razem, było to nad jeziorem w Trokach koło Wilna, od mojego przygodnego rozmówcy usłyszałem zdanie: Ja jestem Litwinem polskiej kultury. To było dla mnie czymś zupełnie nowym i dawało do myślenia. Uświadomiłem sobie, że to znak wielkiej siły, jaką jest pochodzenie narodowe. Można od swojego narodu odejść i nie znać jego języka, ale w pewnym momencie świadomość korzeni w nim wraca i budzi się poczucie przynależności do niego. Kiedyś młoda Polka powiedziała mi w Grodnie: Ja nie mówię po polsku, ale moje serce jest polskie.

Piękny symbol wielokulturowego społeczeństwa na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej można oglądać w miasteczku Iwie na Grodzieńszczyźnie. Jest to pomnik na jego centralnym i obszernym placu, w formie czterech chyba blisko dziesięciometrowych, majestatycznych steli, stojących w kole obok siebie. Na każdej z nich jest symbol jednej z czterech narodowości oraz religii i wyznań, których przedstawiciele żyli czy żyją na tych ziemiach: Polaków-katolików, prawosławnych, polskich Tatarów i Izraelitów. Jest sylwetka Papieża Jana Pawła II, krzyż prawosławny, półksiężyc z muzułmańskiej flagi i menora, czyli siedmioramienny świecznik żydowski. Pomnik powstał w 2012 r. z inicjatywy miejscowego proboszcza, Polaka, ks. Jana Gaweckiego. Nie wiem, czy gdzieś na świecie istnieje podobny monument. W Iwiu nadal żyje wielu Tatarów i mają swój meczet. Tatarzy starszego pokolenia, których spotykałem, mieli bardzo propolskie nastawienie. Z historii wiadomo, że Tatarzy żyjący w Polsce byli wspaniałymi Polakami.

Co ks. profesora najbardziej interesowało?

Interesowała mnie przede wszystkim sytuacja Kościoła katolickiego. W połowie lat 50. mojego kursowego kolegę w seminarium, Wojciecha Sakowicza, odwiedziła jego mama, która po wojnie została z rodziną na Białorusi. Opowiadała, że księża byli aresztowani, że wiele kościołów zostało zamkniętych i nie ma wolności religijnej. Byłem ciekawy jak to naprawdę wygląda. Okazało się, że nietrudno było to zobaczyć.

W Oszmianie, w centrum miasta, rzucał się w oczy wielki i piękny kościół z wysokimi wieżami. Był nieczynny. Dowiedziałem się, że już w 1948 r., po aresztowaniu proboszcza, ks. Waleriana Holaka, został zamknięty, a jego bogaty wystrój wewnętrzny zniszczony. Ks. Holak po kilku tygodniach zmarł w więzieniu, a kościół zamieniony został na magazyn zboża. Po kilkunastu latach był w nim pożar i pozostał bez dachu. Później go odbudowano, wewnątrz położono dwa betonowe piętra i był zakładem obróbki lnu. Jednak cerkiew stojąca w pobliżu kościoła była zawsze czynna, chociaż jej wierni w Oszmianie liczyli tylko 1/5 mieszkańców. Została zbudowana na miejscu sprofanowanego i rozebranego na rozkaz władz carskich w XIX w. dawnego kościoła i klasztoru dominikanów. Profanacją było wymordowanie w nim przez kozaków w 1832 r. 500 osób, które się w nim schroniły w czasie toczącej się w pobliżu bitwy wojsk carskich i polskich w czasie Powstania Listopadowego. Oszmiana w latach 70. robiła raczej przygnębiające wrażenie.

W żadnym kościele nie mogłem publicznie odprawić Mszy św., ponieważ groziło to zatrzymaniem przez milicję i wydaleniem z ZSRS oraz represjami wobec księdza, który by na to pozwolił. Od jednego z miejscowych księży usłyszałem zdanie: Wydaje się, że Pan Bóg o nas zapomniał. Większość kościołów jest zamknięta, a w tych, co pozostały otwarte są tylko starsi ludzie, bo dzieci i młodzież nie mają prawa wejść do nich. Jaka nas czeka przyszłość? Odpowiedź na to pytanie była wtedy bardzo pesymistyczna, ale dziś można powiedzieć, że była ona znakiem braku wiary w Opatrzność Boską. Bo za kilkanaście lat, sytuacja zmieniła się prawie o 180o.

Po tym co usłyszałem w Wojniewiczach, zainteresowała mnie także sytuacja Polaków na Białorusi. Wojniewicze były czysto polską i katolicką wioską, podobnie jak i inne w okolicy. Liczyła około 20 drewnianych domów, przeważnie dość dużych i solidnych, co wskazywało na dawną zamożność ich właścicieli. Wokół niej jest malowniczy, zielony i pagórkowaty teren.

Ponieważ przyjazd kogoś z Polski był wtedy wyjątkowym wydarzeniem, do moich gospodarzy zachodzili czasem sąsiedzi, by porozmawiać. Dowiedziałem się, że w czasie spisu ludności ZSRS w 1959 r. wszyscy bez pytania o narodowość zostali zapisani jako Białorusini, Nawet o tym nie wiedzieli. Dopiero gdy miejscowi chłopcy zaczęli być wzywani do wojska i wręczano im „bilety” z zapisem narodowości „Białorus”, wyszło to na jaw.

Opowiadano, że jeden z nich, o nazwisku Piotr Derwis, ze wsi Powiaże pod Oszmianą, po wręczeniu mu w urzędzie „biletu” z zapisem  „Biełarus”, podarł go, rzucił na ziemię i powiedział, że jest Polakiem, a nie Białorusem. Został aresztowany, skazany na 5 lat łagrów i już nie wrócił. Śp. Stanisław Wyrzykowski z Oszmiany opowiadał mi wtedy zastraszaniu tych chłopców polskich, którzy nie chcieli wstąpić do Armii Czerwonej i o represjach z tego powodu. Później w Brześciu dowiedziałem się, że dwaj młodzi Polacy z pobliskich Czernawczyc za odmowę wstąpienia do tej Armii zostali zamordowani i są pochowani na tamtejszym cmentarzu.

Ziemia Oszmiańska była znana z polskiego patriotyzmu i w czasie wojny istniała tam silna Armia Krajowa. Walczyła z Niemcami i z Litwinami, którzy z nimi poszli oraz z partyzantką sowiecką, która grabiła ludność polską. Dlatego według planów władz sowieckich Polacy na tej ziemi mieli zniknąć. Wspomniany spis ludności w Białoruskiej SRS wykazywał ponad pół miliona Polaków, jednak nie mieli oni żadnych praw, gdy chodzi o kulturę polską. Poza językiem polskim, który słyszeli w nielicznych kościołach, byli od niej całkowicie odcięci. W czasie spotkań i rozmów widziałem duchową więź z Polską starszego i średniego pokolenia.

Gdy w 1975 r. będąc w Wilnie, w uroczystość Trzech Króli odwiedziłem moich rzekomych krewnych w Wojniewiczach, zastałem u nich kilku sąsiadów. Był już wieczór, na stole stało kilka butelek wódki i mięso z „kabana” własnego chowu. W pewnej chwili ktoś rozpoczął polską piosenkę partyzancką. Śpiewaliśmy ją i następne bardzo głośno. Gdy mój i ich dobry znajomy, p. Bohuszko z Oszmiany, z którym przyjechałem do Wojniewicz, zaczął nas uciszać, ktoś powiedział: Daj spokój, tu sami swoi.

Chciałem poznać życie w kołchozie, bo byłem ciekawy, jak ludzie przeżyli jego zakładanie. Oznaczało to bowiem zniszczenie na ich oczach rodzinnych gospodarstw, będących dorobkiem wielu pokoleń. Ponieważ wychowałem się na wsi w gospodarstwie, w którym było 30 ha ziemi, trzy konie robocze, około 20 krów i dobre zabudowania gospodarcze, wyobrażałem sobie, jakim strasznym wstrząsem psychicznym musiało być wtedy dla ludzi zakładanie kołchozu.

Co mówili na ten temat?

W skrócie opowiedziała mi o tym, pani Łukaszewicz, krewna moich gospodarzy. Przez 10 lat, mówiła, nie chciało nam się żyć. Niektórzy się rozpili, czy powiesili. Ale teraz, to nawet, gdyby nam wszystko oddawali, to byśmy nie wzięli. Mamy działkę przyzagrodową, krowę, kabana i kury, a z kołchozu zawsze się zabierze coś dla siebie, bo jest zasada: nie ukriadiosz, nie pierieżywiosz. Kilka lat później na Ukrainie usłyszałem od Polki z kołchozu podobne zdanie: Ukraina ridna maty, ne ukradesz, ne budesz maty, to znaczy: Ukraina rodzona matka, nie ukradniesz, nie będziesz miał.

Dawna świadomość sprawiała, że mówili o kradzieży, ale wobec niesprawiedliwej zapłaty za pracę w kołchozie nie uznawali tego za kradzież, zwłaszcza po zabraniu im majątków przy zakładaniu kołchozów. Nieświadomie stosowali tradycyjną zasadę teologii moralnej, która się nazywa occulta compensatio, to znaczy ukryte wyrównanie niesprawiedliwego wynagrodzenia. Osłabiało to nakaz siódmego przykazania w odniesieniu do innych sytuacji. Było widać, że kołchozy zmieniły mentalność ludzi na wsi. Nie chcieli już być gospodarzami na własnej ziemi.

Dowiedziałem się też, że kołchoźnicy nie mają dowodów osobistych i dlatego nie mogą opuścić kołchozu. Przyjęcie do pracy w mieście wymagało bowiem posiadania dowodu osobistego. Byli dosłownie glebae adscripti – przypisani do ziemi, jak chłopi w dawnych czasach w majątkach ich panów. Jeśli ktoś musiał dalej wyjechać, np. w sprawach rodzinnych, to wiejska rada – sielsoviet, wydawała mu odpowiednie, jednorazowe zaświadczenie.

Wspomniał ks. profesor o wyjazdach do innych republik. Czy były one w planach tego pierwszego wyjazdu?

Nie, w żadnym wypadku. Jadąc do Wojniewicz nawet ich sobie nie wyobrażałem, bo zupełnie nie znałem świata na Wschodzie. Kiedy się okazało, że są one możliwe i nie trudne, skorzystałem z tej możliwości.

Gdy po kilku dniach poznałem już trochę życie w kołchozie i nie miałem tam nic do roboty, za zgodą moich gospodarzy wyjechałem do Wilna, które mnie bardzo pociągało. Powiedzieli mi, że tu są sami swoi ludzie i mogę spokojnie wyjechać.

Miałem z Polski adres domu ukrytych Sióstr Eucharystek na Zwierzyńcu, przy ul. Birutes 19. To spokojna i do dziś sympatyczna dzielnica Wilna, od południa granicząca z Wilią i lasem. Siostry się ucieszyły, ponieważ dzięki mojej obecności miały na miejscu Mszę św., możliwość spowiedzi i konferencje. Ich kaplica wyglądała jak zwykły pokój mieszkalny, tylko światełko w stylizowanej lampce elektrycznej, stojącej obok małej szafeczki, było znakiem, że obecny jest w niej Najświętszy Sakrament. To był kamuflaż na wypadek jakiejś kontroli. Odtąd ten dom stał się dla mnie bardzo przyjaznym i niezawodnym oparciem na ponad 30 lat. Wspominam go z uczuciem wielkiej wdzięczności.

Na Litwie zobaczyłem zupełnie inną sytuację. Była pewna swoboda religijna, istniały szkoły polskie, w Wilnie był Polski Instytut Pedagogiczny przygotowujący nauczycieli dla tych szkół i wychodziła polskojęzyczna gazeta, „Czerwony Sztandar”. Ta sytuacja, nie do pomyślenia na Białorusi, była wynikiem przemyślanej polityki władz sowieckich. Jednak większość wileńskich kościołów była zamknięta i zdewastowana. Piękny kościół pojezuicki, św. Kazimierza, niedaleko Ostrej Bramy, został zamieniony na muzeum ateizmu. Najważniejsze kościoły katolickie w wielkich miastach zachodnich republik były zamieniane na takie muzea służące propagowaniu ateistycznej wiary. Ponieważ władze sowieckie o nie dbały, zachowały się w dobrym stanie.

Zwiedzanie Wilna każdy Polak rozpoczyna od Ostrej Bramy, o której usłyszał w szkole na lekcjach języka polskiego, gdy czytany jest początek I Księgi „Pana Tadeusza”, a w nim słowa: Panno Święta co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie. Dla każdego, kto zna i czuje kulturę polską, odwiedzenie tam Cudownego Obrazu Matki Bożej, to głębokie przeżycie religijne.

Kaplica w Ostrej Bramie łączy się z parafialnym kościołem św. Teresy. Proboszczem był w nim wtedy ks. Algirdas Gutauskas – Olgierd Gutowski – miejscowy Litwin, przedwojenny absolwent wileńskiego seminarium duchownego, życzliwy dla Polaków. Poznaliśmy się, gdy chciałem odprawić Mszę św. przed Cudownym Obrazem Matki Boskiej. Ponieważ był sam w dużej parafii, poprosił mnie o Mszę św. w najbliższą niedzielę, w kościele parafialnym. Odprawiałem ją z radością w rycie trydenckim. Po niej byłem z nim na obiedzie u jego mamy. To była moja pierwsza, symboliczna pomoc duszpasterska za wschodnią granicą.

Marzyłem o zobaczeniu legendarnego Nowodgródka i znalazłem się w nim, nielegalnie, 6 sierpnia, w święto Przemienienia Pańskiego. Był piękny, słoneczny dzień i pierwsze kroki skierowałem do tzw. Fary Witoldowej, jedynego tam wtedy czynnego kościoła. W niej król Władysław Jagiełło w 1422 r. brał ślub ze swoją czwartą żoną, Zofką Holszańską, później matką jego trzech synów. W dzisiejszych Holszanach, niedaleko od Oszmiany, stoi jej pomnik w postaci potężnego głazu z napisem informującym o jej  losach. W Witoldowej Farze w 1799 r. został ochrzczony Adam Mickiewicz. W bocznej kaplicy zobaczyłem obraz Matki Boskiej, według tradycji ten sam, o którym na początku I Księgi „Pana Tadeusza” poeta pisze: Ty, co gród zamkowy Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem, Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę, Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę.

Obok Fary jest Góra Mendoga, jeszcze pogańskiego, litewskiego władcy, z ruinami zamku z XIV i XV wieku. Rozciąga się z niej rozległy widok na całą okolicę. Widać było zboża na polach i przypominały się słowa modlitwy do Matki Boskiej z pierwszych strof wspomnianej Księgi: Tymczasem przenoś moją dusze utęsknioną (…),  Do tych pół malowanych zbożem rozmaitem, Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem.

W Nowogródku proboszczem był wtedy ks. Wojciech Nowaczyk OMI, po wojnie skazany na 25 lat łagrów. Po sześciu latach, za czasów Chruszczowa, w połowie lat 50. został zwolniony, podobnie jak inni więźniowie polityczni w tym księża. Mówił mi, że przeżył dzięki paczkom żywnościowym otrzymywanym od wiernych z parafii, w której pracował przed aresztowaniem. Dzielił się nimi z innymi więźniami, kryminalistami. Gdy później odwiedził mnie w Polsce w naszym seminarium duchownym w Ołtarzewie k. Warszawy, opowiadał, jak ważna dla religijnej formacji była krótka, zasadnicza i konspiracyjna katechizacja dzieci. Rodzice przychodzili z nimi po zmroku, by ukryć wizytę u księdza i odbywała się wieczorami. Nadawało to jej w odczuciach dzieci szczególne znaczenie. Uważał, że była duchowo bardziej owocna, niż jawna i długa katecheza w Polsce.

Później dzięki zaproszeniom legalnie już bywałem w Nowogródku. W 1988 r. na Wszystkich Świętych byłem u ks. Antoniego Dziemianko, który jest obecnie biskupem diecezji pińskiej. W Dzień Zaduszny, późnym popołudniem, odprawialiśmy Mszę św. w parafii Nieciecz, w kościele, który został zamknięty w latach  50. i niedawno został odzyskany przez wiernych. Był pełen ludzi. Nie było elektrycznego światła, paliło się kilka świec, było prawie ciemno i panował niezwykły nastrój. Na ambonie, na którą wszedłem, by wygłosić homilię, było z pół centymetra kurzu. Po raz pierwszy od wielu lat, już wieczorem, odbyła się o procesja na cmentarz i modlitwy za zmarłych przy kwaterze grobów żołnierzy AK, poległych w bitwie z partyzantką sowiecką. Widać było wzruszenie ludzi biorących w niej udział. Niemal każde miasteczko na Wileńszczyźnie ma ciekawą i dramatyczną kartę w dawnych i najnowszych dziejach tych ziem.

Wracam do mojego pierwszego pobytu w Wilnie. Na uroczystość Wniebowzięcia N.M.P wybrałem się do parafii Mejszagoła k. Wilna, która powstała jeszcze w czasach św. Jadwigi i Jagiełły. Proboszczem był tam cieszący się wielkim autorytetem i popularnością ks. Józef Obrembski. Jego niezwykła osobowość wszystkich tam przyciągała. Okazało się, że jesteśmy z tych samych stron i chodziliśmy do tego samego gimnazjum w Ostrowi Mazowieckiej. On po pierwszej wojnie światowej, a ja po drugiej, od jesieni 1945 r. Zrodziło to między nami nić porozumienia i przyjaźni na kilkadziesiąt lat.

Ks. Obrembski jest historyczną postacią.

To prawda. Ja mu wiele zawdzięczam, między innymi i to, że dzięki niemu poznałem kilku wybitnych księży polskich pracujących na Wileńszczyźnie. Gdy zjawiałem się w Mejszagole, zamawiał znajomego kierowcę i jechaliśmy w odwiedziny do któregoś z nich. To byli jego koledzy z dawnych czasów, wspaniali Polacy i kapłani. Niektórzy mieli za sobą pobyt w łagrach. Nie wyjechali z sowieckiego raju, choć mogli to z łatwością zrobić. Pozostali z wiernymi, by im służyć i dzielić ich losy. Widać było ich świetną, intelektualną, duchową i kulturową formację wyniesioną z wileńskiego seminarium duchownego i z Wydziału Teologii Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, na którym byli studentami. Mieli tam najwyższej klasy profesorów, na których się nieraz powoływali.  Podczas pobytu w Mejszagole zawsze pomagałem przede wszystkim w spowiedzi.

Ks. Obrembski opowiadał, że niekiedy trafia do niego inteligencja rosyjska z głębi Rosji, pragnąca poznać Kościół katolicki i na jej prośbę prowadzi dla niej popularne wykłady na ten temat. Zdarzały się przyjścia na katolicyzm i publiczne, wzruszające wyznanie wiary w kościele. Kulturę panującą w Związku Sowieckim ta inteligencja określała terminem: „sowietczyna”.

Zmarł 2011 r. mając 105 lat, przy pełnej jasności umysłu. Gdy pisał do mnie po ukończeniu 100 lat, miał ten sam piękny charakter pisma, jak przedtem. Zachowuję ponad 80 jego listów i kart pocztowych. Dowodem wielkiego uznania dla jego osoby jest kilka poświęconych mu książek wspomnieniowych i naukowych. Otrzymał najwyższe, polskie odznaczenia państwowe.

W tym czasie byłem także w Ostrowcu u ks. Józefa Ingielewicza, który był skazany na 10 lat łagrów i ponad połowę tego wyroku w ich odsiedział. W pobliżu tej miejscowości budowana jest obecnie elektrownia atomowa. Była niedziela i obchodzono jakieś święto. Przeżyłem zaskoczenie, bo na zakończenie Mszy św. cały kościół odśpiewał Te Deum po łacinie. Podobną sytuację spotkałem później w czasie pogrzebu na jakimś cmentarzu. Grupa kobiet śpiewała żałobną modlitwę po łacinie – Libera me, Domine. To pozostało z czasów carskich, gdy język łaciński w kościele bronił Polaków przed wprowadzeniem rosyjskiego. Ludzie uczyli się modlitw po łacinie i byli dumni z tego, że je znają.

Ks. Ingielewicz opowiedział mi bardzo wymowne zdarzenie. Będąc kiedyś na obiedzie u znajomej rodziny polskiej zapytał ich syna, który miał 14 lat, czy jest Polakiem czy Moskalem i usłyszał odpowiedź: Ja Polakom nie choczu byt’, bo u Polakow gierojew niet. To pokazywało psychologiczny i mechanizm wynarodowiania młodego pokolenia Polaków w ZSRS. Polegał on na ukazywaniu w literaturze i historiografii negatywnego stereotypu Polaka. Był w niej przedstawiany jako tchórz i zdrajca i ten chłopiec na niej się wychował. Kilka dni później w polskiej księgarni w Wilnie znalazłem podręcznik historii dla X klasy szkół polskich i przeczytałem rozdział poświęcony historii Polski. Była to jej karykatura. Ukazywał on ją jako historię walki klasowej w dawnej i przedwojennej Polsce oraz działalność socjalistów i komunistów polskich.

W domu Sióstr Eucharystek poznałem później kilku miejscowych księży. Byli to Polacy, Litwini i fanatyczny Białorusin z parafii Wiszniewo w Białoruskiej SRS, który, opanowany awersją do Polaków, już w latach 70. rozpoczął eliminowanie z kościoła języka polskiego i zastępowanie go białoruskim. Czynił to w oparciu o teksty własnego tłumaczenia, pełne wyrażeń z potocznego języka, gdyż nie było jeszcze białoruskiej terminologii liturgicznej, a on był człowiekiem niewykształconym. Raniło to uczucia religijne wiernych, którzy czuli się Polakami i na tym tle powstał w tej parafii konflikt na długie lata, fatalny dla życia religijnego. Na szczęście toczyło się ono w języku polskim dzięki temu, że  wspólnym modlitwom i śpiewom wiernych przewodniczył w kościele śp. Józef Hordyniec. Dzięki niemu młodsze pokolenie parafian poznało i zachowało polską kulturę religijną. Miał za sobą wyższe studia, był człowiekiem żywej wiary i dużej kultury, cieszył się autorytetem wśród wiernych i u proboszcza, który nie mógł mu nic zarzucić. Z jego inicjatywy została sprowadzona do parafii figura Matki Boskiej fatimskiej i przyjęły ją wszystkie rodziny katolickie, co ożywiło życie religijne. Pięknym, kaligraficznym pismem przepisywał dla parafian modlitewniki w języku polskim. Zasługuje na poświęconą mu biografię. Mam kilkadziesiąt jego obszernych listów. W wyniku pracy kościelnej komisji liturgicznej białoruskie teksty pojawiły się dopiero za 20 lat.

Wspomniani księża przyjeżdżali na Birutes, by zamówić lub odebrać szaty liturgiczne, które siostry szyły. Litwini należeli do ukrytego zgromadzenia zakonnego Księży Marianów, założonego, podobnie jak zgromadzenie sióstr, przez błogosławionego obecnie, litewsko-polskiego biskupa Jurgisa Matulajtisa – Jerzego Matulewicza. Dwaj z nich: ks. Vaclovas Aliulis i ks. Pranas (Franciszek) Račiunas, byli bardzo znani na Litwie.

Spotkanie z ks. Aliulisem było początkiem naszej znajomości, a później i przyjaźni w ciągu ponad 30 lat. Znał doskonale język polski i był wykształconym i zasłużonym dla Kościoła na Litwie kapłanem. Podczas wielu rozmów i dyskusji z nim poznałem głęboki, antypolski kompleks litewski. Opowiadał, że w okresie międzywojennym w szkołach podstawowych na Litwie, przed rozpoczęciem lekcji była modlitwa o odzyskanie Wilna. Dzieciom wpajano pamięć o nim i konieczność jego odzyskania, co powodowało ich bardzo negatywne i wrogie nastawienie wobec Polaków. On wtedy wyobrażał ich sobie jako okropnych wrogów Litwy. Gdy Sowieci po zajęciu Wilna we wrześniu 1939 r. przekazali je Litwinom i on później znalazł się w nim, jakby zmienił swoje wyobrażenie. Opowiadał, że Litwini cieszyli się, iż mają Wilno, ale mówili: Vilnius mūsų, bet mes rūsų – Wilno nasze, a my Ruskich, ponieważ na Litwie pozostały wojskowe garnizony i bazy sowieckie. Dla ludności polskiej był ta czas bolesnych szykan, upokorzeń i poniżenia na tle narodowościowym ze strony napływowych Litwinów.

Miał niekończącą się listę zarzutów przeciwko Polakom i każde nasze spotkanie było dyskusją na ten temat. Gdy mu kiedyś powiedziałem, że dzięki Polsce Litwa przyjęła Chrzest i stała się chrześcijańska, odpowiedział: Wyście nas tak ochrzcili, że jeszcze trochę i by nas wcale nie było. Miał na myśli polonizację arystokracji i szlachty litewskiej, chociaż była ona absolutnie samorzutna ze względu na atrakcyjność kultury polskiej. Lud wiejski żył zawsze kulturą litewską.

Litwini w w XII i XIII w. opanowali ogromne obszary Białej i Czerwonej Rusi aż do Kijowa i Odessy włącznie i stworzyli Wielkie Księstwo Litewskie, lecz przyjęli wyższą od ich własnej kulturę ruską. Dzięki unii z Polską i przyjęciu chrześcijaństwa w obrządku łacińskim weszli w kulturę zachodnią. To ich ocaliło od rozpuszczenia się w morzu ruskiej kultury. Ale wtedy nie byłem jeszcze w stanie powiedzieć mu tego. Gdy kiedyś przypomniałem, że z Polski płynie różna, ukryta pomoc dla Kościoła na Litwie, odpowiedział: To prawda, podawajcie nam rękę, ale nas za mocno nie ściskajcie. Litwini obawiali się Polaków bardziej niż Rosjan, ze względu na obecność i siłę kultury polskiej w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Nie widzieli możliwości zgodnego współistnienia tam obydwu kultur.

W 1975 r. prosił mnie o kazanie na I Komunię św. dzieci polskich we wspaniałym kościele Świętych Piotra i Pawła na Antokolu. Pracował tam nad tłumaczeniami nowych ksiąg liturgicznych na język litewski. W następnym roku w uroczystość Trzech Króli byłem u niego z pomocą w parafii Turgiele, gdzie jakiś czas był proboszczem. Po latach spotkaliśmy się w Rzymie na promocji mojej pracy na temat martyrologium duchowieństwa katolickiego w ZSRS w okresie międzywojennym. Był jednym z jej recenzentów i słusznie wskazywał na litewskie pochodzenie jego dużej części.

Na chwilę wrócę jeszcze do Mejszagoły. Tam u ks. Obrembskiego poznałem Aleksandra Czernisa z Wilna, z dawnej, polskiej inteligencji, żyjącego w wielkim niedostatku, ale za to w poczuciu niezależności od władzy sowieckiej. Żył z robienia fotografii podczas uroczystości religijnych w polskich i innych parafiach. Kiedyś w jego mieszkaniu przy przy ul. Warszawskiej (Varsovas gatve) blisko historycznej nekropolii Rossa, znalazłem w jego bibliotece przedwojenne, białoruskie wydawnictwo, którego autor dowodził, że Wilno to historycznie miasto białoruskie o nazwie WILNIA.

Chyba w połowie lat 70. Aleksander Czernis zaproponował mi wizytę w redakcji „Czerwonego Sztandaru”, u jednego z jej redaktorów i jego znajomego, Jana Ciechanowicza. Zgodziłem się, ponieważ od Matki Flawii, wiekowej ksieni ukrytego klasztoru sióstr Benedyktynek przy ul Gulbiu 4 na Zwierzyńcu, usłyszałem zdanie, że jego artykuły na temat Polaków na Kresach, to jedyne rzeczy, które można w tej gazecie czytać.

Spotkanie z nim było bardzo interesujące, ponieważ był człowiekiem wybitnej inteligencji i wiedzy historycznej, chociaż z wykształcenia był germanistą i filozofem. Później, w czasie pierestrojki został wybrany deputowanym do Rady Najwyższej ZSRS. Pisał mi, że przygotował obszerne wystąpienie na temat niepełnoprawnego położenia Polaków w ZSRS do wygłoszenia na posiedzeniu tej Rady, lecz nie zdołał tego zrobić i złożył je do jej akt. W tym czasie założył Polską Partię Praw Człowieka, w celu obrony praw Polaków i z grupą przyjaciół wystąpił z projektem utworzenia na Wileńszczyźnie Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego i  autonomii kulturowej Polaków.

W 1991 r. przez kilka miesięcy wydawał polskojęzyczny tygodnik w wielkim formacie pt. „Ojczyzna”. Nie pamiętam jego treści, bo tylko rzucałem nań okiem, a obecnie już go nie posiadam. Ponieważ Litwini dążą do wynarodowienia Polaków na Wileńszczyźnie, jego projekt ściągnął na niego tak silne ich odium, że musiał opuścić Litwę. W Polsce był profesorem na jednym z uniwersytetów. Jest autorem kilkudziesięciu książek o bardzo różnej tematyce, miedzy innymi pokazujących wielki wkład kresowych Polaków w życie i rozwój Rosji. Twierdzi w nich, że po rozbiorach Rzeczypospolitej, do czasów ZSRS, osiem milionów tych Polaków zrusyfikowało się i wtopiło się w Rosję.

Gdy latem w 1992 r. byłem w Mozyrzu na Białorusi, gdzie proboszczem był ks. Józef Dziekoński z Warszawy, opowiadano, że Andrej Gromyko, znany minister spraw zagranicznych ZSRS, urodził się w dawnej polskiej wiosce Stare Gromyki w obwodzie homelskim, niedaleko od Mozyrza, od dawna zrusyfikowanej. Odprawiałem Mszę św. we wsi Gruszowka, tuż przy czarnobylskiej zonie, z której wysiedlono całą ludność i w której bardzo rozmnożyły się dzikie zwierzęta. Ludzie pięknie śpiewali dawne pieśni religijne. Szły wtedy starania o odzyskanie pobernardyńskiego kościoła w Mozyrzu z XVII w., w podziemiach którego NKWD w końcu lat 30. zamordowało wielu Polaków..

Jak długo trwał pierwszy pobyt ks. profesora w ZSRR?

Tylko miesiąc, bo na taki okres było zaproszenie, ale wypełniły go bliższe i dalsze wyjazdy. Ułatwiała je bardzo dobra komunikacja autobusowa i inna. Autobusy jeździły punktualnie. Gdy powiedziałem siostrom, że chciałbym zobaczyć coś więcej niż tylko Wilno, otrzymałem trzy adresy: polskiej rodziny w Odessie, Polki w Leningradzie i byłego więźnia łagrów, ks. Józefa Borodziuli w Rydze, którym one się opiekowały. Skorzystałem z nich, bo były niezwykłą okazją spotkania Polaków w różnych republikach i poznania nowego dla mnie świata.

Najlepiej było lecieć samolotem, ponieważ w ZSRS była wtedy doskonała komunikacja lotnicza. Zobaczyłem, że w wileńskim Areofłocie do kas biletowych stoi zawsze kolejka kilkunastu osób, a kasjerki zadają tylko dwa pytania: waszaja familia oraz kuda, a po odpowiedzi i po zapłaceniu za bilet, zgrabnie go nożyczkami wycinają. Ja, jako moją familię, to znaczy nazwisko, podałem tylko imię, bo wydawało mi się, że ono będzie swojsko brzmiało. Kilka dni przedtem w cerkwi św. Trójcy blisko Ostrej Bramy, na nagrobku prawosławnego biskupa zobaczyłem imię „Roman” i to była inspiracja dla tej odpowiedzi.

Kupiłem najpierw bilet do Odessy. Ponieważ była to moja pierwsza daleka podróż i czułem się trochę niepewnie, towarzyszyła mi w niej bardzo miła siostra, Wala Rusaczonek, eucharystka. Po wizycie u państwa Janickich, których kilkuletni wtedy syn został później salezjaninem i pracował w Gruzji w obrządku ormiańskim, poszedłem do kościoła przy ul. Chałturina 5. Pracował w nim ks. Tadeusz Hoppe, salezjanin z Wilna. Ucieszył się i polecił mnie starszej parafiance, Polce urodzonej w Odessie jeszcze przed rewolucją. Przez tydzień mieszkałem w eleganckim mieszkaniu jej córki i zięcia, którzy wybrali się na daleką wycieczkę morską. To była nowa dzielnica zwana T’ieriemuszki, składająca się z długiego szeregu identycznych bloków mieszkalnych. Mszę św. odprawiałem jawnie przy bocznym ołtarzu, co było możliwe tylko w Odessie. Rano, przed Mszą św., grupa starszych kobiet codziennie śpiewała po polsku tzw. wigilie za zmarłych. Ich piękne melodie ks. Hoppe przywiózł z Wilna.

Jeździłem kąpać się w morzu. Tam, gdzie bywałem nie było piaszczystej plaży, lecz wielkie głazy. Obecni na niej ludzie należeli zapewne do lepiej sytuowanych. Posiadali złote zęby i przeważnie pokaźną tuszę. Na obiad chodziłem do stołowaja, czyli jadłodajni, blisko morza. Dania do wyboru były tanie i smaczne. Dodawano trzy kromki białego i czarnego chleba, który był bardzo dobry. Podobnego nie było wtedy w Polsce. Kto zamawiał obiad, mógł zamówić setkę wódki. Niektórzy go zamawiali, ale tylko dla tej setki. Wypijali ją, a obiad zostawiali. Przychodziła żeńszczyna i nietknięte dania oraz ten piękny i dobry chleb zrzucała do wiadra. To był przykry widok.

Kościół w Odessie był jedynym na całą południową Ukrainę. Przyjeżdżali do niego ludzie z dalekich, wschodnich stron ZSRS, by przystąpić do Sakramentów św. Kiedyś byłem świadkiem, jak weszło do niego dwoje starszych ludzi, uklękli, po chwili padli na twarz i tak się jakiś czas modlili. Później poszli do księdza, do zakrystii. Gdy go zapytałem skąd byli ci ludzie, powiedział, że było to niemieckie małżeństwo, które przyjechało z Syberii, żeby się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Kościoły w zachodnich republikach ZSRS służyły ludziom z jego najdalszych terenów wschodnich.

Ks. Hoppe miał wtedy pozwolenie na przyjazd raz na miesiąc do kaplicy na przedmieściu Kijowa, na Swiatoszynie i na pracę w niej przez trzy dni. Siedem lat później uczestniczyłem tam incognito w przejmującej, niedzielnej Mszy św. bez kapłana. Zapalano świece na ołtarzu, jeden z mężczyzn stawiał na nim i otwierał mszał, przynosił nakryty welonem kielich i kładł ornat. Odzywała się sygnaturka i zakrystii wychodzili ministranci, mężczyźni w komżach. Śpiewano pieśni odpowiadające danej części Mszy św. i ktoś odczytywał przypadające na tę niedzielę teksty z liturgii słowa. Moment Przeistoczenia uświadamiały dzwonki ministrantów i na dłuższą chwilę zapadała cisza. Mocno brzmiał śpiew Ojcze nasz i dalsze śpiewy. Wierni duchowo przyjmowali Komunię św.

W zakrystii poznałem wtedy ks. Bronisława Mireckiego z archidiecezji lwowskiej, który przez 15 lat nie miał pozwolenia na pracę duszpasterską. W tym czasie konspiracyjnie odwiedzał Polaków w Kazachstanie, na Bukowinie i w Moskwie i konspiracyjnie pomagał księżom na Ukrainie w słuchaniu spowiedzi. Dopiero w latach 60. otrzymał pozwolenie na pracę w parafii Hałuszczyńce. Mszy św. w Kijowie, podobnie jak i ja, nie mógł wtedy jawnie odprawić.

Po powrocie z Odessy do Wilna sam już poleciałem do Leningradu. Polecona mi Polka, urodzona jeszcze w Petersburgu, mieszkała blisko jedynego tam wówczas, tzw. francuskiego kościoła pw. Matki Boskiej z Lourdes, przy ulicy Kowieńskij Pierieułok, razem ze swoim wychowankiem, chłopcem już po wojsku. Był moim przewodnikiem po Leningradzie. Powiedziała mi, że w związku z przyjazdem do tego miasta w 1967 r. prezydenta Francji, gen. Charles de Gaula i z zapowiedzią jego wizyty w tym kościele na niedzielnej Mszy św., na drodze z kocich łbów prowadzącej do kościoła, szybko położono asfalt. Opowiadała, że gen. de Gaul podczas Mszy św. przyjął Komunię św. Proboszczem był wtedy ks. Józef Pavilonis. Mam gdzieś fotografię z jego powitania prezydenta Francji przed kościołem. Przyjął mnie bardzo gościnnie. W kościele było na co dzień kilkadziesiąt starszych kobiet i nabożeństwa były po polsku. Ten kościół ostał się dzięki Polakom, którzy tam stanowili ogromną większość wiernych.

W Leningradzie podziwiałem wspaniałą architekturę dwóch wielkich i niezwykle pięknych świątyń prawosławnych. Były to: Issakowskij Sobor i Kazańskij Sobor. Ponieważ zostały zamienione na muzea ateizmu, o które władze dbały, były one w doskonałym stanie. Antyreligijne aranżacje w podziemiach miały przede wszystkim antykatolicki charakter. Spotkałem tam obrazek naszego Założyciela, św. Wincentego Pallottiego, z bezsensownym podpisem: Handlarz odpustami. Zwiedzając sławny Ermitaż dołączyłem się do francuskiej wycieczki. Przy obrazie Świętej Rodziny Leonarda da Vinci, na którym św. Józef trzyma w ręku narzędzia pracy stolarza, przewodniczka objaśniła, że przedstawia on odpoczynek rodziny robotniczej. Było to bardzo bliskie prawdy.

Spacerując po mieście trafiłem na bardzo ciekawe dla mnie muzeum rosyjskich ikon. Po raz pierwszy zetknąłem się wtedy z nimi na specjalnej ekspozycji i było to niezapomniane przeżycie religijne. Prawosławne ikony, jak żadne inne obrazy, ukazują transcendencję, to znaczy duchowy, Boski świat. Pamiętam adres tego muzeum: ul. Inżynierskaja 4.

W pewnym momencie mijałem dużą cerkiew. Ponieważ była otwarta wszedłem do niej i przeżyłem zaskoczenie. Jej wystrój stanowiły cudowne mozaiki, lecz była magazynem drewna budowlanego. Później się dowiedziałem, że jest to tzw. Chram na krovi, to znaczy „Świątynia na krwi”, zbudowana na miejscu zamachu na cara Aleksandra II w 1881 r. i jego śmierci w tym momencie. Zamachu dokonał Polak, student, Ignacy Hryniewiecki.

Z moim przewodnikiem po Leningradzie poleciałem do Moskwy, gdzie miał on przyjaciół. Byli nieobecni, lecz on miał klucz do ich mieszkania. Jego właściciele musieli być fanami Lenina, ponieważ znajdowało się w nim mnóstwo jego popiersi rozmaitej wielkości, od naturalnej do mających wysokość kilku cm i z różnego materiału. Stały na każdym wolnym miejscu.

By odprawić Mszę św. poszedłem do kościoła św. Ludwika, znanego jako tzw. kościół francuski, ponieważ był niegdyś fundowany przez Francuzów. Gdy w okresie międzywojennym Kościół katolicki jako instytucja został w ZSRS pod koniec lat 30. zlikwidowany, w tym znaczeniu, że wszystkie kościoły zostały zamknięte, ten kościół, jako jedyny w tym państwie, był czynny ze względu na dyplomatów z zachodnich ambasad w Moskwie. Stoi przy ul. Małaja Łubianka, bardzo blisko groźnego więzienia w czasach sowieckich, tzw. Łubianki, znanego z wielu wspomnień Polaków, więzionych w nim po 1939 roku. Na plac przed kościołem była skierowana kamera filmowa, która rejestrowała wchodzących do niego ludzi..

W kościele ksiądz w ornacie czarnego koloru odprawiał żałobną Mszę św., było w nim kilkanaście starszych kobiet, a organistka śpiewała po polsku pieśń Jezu w Ogrójcu mdlejący. Było to wzruszające. Moskwa, do Polski tysiąc kilometrów, a tu polska pieśń. Był to symbol obecności Polaków w Kościele katolickim na Wschodzie. To dzięki nim, pomimo krwawych prześladowań w latach 30., przetrwał on tam w ukryciu, bez kościołów i kapłanów, jako duchowa rzeczywistość. W zakrystii proboszcz, ks. Stanisław Mażejka, podał mi natychmiast księgę gości do wpisania się. Mój podpis był nieczytelny, bo byłem nielegalnym turystą. Wtedy nie wiedziałem, że 29 lat temu, 7 września 1941 r., zwolniony z więzienia na Łubiance, ks. Włodzimierz Cieński ze Lwowa, mianowany przez gen. Andersa naczelnym kapelanem tworzonej przez niego w ZSRS Armii Polskiej, odprawił, w obecności generała, Ambasadora RP i wielu polskich wojskowych, Mszę św. Nazwał ją później Pasterką Polską w czasie strasznej nocy Polaków w ZSRS po 17 września 1939 r.

W Moskwie zobaczyłem tylko sławną ikonę Świętej Trójcy Andreja Rublowa w Galerii Tretiakowskiej i wystawianą akurat wspaniałą operę „Borys Godunow”. Mumii Lenina na Placu Czerwonym nie oglądałem. W kolejce do niej stało kilkadziesiąt kobiet z kołchozów, w jakby religijnej postawie i ciszy. Ponieważ było gorąco, zrezygnowałem z tej atrakcji. Na Placu Czerwonym, obok Cerkwi Wasyla Błażennoho z kręconymi, kolorowymi kopułami, ktoś wskazał mi pomnik Minina i Pożarskiego. Później dowiedziałem się, że są to dla Rosjan bohaterzy, ponieważ w 1612 r. stanęli na czele powstania przeciw Polakom, którzy od dwóch lat zajmowali Kreml. Wojska polskie weszły do Moskwy na prośbę moskiewskich bojarów w czasie walk o tron cara, którego chcieli pozyskać w Polsce w osobie królewicza Władysława Wazy.  Głód w wyniku dwóch lat oblężenia zmusił wojsko polskie do kapitulacji w listopadzie 1612 r. Teraz w Rosji 4 listopada obchodzone jest święto narodowe na pamiątkę wyzwolenia Moskwy spod panowania Polaków. Służy to rozbudzaniu w Rosji antypolskich fobii.

Moskwy nie zwiedzałem. Po trzech dniach sam już poleciałem do Rygi. Do Moskwy wróciłem po 23 latach w związku z kwerendą dotyczącą losów duchowieństwa katolickiego w ZSRS, prowadzoną przez moje znajome panie z Moskwy w najważniejszym archiwum postsowieckim, którym jest GARF, czyli Gosudarstwiennyj Archiw Rossijskoj Fiederacji – Państwowe Archiwum Federacji Rosyjskiej. Nie istniał już Związek Sowiecki, mieszkałem w siedzibie administratora apostolskiego dla katolików obrządku łacińskiego w europejskiej części Rosji, bpa Tadeusza Kondrusiewicza, znanego mi z Białorusi, obok jego kanclerza, ks. Anatola Heja, mojego znajomego również z czasów sowieckich z Baranowicz, gdzie był proboszczem jedynego tam wówczas kościoła. Urodził się w Kazachstanie w deportowanej tam z Ukrainy w 1936 r. rodzinie polskiej. Obecnie pracuje w Brześciu, gdzie w nowej dzielnicy tego miasta zbudował kościół.

Jakie wrażenia odniósł ks. profesor w Rydze?

Bardzo sympatyczne, ze względu na wiele historycznych i aktualnych akcentów polskich w tym mieście, o których można by długo mówić. W autobusie, którym jechałem, kierowca miał nastawione radio z Warszawy w języku polskim. Po przyjeździe z lotniska do miasta miłym zaskoczeniem były napisy na autobusach i trolejbusach: Bez konduktora. Przy wymowie słowa „konduktora”, akcent padał na pierwszą spółgłoskę. To była informacja, że trzeba wcześniej kupić bilet i samodzielnie go skasować, ale też i znak zasięgu kultury polskiej w dawnych Inflantach Polskich. W Rydze było wiele pamiątek polskich i czuło się coś polskiego.

Rozmowny taksówkarz zawiózł mnie przed domek ks. Borudziuli, przy ul Raudes jela 34 (ul Płotki). Po drodze opowiadał zabawną historię swojego kolegi, taksówkarza, który wioząc autostradą pasażerkę, starszą kobietę, powiedział jej, że za chwilę oderwą się od ziemi i polecą w powietrzu, czym bardzo ją wystraszył. Opowiedziała ona o tym swojemu synowi, który był wysokim urzędnikiem partyjnym. Na jego prośbę milicja odnalazła tego taksówkarza i za ten żart zapłacił on utratą zatrudnienia.

Ponieważ było gorąco, ks. Borodziula, powitał mnie pytaniem: Czy ksiądz chce do bani? Pomyślałem o tradycyjnej, wschodniej bani z rozgrzanymi kamieniami, gorącą parą i pękiem brzozowych gałązek do chłostania się nimi w czasie jej zażywania. Ale była to tylko zwykła łazienka.

To spotkanie i późniejsze wizyty u ks. Borodziuli były dla mnie ciekawe i ważne na przyszłość. Należał do archidiecezji mohylewskiej, seminarium duchowne ukończył w Petersburgu i tam w 1917 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po ostatnim aresztowaniu w 1926 r., ponad 25 lat spędził w więzieniach, w łagrach i na zesłaniu. Pisząc później pracę na temat losów duchowieństwa katolickiego w ZSRS w okresie międzywojennym, odkryłem, że był jednym z tylko siedmiu księży, którzy przeżyli krwawe prześladowania Kościoła w tym czasie. Ponad 120 zostało rozstrzelanych, inni zmarli na zesłaniu, jeszcze inni w drodze wymiany więźniów politycznych znaleźli się w Polsce, na Litwie i na Łotwie. Po zwolnieniu w połowie lat 50. mieszkał we własnym domku, razem z młodszą siostrą, która w czasie wojny była farmaceutką w randze oficera Armii Sowieckiej i przebywała w Polsce. Mówiła dobrze po polsku. Jak już wspomniałem, ks. Borodziula powiedział mi, że czuje się Białorusinem polskiej kultury.

Podarował mi fotograficzną odbitkę swojego prymicyjnego obrazka w języku białoruskim. Był drukowany czcionką łacińską. Ponieważ jest to dziś niezwykła pamiątka, warto ją tu odtworzyć.

Pamiatka

PIERSZEJ MSZY ŚWIĘTEJ

Katoruju adprawiû

K s.  J ó s e f   B o r o d z i u l a

U parachfialnym Ullskim Kościele [parafia Ułła]

u dzień Zesłannia Ducha św.

21 Maja 1917 h.

Madlitwa

Usiomahuczy i miłaserny Boże, katory praz nieskanczonuju dabratu swaju pryzwaû do  Ałtara słuhu swajohu J ó z e p a, wysłuchaj prośby naszyja i daj kab łaska Twaja Boskaja zaûdahdy była i z im i kab madlitwy, słowy i praca jaho posłużyła dla zbaûiennia usih ludziej. Praz Pana naszaha Jezusa Chrystusa. Amen.

Treść tego obrazka jest wkomponowana w pamiątkę – obrazek 50-lecia kapłaństwa, które po uwolnieniu z łagru obchodził w Rydze w 1957 r. Na odwrocie jego fotograficznej odbitki widnieje okrągła pieczątka z napisem:

Sacerdos Borodziula Josephus. Missionarius in partibus infidelium,

co oznacza: Kapłan Borodziula Józef. Misjonarz w kraju niewiernych.  Wyrażał on misjonarską postawę autora tego napisu.

Ponieważ ks. Borodziula lubił opowiadać o swoich przeżyciach, było to dla mnie wprowadzenie do dramatycznych i tragicznych dziejów Kościoła katolickiego w ZSRS. Nie miał prawa publicznie odprawiać Mszy św. w kościele, chociaż w pobliżu czynny był wielki kościół św. Pawła. Otrzymał je dopiero w 1978 r. Ze łzami w oczach opowiedział mi historię obrazu Serca Pana Jezusa, który wisiał nad ołtarzem w jego mini kaplicy. Znalazł go na strychu domu, w którym zamieszkał po uwolnieniu z łagru. Gdy go zawiesił, uświadomił sobie nagle jego wizję w tym miejscu, jaką miał przed laty we śnie w łagrze. Zmarł w 1983 r. Otrzymałem telegram z wiadomością o jego śmierci i pogrzebie. Nie mogłem jechać.

W ryskim seminarium duchownym, w którym od tego roku bywałem, poznałem ks. Janisa Pujatsa, który obecnie jest kardynałem i ks. Vilhelmsa Niukšsa, późniejszego biskupa, już nieżyjącego. Dzięki rozmowom z nimi poznałem położenie Kościoła katolickiego na Łotwie. Ks. Nukšs  był w seminarium lektorem języka polskiego, a ks. Pujats profesorem liturgiki. Przygotował posoborowy rytuał w języku łotewskim i polskim, lecz cenzura zabroniła druku jego polskiej wersji. Zrobił wtedy jej „spirytusową” odbitkę, jak to nazwał, i dołączył do tego rytuału. Pokazał mi ją. Później powiedział, że Kościół katolicki na Łotwie ma swoich wiernych tylko na tych terenach, które król Stefan Batory po wojnie ze Szwedami włączył do Rzeczypospolitej i na których po Reformacji pracowali polscy jezuici i dominikanie. Narodowe sanktuariom maryjne w Agłonie, to dawny klasztor polskich dominikanów z XVII wieku, fundowany przez polską rodzinę szlachecką.

Ponieważ znaczną część wiernych Kościoła katolickiego na Łotwie od kilkuset lat stanowią Polacy, wszyscy księża znali wtedy język polski. Niektórzy, pracujący w Rydze, w latach 70. bywali w Polsce i zaopatrywali się w potrzebną im literaturę religijną. Poznałem byłego rektora ryskiego seminarium duchownego, ks. Leonarda Kozłowskiego, który był Polakiem. Został usunięty z tego stanowiska przez władze pod pretekstem naruszenia przepisów dotyczących nauczania dzieci religii, do którego księża nie mieli prawa i mieszkał z siostrą w chatce nad morzem. Podczas kolejnego spotkania poprosił mnie o przekazanie do Rzymu wiadomości o potrzebie zatrzymania nominacji pewnego księdza na wyższe stanowisko kościelne. Jego nazwisko napisał laską dużymi literami na piasku pięknej plaży w Zatoce Ryskiej, po której spacerowaliśmy, bym je zapamiętał. Zaraz potem je zatarł.

Woda morska w tej zatoce, dzięki jakimś prądom morskim, jest cieplejsza, niż w naszym Bałtyku i niekiedy z ks. Nukšsem kąpaliśmy się w niej. Kiedyś poszliśmy na obiad do restauracji w nadmorskim parku, przy której stał pomnik Lenina, jak zwykle z wyciągniętą ręką na Zachód. Mówiono tam, że dopóki trzyma on ją nieruchomo, można jeść i pić, ale gdy zaczyna nią poruszać, to znak, że należy już przestać.

Latem 1977 r. byłem z ks. Borodziulą na pięknej uroczystości wieczystych ślubów kilku ukrytych sióstr Honoratek – w konspiracyjnej kaplicy w ich domu przy ul. Altanowskiej. Mieszkała tam wtedy ukryta przełożona prowincjalna M. Łapkowska, zwana „babcią”.  Po obiedzie, podczas spaceru we wspaniałym, nadmorskim, sosnowym lesie w Jurmała nad Zatoką Ryską, matka neobrezbitera, ks. Edmunda Dowgiłłowicza, który nam towarzyszył, opowiedziała ciekawą historię jego wychowania i uczenia języka polskiego, którą zanotowałem, bo była piękna. Niektóre siostry wspominały historię swego powołania. Pochodziły głównie z par. Murafa w winnickiej obłast’i na Ukrainie i były pielęgniarkami. Wybierały ten zawód, podobnie jak zakonnice z innych ukrytych zgromadzeń, ponieważ dawał on okazję duchowego i religijnego wpływu na chorych. Miały u nich doskonałą opinię i chorzy czekali na nie. Na tę uroczystość przyjechali ich rodzice. Na kilka dni zamieszkałem w dużej, drewnianej chacie tego zgromadzenia na przedmieściach Rygi, na tzw. Kamczatce, w której był nowicjat. Było w nim kilka młodych, dzielnych kandydatek, też z dawnych, polskich parafii na Ukrainie za Zbruczem. Podziwiałem ich śpiew staropolskich pieśni kościelnych, których pod dawna nie było już w polskich modlitewnikach. Tam były żywe i lubiane.

Po wspomnianej uroczystości z M. Łapkowską, której dwaj bracia byli kapłanami na Łotwie i z ks. Edwardem Pawłowskim (Eduards Pavłovskis) z  Rygi odbyliśmy długą podróż koleją Riga-Lwów. Ks. Edward był lektorem języka polskiego w seminarium ryskim i później, w 2006 r.,  został biskupem diecezji Jełgava na Łotwie. M. Łapkowska jechała, by odwiedzić ukryty dom jej sióstr przy ul. Kwitki Osnowianienki. Nieraz zatrzymywałem się w tym domu w czasie pobytu we Lwowie w czasach sowieckich. Mszę św. odprawiałem w katedrze lwowskiej, w której proboszczem był wtedy bardzo zasłużony O. Władysław Kiernicki OFMConv., w nowych czasach mianowany lwowskim biskupem pomocniczym przez Papieża Jana Pawła II. Powiedział mi: Ja tu pracuję przede wszystkim dla Ukraińców grekokatolików, bo ich jest więcej we Lwowie i w katedrze, niż Polaków.

 Powiedział mi też, że od lat otrzymuje z Białorusi od pracujących tam księży polskich setki i więcej stypendiów za Msze św., których oni nie są w stanie odprawić i rozdziela je wśród ukrytych księży grekokatolickich, co jest dla nich ważnym wsparciem materialnym. Na Ukrainie za Zbruczem spotykałem nieraz mieszkających tam księży tego obrządku, ponieważ nie mieli prawa mieszkać po dawnej polskiej stronie Zbrucza. Wszyscy oni mieli u tamtejszych księży polskich oparcie materialne i moralne i w ukryciu pomagali im w spowiedzi. Ponieważ była to nieznana, ważna sprawa kościelna i narodowa, opublikowałem na ten temat artykuł pt. Współpraca duchowieństwa katolickiego obrządku łacińskiego i bizantyjsko-ukraińskiego na Ukrainie po II wojnie światowej, Ukazał się w kwartalniku „Przegląd Wschodni. Historia i współczesność Polaków na Wschodzie” (Tom II. Zeszyt 4(8), 1992/93).

Wracam do Wilna. Latem 1978 r., mieszkająca na Birutes M. Apolonia Pietkun, przełożona prowincjalna ukrytych Sióstr Eucharystek, zaproponowała mi wspólną podróż po tej części Wileńszczyzny, która znajdowała się w Białoruskiej SRS. Dzięki niej mogłem po raz pierwszy zobaczyć kilka historycznych kościołów i poznać księży, którzy w nich wówczas pracowali. Poza jednym z nich, ks. Bolesławem Zającem, marianinem młodszego pokolenia, inni mieli za sobą pobyt w łagrach. Poznałem wtedy księży: Jana Grabowskiego z przedwojennego powiatowego miasta Miory i Józefa Frąckiewicza z Głębokiego, marianina. Obaj po wojnie byli skazani na 25 lat łagrów. Opuścili je w połowie lat 50., razem z innymi więźniami politycznymi, dzięki tzw. odwilży za Chruszczowa. Wierni wyrażali się o nich z najwyższym uznaniem. Rozmowy z miejscowymi księżmi pozwoliły mi zorientować się w aktualnej sytuacji Kościoła na Litwie, na Łotwie i na Białorusi.

Matka Apolonia była wyjątkowo mądrą, łagodną i bardzo doświadczoną osobą. Dobrze znała dramatyczne losy księży oraz zgromadzeń zakonnych w czasie powojennych prześladowań i miała trafny sąd na temat sytuacji religijnej i języka polskiego w kościołach na tamtych ziemiach. Wiele skorzystałem z rozmów z nią na te tematy. Wszystkie te wyjazdy poszerzały intelektualne horyzonty w dziedzinie historii, religii, kultury, sytuacji Kościoła katolickiego w ZSRS i spraw narodowościowych.

Ks. profesor wyjeżdżał na Wschód z pomocą duszpasterską i inną. Do jakich krajów były to wyjazdy?  

Chciałbym najpierw powiedzieć, czym te wyjazdy były dla mnie pod względem duchowym. Wychowałem się w dawnej polskiej kulturze religijnej i w niej przeżyłem pierwsze i najgłębsze uczucia w dziedzinie wiary. Po II Soborze Watykańskim w Polsce zniknęło wiele nabożeństw paraliturgicznych, które wzbogacały życie religijne. Na Kresach one nadal istniały i spełniały ważną rolę duszpasterską. Był w nich żywy kult Najświętszego Sakramentu i Matki Boskiej, wiele śpiewu, procesji, świateł, barw i dawne, bliskie mi rytuały religijne.

Zawsze było dużo spowiedzi, do której ludzie z wiarą przystępowali. Widoczne było głębokie przywiązanie do Kościoła oraz wdzięczność dla kapłanów za ich obecność i udzielanie sakramentów św. Później uświadomiłem sobie jej źródło. Było nim bolesne doświadczenie braku kapłanów po II wojnie światowej, za przedwojenną granicą Polski przed wojną. W latach 30. wszystkie kościoły zostały tam zamknięte, a księża aresztowani, uwięzieni i, poza kilkoma, straceni, jeśli pozostali w ZSRS. Po wojnie na Ukrainie było ich kilku na kilkaset tysięcy wiernych, a na Białorusi było tylko nieco lepiej. Dlatego ich obecność była dla wiernych duchowym skarbem.

Wyrazem wielkiego szacunku i wdzięczności za kapłańską posługę było, między innymi, całowanie w rękę, niekiedy także po spowiedzi. Gdy w Głębokiem, latem w 1989 r., ociągałem się z jej podaniem, starsza kobieta zatrzymała się przed konfesjonałem i powiedziała stanowczo: Ojczeńka, rączkę do ucałowania.

W pierwszą niedzielę miesiąca, po głównej Mszy św. i w różne święta  odbywały się procesje eucharystyczne z chorągwiami i różnymi symbolami religijnymi, niesionymi przez mężczyzn i kobiety, z malowniczym szeregiem dorosłych panien w białych sukniach z wiankami na głowach i w zakrywających twarz welonach, a niekiedy także w pelerynach niebieskiego lub czerwonego koloru. Przed Najświętszym Sakramentem dorosłe dziewczęta idąc tyłem sypały kwiatki. Na Ukrainie te dziewczęta nazywały się „sypaczkami”. Wszyscy z ciekawością na nie patrzyli. Jedne i drugie miały opinię czystych dziewcząt i dobrych kandydatek na żony. Był w tych nabożeństwach bogaty element audiowizualny i pewna dostojna uroczystość. Władze nie lubiły tych procesji, choć odbywały się one tylko wokół kościoła, tam gdzie było to możliwe.

Ciekawe były obrzędy pogrzebowe na wsi, w domu zmarłego i przy nim. Brała w nich udział cała wioska. Młodzi ludzie z białymi kokardami na rękach kroili wielkie bochenki białego chleba i rozdzielali go ludziom. Były chorągwie kościelne i procesja na cmentarz. Pogrzeb był przeżyciem wspólnotowym. Było to możliwe tylko na wsi. Uczestniczyłem w nim w maju 1979 r. w parafii Bar, we wsi Szerszenie, na Ukrainie. W tej wsi ludzie pomimo usiłowań władz w ciągu wielu lat, obronili stojący w środku wsi krzyż, pilnując go w dzień i nocy.

W paraliturgii ludzie wyznawali swoją wiarę i ona ją umacniała. Reformy po Soborze Watykańskim II bardzo zredukowały i zubożyły element audiowizualny w niej i w liturgii. Był to błąd. Jej zachodni reformatorzy nie znali kultury religijnej Europy Środkowo-Wschodniej. Ich argumentem było twierdzenie, że istotna jest Msza św., a inne nabożeństwa nie są istotne. Było to słuszne z dogmatycznego punktu widzenia, lecz ze względów duszpasterskich ważne są także inne nabożeństwa, np. do Serca Pana Jezusa, eucharystyczne, maryjne i inne, które stopniowo w Kościele powstały. Na Zachodzie je zlekceważono. Wyziębiło to życie religijne i ludzi od Kościoła nie pociągnęło.

To była religijność ludowa będąca inkulturacją wiary katolickiej, bezcenną dla jej zachowania w czasach, gdy nie było kościołów i kapłanów. Szczególnie bogaty wyraz miała ona w Adwencie, w okresie Bożego Narodzenia, w W. Poście i na Wielkanoc. Nie były to powierzchowne tradycje religijne, ponieważ ich wypełnianie wymagało poświęcenia ze strony wiernych.

Na Ukrainie byłem pod wrażeniem śpiewu w kościołach. Tak mocnego śpiewu w Polsce nigdzie nie słyszałem. Ludzie znali wszystkie zwrotki dawnych pieśni religijnych i to były ich modlitewniki, których nie mieli. W tym śpiewie wyrażali swoją wiarę i on ich w niej umacniał. Równie mocne były odpowiedzi na liturgiczne wezwania kapłana podczas Mszy św. To robiło wrażenie, bo w Polsce czegoś podobnego nie było. Żyło jeszcze wtedy pokolenie pamiętające czasy prześladowań za wiarę i polskość i nieraz słuchałem ich opowiadań. To nie były tylko informacje o tym jak było, ale i świadectwa wiary. Wzruszająca i budująca była wiara widoczna w spowiedziach Polaków przyjeżdżających na święta z głębi ZSRS w strony rodzinne. Przeżyłem to przed Wielkanocą w Żytomierzu w 1989 r. Wtedy żyło jeszcze pokolenie, które broniło kościołów i za to cierpiało. Dlatego wyjazdy na Kresy były duchowo wzbogacające i zapadały w pamięć.

Proszę powiedzieć, jak wyglądała wówczas praca duszpasterska.  

Trudno mówić o pracy duszpasterskiej w ogóle. To temat na całą książkę, którą należałoby napisać, by ta niezwykła i heroiczna praca nielicznych ówczesnych kapłanów na Wschodzie w powojennym ZSRS i podobna postawa religijna wiernych, nie wpadła do studni zapomnienia. Wspomnę tylko o mojej, okresowej i przygodnej pracy, na Białorusi, na Ukrainie i w Gruzji, przed pierestrojką ukrytej, a później jawnej. Na Litwie była ona zawsze jawna.

Mało kto w Polsce wie o tym, że na Ukrainie za przedwojenną granicą Polski z dawnych czasów pozostały duże skupiska polskie. Jest tak, pomimo deportacji do Kazachstanu 60 tys. Polaków w 1936 r. i krwawej „Operacji polskiej” NKWD w latach 1937-1938, w czasie której zamordowanych zostało tam kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Na przedwojennych terenach obecnej archidiecezji lwowskiej i łuckiej, włączonych po wojnie do ZSRS, takich skupisk już nie ma i nie będzie. To już niemal Atlantyda.  Dlatego tam, w diecezji kamieniecko-podolskiej i żytomiersko-kijowskiej, jest obecnie główna siła Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego na Ukrainie.

W 1977 r. po raz pierwszy nielegalnie znalazłem się w Gródku Podolskim, który, z racji przewagi w nim ludności polskiej, nazywano kiedyś małaja Warszawa. To winnickaja obłst’, czyli winnickie województwo, a obecnie diecezja kamieniecko-podolska. Dwa tamtejsze kościoły zostały wysadzone w powietrze w 1935 r. Została tylko niewielka kaplica na cmentarzu, którą po wojnie wierni obronili pilnując jej dzień i noc. Była uroczystość Wniebowzięcia NMP i wokół niej, pod wysokimi drzewami, modliło się około tysiąca osób. Tworzyły one jakby wielką świątynię.

Od rana przez trzy godziny spowiadałem siedząc na krześle w ukrytej i ciasnej wnęce, wykutej w murze od strony dobudowanej, małej zakrystii. W górnej części drzwiczek, które tę wnękę zakrywały, były otwory pozwalające na spowiedź.

Od początku tego roku był tam charyzmatyczny proboszcz, ks. Władysław Wanags, absolwent seminarium duchownego w Rydze, o nietypowym życiorysie przed wstąpieniem do niego. Był Łotyszem, ale powiedział mi kiedyś: Mnie babusia po polsku pacierza uczyła.

W czasie pieriestrojki i później, jeździłem do Gródka z pomocą w okresie  głównych świąt kościelnych. Tam 25 grudnia 1989 r., oglądałem przypadkiem w telewizji sowieckiej rozstrzelanie wszechwładnego, rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu i jego żony Eleny. Bardzo przykry był widok, gdy po salwie plutonu egzekucyjnego oboje padli na ziemię.

Ks. Władysław Wanags miał wtedy pod opieką kilkanaście punktów duszpasterskich, mieszczących się w wiejskich chatach oraz w kilku co dopiero odzyskanych kościołach. Gdy inni księża odmawiali ich przyjęcia, bo były bardzo zniszczone, on je obejmował i remontował.

Praca w tych nietypowych wówczas ośrodkach duszpasterskich, pozostających pod jego opieką, to niezapomniane do dziś przeżycia. W niedzielę i święta wczesnym rankiem wyjeżdżałem z kierowcą do trzech miejscowości, zwykle  dość odległych. Wszędzie był podobny porządek: spowiedź, Msza św., po niej wystawienie Najświętszego Sakramentu i śpiew najpiękniejszej polskiej pieśni, Święty Boże. Dodawało się w niej na koniec wezwanie wprowadzone przez miejscowych księży: Abyś lud Twój, Panie, od plagi pijaństwa zachować raczył.

Nigdy w Polsce tak mocnego śpiewu tej pieśni i innych zresztą, nie słyszałem. Na zakończenie było błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Msze św. i nabożeństwa, niekiedy odprawiane w chatach z dziećmi przy ołtarzu i z ludźmi na wyciągnięcie ręki, modlących się z żywą wiarą, przeżywało się inaczej niż w kościele. Wracałem wieczorem.

Niekiedy w świeżo odzyskanych kościołach, zawsze po długich, upartych i zwykle zbiorowych staraniach wiernych, niekiedy spektakularnych, było jeszcze dotychczasowe ich wyposażenie. W podominikańskim kościele z XVIII w. w Smotryczu, odzyskanym tuż przed Bożym Narodzeniem 1989 r., w którym było przedtem kino, po raz pierwszy po 45 latach w to święto odprawiałem Mszę św. na stole ustawionym na scenie i na tle kinowego ekranu. Ludzie siedzieli na krzesłach dawnego kina. Ks. Wanags wygłosił piękne kazanie. Przedtem od pewnego czasu była w tej miejscowości kaplica w domu rodziny katolickiej. Wzruszającym przeżyciem była w niej dla mnie Pasterka. Jej dekoracja na Boże Narodzenie, bliskość tłumu ludzi przy ołtarzu i mocny, radosny śpiew kolęd całego zgromadzenia, tworzył cudowną atmosferę Świąt Bożego Narodzenia. Gdyśmy się z tej kaplicy przeprowadzali do kościoła, gospodyni tego domu bardzo płakała.

Podobnie było w miejscowości Tarnoruda, która leży po obu brzegach rzeki Zbrucz i w 1921 r. została podzielona granicą między Polską i ZSRS, biegnącą po tej rzece. Wielki, murowany kościół z XVIII w. pozostał po sowieckiej stronie i w latach 30. został zamknięty. Po wojnie był w nim skład nawozów sztucznych, które niszczyły jego mury. Po jego odzyskaniu w 1989 r. i po wstępnym uporządkowaniu jego wnętrza, po raz pierwszy po prawie 50 latach, odprawiałem w nim Mszę św. w okresie Bożego Narodzenia, a ks. Wanags głosił kazanie. Ktoś z parafian wywożonych w 1936 r. do Kazachstanu zabrał ze sobą z kościoła na pamiątkę mały, kuty w żelazie dzwonek, którym ministrant podczas Mszy św. dzwonił na Podniesienie. Jakiś młody człowiek przyjechał z Kazachstanu, by odwiedzić rodzinne strony swoich dziadków i przywiózł ten dzwonek. Gdy ks. Wanags w czasie kazania, opisując z wielką ekspresją losy tego kościoła, zadzwonił nim, rozległ się głośny płacz. To były wzruszające momenty. Później nagrałem w tym kościele piękny i charakterystyczny śpiew kolęd, śpiewanych przez prawie same kobiety. Ich nagranie przekazałem do Radia Lublin i było w nim odtwarzane. Byłem w nim wtedy z ks. prof. Zaleskim z seminarium duchownego w Siedlcach.

W Wołoczyskach w 1990 r., w okresie wielkanocnym, odprawiałem Mszę św. na 2 piętrze kościoła zamienionego na fabrykę i tylko częściowo odzyskanego. Jej sceneria była niezwykła, ponieważ wokoło stały różne maszyny.

Podczas Mszy św. szczególny, bo bardzo sakralny charakter miał moment Przeistoczenia i Podniesienia. Cały kościół półgłosem wypowiadał wówczas słowa uwielbienia: Pan mój i Bóg mój oraz: O Krwi Najdroższa, zbaw duszę moją lub: Zawitaj Przenajświętsza Krwi Pana Naszego Jezusa Chrystusa, któraś była wylana za moje grzechy i za grzechy całego świata. Ale były też kościoły, w których w tym momencie zapadała absolutna cisza. Tam parafianie mówili: U nas w czasie Podniesienia jest taka cisza, że jak mucha przeleci, to ją słychać.

Liturgia Mszy św. i wszystkie nabożeństwa były wtedy w odwiecznym na tych terenach języku polskim. Było widać, że parafie są  żywymi wspólnotami języka i wiary, umocnionymi wieloletnim cierpieniem za nią i jej obroną. To nie była wiara na pokaz. Nierzadko ludzie przyjeżdżali z daleka do kościołów już w sobotę po południu i nocowali w nich siedząc w ławkach. W niedzielę uczestniczyli we Mszy św. i po niej rejsowymi autobusami wracali do domu. Gdy kiedyś zapytałem jedną z kobiet, jak się czuje po tak niewygodnie spędzonej nocy, odpowiedziała: Niczewo, Bogu na chwałę. To był dowód, że obecność ludzi w kościołach jest dla nich nie tylko spełnieniem niedzielnego obowiązku katolika, ale i wyrazem wiary.

Bogactwo bliskich mi emocjonalnie obrzędów, melodie dawnych pieśni religijnych, znane mi z dzieciństwa, nieobecne już w Polsce symbole religijne, widoczna cześć dla sacrum i żywa wiara ogółu wiernych, to wszystko było dla mnie powrotem do pierwszych lat kapłaństwa. Jeśli zasadniczą motywacją moich wyjazdów na Wschód była pomoc w pracy duszpasterskiej, to uczestniczenie tam we wspólnotowym życiu religijnym i spotkania z tamtejszymi ludźmi opowiadającymi o tym, co przeżyli za czasów sowieckich, tę motywację wzmacniały.

W okresie Bożego Narodzenia 1989/1990 r. chodziłem po kolędzie w Gródku Podolskim oraz w dwóch parafiach niedaleko Kamieńca Podolskiego. Były to Czercze, gdzie wierni niedawno odzyskali kościół oraz tworząca się dopiero parafia Sachkamień, gdzie jeszcze nie było kościoła. W Czerczach jest mocny kościół z potężnych głazów polnych, zbudowany na początku XVII w. Za czasów Chruszczowa władze nakazały go zburzyć. Za pomocą stalowych lin i traktorów próbowano rozerwać jego mury, lecz się to nie powiodło i dano spokój.

Ta kolęda była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Ludzie starsi znali język polski. W pewnym domu oparta o poduszki staruszka powiedziała na zakończenie kolędy: Polsko, ty z popiołów powstaniesz i ozdobą narodów zostaniesz.

To było jak proroctwo.

Można by tak powiedzieć. Ale było wyobrażenie o wielkiej i szlachetnej Polsce, którym żyły dawne pokolenia na Kresach. Ks. Jan Snieżyński, pochodzący z Brahiłowa na Ukrainie, opowiadał mi w Tbilisi, że gdy jako mały chłopiec chodził na wsi na ukrytą katechezę, pewnego dnia nie zastał katechetki, lecz tylko jej starszą już matkę. Ta mu wówczas powiedziała: Ot detino, my tyt bidny i hriszny ludi rozmawlajemo na mużyckiej mowi, ale Boh w nebe z anhełami tylki po polsku rozmawlajet. Ludzie wyobrażali sobie, że Polska to najpiękniejszy i najbardziej katolicki kraj i że polski język jest najpiękniejszy. Kiedyś w parafii Murafa na Ukrainie usłyszałem charakterystyczną opinię o pewnym parafianinie, który się źle zachował: Polak, a tak niegodnie postąpił. To wyobrażenie o szlachetnej Polsce pomagało ludziom w czasach prześladowań zachować wiarę, polską narodowość i utrzymać więź społeczną .

Pomoc duszpasterska w parafiach ks. Wanagsa i przyjaźń z nim w ciągu ponad 20 lat, to dla mnie wyjątkowe wspomnienie z czasów bywania na Ukrainie. Był kapłanem i duszpasterzem niezwykłej wiary i odwagi. Przeciwników i wrogów po stronie władzy zaskakiwał niezwykłym stylem spotkań z nimi lub ich odmową. Urzędników witał słowami: Mir wam. Przeżył zamachy na jego życie. Był społecznikiem. W czasach sowieckich zbudował w Gródku wielki Dom Opieki dla osób starych i chorych wszystkich wyznań, a po pierestrojce dwa gmachy dla seminarium duchownego. Później zbudował i odnowił 20 kościołów i zbudował tyleż mieszkań dla księży.

Gdy przyszedł do Gródka Podolskiego, była tam niewielka kaplica cmentarna. Stopniowo, pomimo wielu przeszkód, powiększał ją i zbudował na jej miejscu pierwszy w ZSRS duży i funkcjonalny kościół oraz potrzebne przy nim mieszkania i lokale. Mogłem być na jego poświęceniu 18 września 1988 r. Dokonał go znany mi z dawnych czasów ks. Wilhelms Niukšs, biskup pomocniczy z Rygi.  Przedtem, 28 marca, ks. Wanags podczas uroczystości w Zamku Królewskim w Warszawie otrzymał nagrodę „Totus”, przyznaną mu przez Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia” powołaną przez Konferencję Episkopatu Polski, za wybitne zasługi dla kultury chrześcijańskiej, pracę charytatywną i dydaktyczno-wychowawczą. Otrzymał także nagrodę pieniężną – 25 tys. złotych. Przeznaczył ją na Dom Miłosierdzia.

Wracam do pytania o kraje, w których ks. profesor bywał z pomocą duszpasterską i inną.

W latach 1970-2018 była to Litwa, Białoruś, Ukraina, Gruzja, a w pewnym stopniu i inne kraje. Podczas jednego z pobytów w Tbilisi byłem w Kabardyjsko-Bałkarskiej Autonomicznej SRS i w Armenii. Wyjazdy do tych ostatnich republik były jednak tylko jednorazowe. Pierwszy wyjazd miał charakter duszpasterski, drugi był rekonesansem religijnym.

Ponieważ pracowałem na Wydziale Nauk Społecznych KUL i miałem ograniczenia czasowe, były to wyjazdy w czasie wakacji oraz na święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, gdy była największa potrzeba pomocy duszpasterskiej. Wydaje mi się, że wyjazdów do różnych parafii we wspomnianych krajach, w tym parafii pallotyńskich, było w ciągu ponad 40 lat bywania na Wschodzie w sumie ponad pięćdziesiąt, licząc wyjazdy do innych placówek duszpasterskich z tych parafii, w których akurat przebywałem.

Na Litwie w czasach Związku Sowieckiego wyjątkowym miejscem pomocy duszpasterskiej był polski kościół św. Ducha w Wilnie. Obecność w nim znanego na całym świecie obrazu Pana Jezusa Miłosiernego sprawiała, że ten duży kościół codziennie w czasie wieczornej Mszy św. był pełen wiernych, więc istniała tam zawsze potrzeba pomocy w spowiedzi i w kazaniach. Włączałem się w nią za każdym razem, gdy byłem w Wilnie. W tym kościele poznałem jego ówczesnego proboszcza, ks. Aleksandra Kaszkiewicza, obecnego biskupa na Białorusi w Grodnie. W 1992 r. w polskim Instytucie Katechetycznym, mieszczącym się w podominikańskim gmachu przy tym kościele, miałem dla jego studentów wykład z katolickiej nauki społecznej.

Gdy chodzi o konkretne miejscowości, to na Ukrainie był to Żytomierz, początkowo katedra, nieco później tzw. kościół seminaryjny, który objęli i częściowo odrestaurowali Pallotyni (później przejęli go Bernardyni, jego pierwotni właściciele) oraz okolice Żytomierza, np. Zwiahel, czyli Nowogród Wołyński, kilka innych punktów duszpasterskich w chatach,  a gdzie indziej parafia Murafa, w czasach sowieckich Żdanowo. Były również pallotyńskie parafie w Sarnach i okolicy oraz w Dowbyszu i okolicy. W tej ostatniej w 1992 r. w W. Tygodniu w czasie Triduum Sacrum odprawiałem każdego dnia wielkotygodniowe nabożeństwa w trzech dojazdowych punktach duszpasterskich. W dwóch wypadkach były to chaty wiejskie, a w miejscowości Nowy Zawod, był to dawny, drewniany kościół. Pierwsze nabożeństwo zaczynało się już wczesnym popołudniem, a trzecie, takie samo, w tym kościele późnym wieczorem. Tylko w nim, po wielkosobotniej liturgii odbyła się już po północy, Rezurekcja. To był wyjątkowy wypadek.

Na Białorusi bywałem z pomocą w Pińsku, Nowej Myszy koło Baranowicz, w Nowogródku, Baranowiczach, w Grodnie, w Niedźwiedzicy, w Głębokiem, w Bieniakoniach i w Oszmianie, zwykle z wyjazdami do filii tych parafii lub innych w sąsiedztwie, w których była potrzeba pomocy. Były ciekawe spotkania z ludźmi z nowootwartych parafii, ponieważ opowiadali o powojennych losach odebranych im kościołów i o staraniach o ich odzyskanie.

W Pińsku, gdzie w sierpniu w 1988 r. pomagałem ks. Kazimierzowi Swiątkowi w spowiedzi dzieci przed I Komunią św., dnia 12 sierpnia, w domu ukrytych Sióstr Misjonarek Rodziny Świętej, pracujących w tamtejszym Domu Dziecka, ochrzciłem dwuletniego chłopca, sierotę bez obydwu dłoni. Ponieważ było to w niedzielę, Siostry nazwały go Woskries’eński, od nazwy niedzieli po rosyjsku – Woskriesienije.

W pierwszych dniach września 1988 r. byłem w Grodnie świadkiem niezwykłego wydarzenia, jakim była wizyta na Białorusi Prymasa Polski, kard. Jozefa Glempa. Przyjechał na zaproszenie prawosławnego metropolity Mińska i Białorusi, Filareta i odwiedził Grodno, Lidę, Nieśwież, Pińsk, Brześć i Mińsk. W Grodnie na wielkim placu przed katedrą oraz w pobliskich ulicach stały tysiące ludzi i panował nastrój wielkiej radości, bo ta wizyta była dla wszystkich zapowiedzią wolności religijnej.  Piękne powitanie Prymasa wygłosił w katedrze jej ówczesny proboszcz, ks. Tadeusz Kondrusiewicz. W następnym roku został pierwszym od lat przedwojennych biskupem na Białorusi. Tego samego dnia wieczorem wracałem do Wilna z ks. Stasisem Lidisem, proboszczem parafii Niepokalanego Poczęcia NMP na Zwierzyńcu. Był tam bardzo oddanym duszpasterzem Litwinów i Polaków. Często u niego bywałem, ponieważ w jego plebanii była atmosfera życzliwości i przyjaźni.

W 1989 r. podczas wakacji letnich zastępowałem w par. Głębokie na Wileńszczyźnie ks. Władysława Zawalniuka, który miał za sobą piękną kartę pracy w Mołdawii. Gdy tam przyszedł, był tylko jeden punkt duszpasterski. On stworzył ich kilkanaście i został za to wydalony z tej republiki.  Głębokie to dziś witebskaja obłas’t na Białorusi i witebska diecezja. Ks. Zawalniuk starał się wtedy o rejestrację w Mińsku, gdzie, jak mówił, było ponad 300 tys. katolików, którzy napłynęli tam z wiosek i nie mieli opieki duszpasterskiej. Uzyskał ją i położył tam wielkie zasługi przywracając sakralny charakter tzw. czerwonemu kościołowi św. Heleny i Szymona przy głównym placu w Mińsku, zamienionemu na kino. Od 30 lat jest tam niezwykle aktywnym duszpasterzem. Na plebanii w Głębokiem była wtedy jego mama, święta kobieta. Oboje pochodzili z parafii Murafa na Ukrainie. Z okazyjną pomocą bywałem wtedy w sąsiednich parafiach – w Mosarzu, Prozorokach i Udziale. W tej ostatniej wierni odzyskali wtedy dawny, pofranciszkański kościół, do którego przewieźliśmy dużą, białą figurę Matki Boskiej z kościoła w Głębokiem, przechowaną w nim po zamknięciu przez władze kościoła w Udziale.

To był czas religijnego entuzjazmu. Po usilnych staraniach odzyskiwano zamknięte przez władze po wojnie kościoły. Pierwsze nabożeństwa w nich były dla ludzi wzruszające, ponieważ po kilkudziesięciu latach pojawiał się w nich tłum dzieci i młodzieży. Katolicy na skraju swoich wiosek stawiali krzyże na miejscu ściętych po wojnie przez władze sowieckie. Było to z ich strony wyznaniem wiary. Kapłani je poświęcali.

Gdy przed poświęceniem krzyża we wsi Koroby w parafii Głębokie, powiedziałem do zebranych przy nim ludzie, że nie będę mógł przemawiać do nich w języku dla wszystkich zrozumiałym, padły natychmiast spontaniczne głosy: My rozumiemy po polsku.

Poznałem wtedy p. Józefę Kobzik z tej wioski, osobę obdarzoną darem słowa. Jej opowiadanie o czasach prześladowań religijnych za pierwszej okupacji sowieckiej w latach 1939-1941 i po wojnie, było tak realistycznym opisem losów i postaw represjonowanych księży, których ona znała i którym pomagała, że poprosiłem ją o spisanie wspomnień. Spełniła moją prośbę i ukazały się one w 1991 r. w dwóch numerach dominikańskiego miesięcznika „W Drodze” (nr 9 i 10). To przejmująca lektura i źródło historyczne. Jej ponad 30 listów do mnie z lat 1989-1998, to wzruszający obraz powojennego życia religijnego i społecznego tamtejszych wsi polskich i duchowego dramatu ludzi starszego pokolenia. W jednym z nich z 1989 r., który warto przytoczyć, pisała (zachowana oryginalna forma listu):

Czcigodny Ojcze,

Wybacz mi że turbuję swym pisaniem, bo to może trudno i pojąć będzie, ale zawsze Polskie litery mnie też trudno pisać ręce mi mocną drżą oczy też źle widzą, a chciałoby się dużo napisać o naszym życiu od oderwania nas, od naszej Kochanej matki Polski w 1939 r. Kto żył przy Polsce prawie każdy człowiek kto ma rozum na miejscu stracił zdrowie i do tego naszego życia nie przyzwyczaił się, bo to nie równać ani kultury ani wogule życia naszego z życiem Polski.  

Ojcze, jak zobaczę kapłana Polskiego, serce otwiera się i rwie się do Polski. Bo przypomina się życie przedwojenne, ta wolność wiary, po której tutaj się deptano. Wybacz Ojcze Czcigodny chciałaby wyżalić się ze wszystkiego co tu przeżyła nie ja jedna cały wierzący lud nasz ale trudno. na tem muszę kończyć.

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Józefa.

Mój adres: BCCR.  Kobzik Józefa Iwanowna. d. Koroby I. Hłuboksoho r-jona. Witebskoj obł.

Pani Józefa była emerytką po latach pracy w kołchozie. Patrzyłem na nią z najwyższym szacunkiem i podziwem dla jej wiary, modlitwy, wierności Kościołowi i miłości do Polski. Jej osoba przypominała mi słowa ks. Piotra Pupina z parafii Rubieżewicze, tuż przy przedwojennej granicy wschodniej Polski, który, mając na myśli ludzi na ówczesnej Białorusi za tą granicą, powiedział mi kiedyś: Ja bym chciał wstać, jak ich spowiadam i ucałować ich brudne buty.

W 1989 r., na prośbę ks. Kazimierza Świątka z Pińska, wówczas ukrytego administratora diecezji pińskiej, a później biskupa i kardynała, byłem z pomocą w Wielkim Tygodniu w par. Niedźwiedzica, u wiekowego już ks. Wacława Piątkowskiego, świątobliwego kapłana, niezwykle zasłużonego dla Kościoła na Białorusi. Pod jego kierunkiem dziesięciu kandydatów w konspiracji przygotowało się do kapłaństwa. Jeden z nich, Antoni Dziemianko, jest obecnie biskupem ordynariuszem diecezji pińskiej.

Przejmująca była w tej parafii adoracja Pana Jezusa w Grobie, w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, prowadzona w kościele przez kobiety, przy świecach na ławkach. Były to rozważania na temat Męki Pańskiej, odczytywane z dawnego modlitewnika polskiego. Treść tych rozważań oraz dawne pieśni pasyjne, to był przejmujący wykład prawd wiary chrześcijańskiej, bardziej wymowny niż najlepsze kazanie. Później byłem świadkiem podobnej, nocnej adoracji w tym samych dniach Wielkiego Tygodnia, w par. Żeszczyńce k. Gródka Podolskiego, gdzie byłem przygodnym duszpasterzem w Wielkim Tygodniu i na Wielkanoc. Kaplica była w wiejskiej chacie. Po Rezurekcji, kobiety i dzieci biorąc się za ręce utworzyły radosne, taneczne koło i śpiewały „Jołkę”. Nie bardzo umiały wyjaśnić, co to znaczy, lecz był to piękny wyraz wielkanocnej radości.

W Niedźwiedzicy pełen napięcia był wczesny poranek wielkanocny przed Rezurekcją. W kolejce do spowiedzi wśród penitentów pojawiali się młodzi ludzie zza przedwojennej granicy wschodniej, dla których niekiedy była to pierwsza w życiu spowiedź. Byli ochrzczeni, ale znali tylko Ojcze nasz i Zdrowaś Maryja. Taka spowiedź się przedłużała i ludzie czekający w kolejce głośno na to sarkali.

Bardzo charakterystyczny był sposób przyjmowania przez ks. Piątkowskiego zgłaszających się do niego interesantów. Odpowiadał im w tym języku, w jakim się do niego zwracali – po polsku, po rosyjsku i w miejscowej gwarze. To był dowód jego szacunku dla tych ludzi. Taka była postawa wszystkich miejscowych księży polskich starszego pokolenia, którzy tam pracowali. Inna bywa tam dzisiaj.

W swoich cennych Wspomnieniach, tylko częściowo opublikowanych  zanotował zdanie z audycji Radia Watykańskiego w języku białoruskim z 7 maja 1982 r. Prowadzący ją speaker oskarżał księży polskich o to, że zmuszają białoruski naród do modlenia się we wrogim mu języku i tylko dwóch z nich modli się z narodem w języku białoruskim. Brzmiało ono: Moliciesia prapowiedniki zmuszajuć molicca biełaruski narod u warożoj dla nich mowie. I toki dwóch swietarou moliccia z narodom u biełaruskoj mowie. Pokazał mi odpis tego zdania. Mówił o tej wypowiedzi z przykrością, jako niezgodnej z rzeczywistością, budzącej wrogość na tle narodowym i niegodnej Radia Watykańskiego. Język polski w kościele był bowiem odpowiedzią na oczekiwanie wiernych.

W sierpniu 1990 r. prowadziłem w Bieniakoniach, rekolekcje dla ponad 30 księży z dawnej archidiecezji wileńskiej i pińskiej. To obecnie teren diecezji grodzieńskiej. Byli wśród nich bardzo zasłużeni, najstarsi księża miejscowi, z lat przedwojennych, pierwsi księża z Polski pracujący na Białorusi oraz spolonizowany i bardzo dzielny Litwin, ukryty jezuita, ks. Kazimierz Żylis, zasłużony dla filmowego dokumentowania wracających do życia kościołów. Poznaliśmy się w Murafie 1979 r., gdy był proboszczem w nowo otwartej kaplicy w Winnicy, która jest wielkim miastem wojewódzkim. Został z niej po roku wydalony przez władze za zbyt aktywną pracę duszpasterską. Później pracował w parafii Indura na Białorusi i w Grodnie, jako kapelan więzienia. Obecnie jest w domu oo. jezuitów w Warszawie.

Jawne rekolekcje księży w Bieniakoniach były po wielu latach pierwszymi tego rodzaju. Brał w nich udział także nowo mianowany administrator apostolski na Białorusi, ks. bp Tadeusz Kondrusiewicz. W czasie konferencji na zakończenie rekolekcji odczytał słowa z dekretu ks. Prymasa Glempa, wręczanego księżom udającym się na Białoruś: Będziesz służył każdemu, kto się do ciebie zwróci w każdym języku i postarasz się nauczyć potrzebnych języków. Po kilkunastu latach, na prośbę ks. dziekana Jana Puzyny z Oszmiany, miałem u niego rekolekcje dla kilkuosobowej grupy księży z okolicznych parafii. To również teren wspomnianej diecezji.

Wrócę jeszcze do Ukrainy, ponieważ wypada coś więcej powiedzieć o wspomnianej już parafii Murafa i jej proboszczu, ks. Antonim Chomickim, wspaniałym duszpasterzu, nazywanym patriarchą Ukrainy. W lutym 1979 r. poprosił mnie o pomoc w końcowym okresie spowiedzi wielkanocnej, której tam było wiele. Po wojnie był w łagrze, miał za sobą kilkadziesiąt lat wyczerpującej pracy duszpasterskiej w różnych parafiach i spowiedź go męczyła, bo miał niedosłuch. W Murafie pracował od 1958 r. Zaprosił mnie, mając mój adres od znajomych. W sytuacji, gdy listy księży były kontrolowane, posłużył się listem napisanym jakoby przez moją siostrzenicę z tej parafii. W rzeczywistości on sam był jego autorem. Prosiła mnie ona, jako swojego wujka o szybki przyjazd w sprawach rodzinnych. Przytoczę go w całości, jako przykład religijnego kamuflażu w czasach sowieckich:

Najukochańszy Wujaszku,

Ja już nie wiem od czego zaczynać, jak prosić i jak przepraszać. W myśli ja już ten list piszę trzy miesiące. I wciąż coś mi przeszkadza, czy to na dobre czyn złe, sama nie wiem. Tego wszystkiego nie opiszę tylko trzeba opowiedzieć la tego ja bardzo chcę do Wujka przyjechać. Ale przedtem musi Wujek przyjechać do nas. Tym bardziej, że mama bliska śmierci, a brat młodszy też się już na śmierć spowiadał. Z tych i z wielu innych przyczyn Kochany Wujcio musi, musi do nas przyjechać. Ażeby Wujcio do nas przyjechał ja muszę wysłać wyzew, a do tego trzeba mi wiedzieć, imię Wujciowego Ojca, datę i miejsce Wujciowego urodzenia, miejsce pracy i zamieszkania. Wujcio Najdroższy i Ukochany proszę mi wszystko przebaczyć i za nic się nie gniewać i za to, że ja zgubiłam Wujcia personalia, które moi dał brat Franio. Błagam, błagam zaraz wysłać Mnie wszystkie wskazane i potrzebne dane. Niecierpliwie będę czekała. Tymczasem serdeczne pozdrowienia od mamy, od ciotek i braci. A z miłością całuję Wujaszka rączki, kochająca Wujaszka Weronka.

Słoboda Murachowska, dnia 15/II – 1979 r.

Mój adres. USSR. Winnickaja obł., p/o Żdanowo 288058, s. Słoboda Murachowskaja, Szychner Weronika Josifowna.

Moje dane natychmiast wysłałem, lecz mogłem jechać dopiero na początku maja. Moim głównym zadaniem była spowiedź. Siadałem do niej w konfesjonale po cywilnemu, zakładając stułę. W pobliżu stała kobieta znająca wszystkich parafian. Powiedziała mi, że jeśli w kościele pojawi się nieznany jej człowiek, da mi znak, że mam zniknąć w tłumie. Nie zdarzyło się to jednak. Z podziwem słuchałem chóru parafialnego, prowadzonego na wysokim poziomie przez organistę, p. Eugeniusza Swarcewicza. Jego chór był dla jego członków, szkołą języka i kultury polskiej, a na chórzystki i na chórzystów patrzono, jako na najlepsze kandydatki na żony i najlepszych kandydatów na mężów.

Dnia 2 czerwca tego roku po raz pierwszy do Polski przybył Papież Jan Paweł II. W tym dniu z radością słuchaliśmy z ks. Chomickim, ks. Eliaszem Bławatskim, grekokatolikem z sąsiedniego Szarogrodu, prywatnie tam mieszkającym oraz z całym personelem plebanii, jego przemówienia na Placu Zwycięstwa, a w nim jego ostatnich słów: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!

Trzy dni później wróciłem do Polski, by zdążyć na spotkanie z Papieżem 6 czerwca na Błoniach Krakowskich. Atmosfera w Krakowie była niesamowita. Przyjechałem nie mając zapewnionego noclegu. Gdy mężczyzna stojący obok mnie przy jednym z klasztorów usłyszał, że już brak miejsc na nocleg, zaprosił mnie do siebie. Na Błoniach było ponad milion osób. Panowała radość nie do opisania i życzliwość ułatwiająca wszystko. O pierwszej wizycie w Polsce Jana Pawła II napisano, że zmieniła bieg historii.

W czasie pobytu w Murafie nielegalnie jeździłem z kierowcą do odległego o 50 km Baru, gdzie proboszczem był ks. Bronisław Bernacki, obecny biskup odessko-symferopolski. Miał pod opieką wychowanka ks. Chomickiego, młodego człowieka, przygotowującego się w ukryciu do kapłaństwa, Stanisława Szulaka. Ks. Chomicki prosił mnie o kilka wykładów dla niego z teologii moralnej. Była to trudne zadanie, ponieważ miał on powojenny podręcznik tej teologii autorstwa ks. prof. Stanisława Hueta z Krakowa, naszpikowany łaciną, której nie znał. Jednak w tym samym roku jesienią, po jakimś egzaminie, ks. abp Bolesław Pylak, udzielił mu w Lublinie konspiracyjnie święceń kapłańskich. Ponieważ jednak nie miał ukończonej teologii moralnej, otrzymał je ad solam missam, to znaczy tylko dla odprawiania Mszy św., do czasu zdania egzaminu z tej teologii. Odprawiał ją w kościele potajemnie. Później był bardzo aktywnym duszpasterzem, zasłużonym dla odbudowy kościołów w diecezji kamienieckiej.By moje nielegalne wyjazdy do Baru  nie rzucały się w oczy wyjeżdżałem wczesnym rankiem i wracałem wieczorem. Jednak konfident z którejś z tych parafii doniósł o tym milicji. O tym za chwilę.

Niedaleko od kościoła w Murafie jest cerkiew prawosławna, pierwotnie grekokatolicka. Zdarzyło się, że po raz pierwszy po pół wieku przyjechał na jej kanoniczną wizytację prawosławny biskup z Odessy, Agafangeł, rektor tamtejszego, prawosławnego seminarium duchownego. Ponieważ ks. Chomicki żył w przyjaźni z miejscowym bat’iuszką, ten zaprosił go na uroczystość w cerkwi. On zaproponował mi prywatny udział w nabożeństwie, na co się bardzo chętnie zgodziłem i uczestniczyłem w nim w zakrystii, robiąc zdjęcia za zgodą gospodarza cerkwi. Ks. Chomicki powiedział biskupowi kim jestem. Pod koniec długiego nabożeństwa biskup dziękował ks. Chomickiemu i wymienił mnie z imieniem i nazwiska z informacją, że jestem profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wyczułem w tym coś niejasnego i nieprzyjemnego. Jak się okazało był to swego rodzaju donos i zabezpieczenie się biskupa w oczach władzy na okoliczność mojej obecności.

Po uroczystości, w czasie obiadu siedziałem obok biskupa. Było kilku księży prawosławnych. Gospodarz obchodził stół z póltora-litrową butelką wódki marki Pszennaja i nalewał ją do szklanek. Gdy wstrzymałem jego rękę, by nie była pełna, biskup powiedział: Ot’iec Roman, jak się pije do połowy, to oczy się zapadają. W pewnej chwili wstał błohoczynny, czyli prawosławny dziekan z wojewódzkiego miasta Winnicy, obecny na obiedzie razem z synem, też bat’iuszką, i piękną polszczyzną wygłosił skierowane do nas dwóch, Polaków, bardzo pochlebne i miłe powitanie. Obiad upłyną w bardzo przyjaznej atmosferze.

Gdy po powrocie, wieczorem szykowałem się do snu, usłyszałem kołatanie do drzwi. Gdy wyszedłem zobaczyłem wystraszoną siostrę mojej rzekomej  ciotecznej siostry Weroniki, od której otrzymałem zaproszenie, z wiadomością,  z jesteśmy oboje wezwani na posterunek milicji w niedalekim Szarogrodzie. Powiedziała mi, że Weroniki nie ma, ponieważ pojechała do niedalekiej Mołdawii z ostatnim już transportem kartofli na sprzedaż. Ks. Chomicki był tym wezwaniem zaniepokojony. Ja się domyślałem powodu wezwania.

Poprosiłem żonę organisty, p. Lonię Swarcewicz, kobietę bardzo wymowną i zaradną, o towarzyszenie mi w charakterze pierewodczika, czyli tłumacza. Zgodziła się bardzo chętnie. Na szczęście wezwanie było nie z KGB, lecz z milicji. Ponieważ komendantem posterunku w Szarogrodzie był miejscowy Polak i jej znajomy, któremu ona niekiedy przywoziła z Polski różne atrakcyjne rzeczy, śledztwo miało tylko formalny charakter. Pierwsze urzędowe pytanie było: waszaja familia – to znaczy imię i nazwisko. Zanim odpowiedziałem on sam je wymienił, razem z tytułem profesora wspomnianym przez biskupa Agafangeła w cerkwi. Wyjaśniłem, że nie mam tego tytułu, lecz jestem doktorem.

Drugie pytanie: Wy poza rejon ujeżdżali?, było dla mnie nieprzyjemne: Przyznanie się do tego oznaczałoby śledztwo i duże nieprzyjemności dla mnie, dla osoby mnie zapraszającej i karę pieniężną dla niej. Widziałem wyraźnie, że komendantowi nie chodzi o ustalenie prawdy, lecz o formalne spełnienie służbowego obowiązku i nie przyznałem się do wyjazdów. Komendant przyjął to do wiadomości bez zastrzeżeń i oznajmił, że jeśli bym chciał wyjechać poza rejon, np. do Mohylewa Podolskiego, to tylko z panią Swarcewicz. To był z jego strony akt pewnej życzliwości. Nie myślałem o takim wyjeździe, ale ta informacja sprawiła, że się tam wybrałem. To wymieniana w „Panu Wołodyjowskim” malownicza miejscowość nad Dniestrem, za którym była już była Mołdawska SRS.

We wrześniu 1987 r., prowadziłem w Barze, razem z ks. Włodzimierzem Figolem, grekokatolikem z Kowna, kiedyś ze Lwowa, rekolekcje dla księży, zorganizowane przez ks. Bernackiego. Jego obecność była zabezpieczeniem przed ewentualnym zarzutem władz, nielegalnego występowania księdza z Polski. Wzięło w nich udział 21 księży pracujących wówczas na Ukrainie. Był wśród nich  ks. Franciszek Krajewski z Czerniowiec na Bukowinie i Piotr Żarkowski z Zakarpacia. Ks. Krajewskiego odwiedziłem później w Czerniowcach. Był jedynym księdzem katolickim na Bukowinie. Jego relacje z długoletniej pracy w tym regionie, niekiedy konspiracyjnej, były niezwykle ciekawe.

Pod koniec rekolekcji przyjechał ks. Jan Lenga, rodem z Gródka Podolskiego, ukryty marianin, który od paru lat pracował w Kazachstanie. Później został mianowany arcybiskupem w tej republice. Dziś jest na emeryturze, mieszka w Polsce, w Licheniu i jest znany z bardzo krytycznych i ostrych wypowiedzi na temat niebezpiecznych trendów doktrynalnych w Kościele na Zachodzie. Z inicjatywy ks. Bernackiego i ks. Chomickiego podjęto wtedy decyzję sprowadzenia z Polski mszałów w języku polskim dla parafii w obwodzie winnickim.

Niektóre parafie w tym obwodzie miały za sobą dramatyczną obronę kościołów zamykanych za Chruszczowa w latach 60.. Niekiedy je obroniły, pomimo, że w Radzie ds. Religii Moskwie zapadła decyzja o ich zamknięciu kościoła i przyjeżdżali urzędnicy, by tego dokonać. Taka skuteczna obrona miała miejsce w Szarogrodzie, który jest odległy od Murafy o 12 km i z tego powodu władze zamierzały zamknąć. To kościół z XVI w. fundacji W. Kanclerza Jana Zamoyskiego. Kozacy Chmielnickiego zamienili go na stajnię, a Turcy na meczet, po zdobyciu Kamieńca Podolskiego i zajęcia Podola w 1672 r. Ta obrona trwała kilka miesięcy i była dowodem religijnej i społecznej siły tamtejszych wiernych oraz dobrej organizacji obrony kościoła. W sytuacji, gdy zjawiali się urzędnicy, by go zamknąć, szybko pojawiał się tłum wiernych i otaczał go w około trzymając się za ręce ze śpiewem religijnych pieśni, a niekiedy z płaczem. Nazwana została przez parafian drugą obroną Częstochowy Jedna z kobiet cytowała powiedzenie, które w czasie obrony kościołów lub w walce o nie wypowiadano: Za wiarę, głowę na ofiarę.

W czasach ZSRS istniało określenie „Kościół podpolny”. Co ono oznaczało?   

Określenie „podpolny” oznacza „ukryty” i „konspiracyjny”. „Kościół podpolny” to ukryte przed okiem władz duszpasterstwo i życie religijne, które istniało w ZSRS tam, gdzie byli jego wierni, obejmujące cały niezmierzony obszar tego państwa. Zetknąłem się z nim na początku mojego pierwszego pobytu na Wschodzie w domach ukrytych sióstr. Odtąd uczestniczyłem w nim przez kilkanaście lat, do czasów pierestrojki.  Byli „podpolni” księża pracujący tylko w konspiracji i księża pracujący jawnie, ale dorywczo także i w „podpoliu”, ukryte wspólnoty zakonne, żeńskie i męskie, ukryta katechizacja dzieci i młodzieży, ukryty Żywy Różaniec, ukryte bractwa tercjarskie, szczególne śledzone przez KGB, jako groźne dla ustroju, nabożeństwa majowe i październikowe w domach prywatnych oraz inne formy ukrytego życia religijnego.

Ten Kościół w czasach komunizmu odegrał zasadniczą rolę w zachowaniu wiary zwłaszcza tam, gdzie Kościół jawny miał ograniczony zasięg lub wcale nie istniał, jak np. w Rosji, na Syberii, w Kazachstanie i w innych republikach azjatyckich ZSRS. Wszędzie byli katolicy, głównie z zachodnich republik tego państwa. Cieszę się, że mogłem w pewnym, choć tylko niewielkim stopniu w jego pracy uczestniczyć, a później być świadkiem odradzania się tam Kościoła. Wielką rolę w tym „podpolnym” Kościele odegrały ukryte zgromadzenia żeńskie.

W czasach sowieckich i późniejszych miałem zawsze niezawodne oparcie w ukrytych, a później jawnych domach Sióstr Eucharystek, Misjonarek Rodziny Świętej, Niepokalanek – Honoratek i innych, na Litwie, na Łotwie, na Białorusi, na Ukrainie i w Gruzji. Mam wobec nich wielki dług wdzięczności. Były oazami duchowej kultury, wielkiej życzliwości i bezpieczeństwa. W nowych czasach gościnnym domem był i jest dla mnie także jawnie już istniejący dom Sióstr Benedyktynek na Zwierzyńcu w Wilnie, przy ul. Gulbiu 4.

 Czy w Gruzji możliwa była również praca duszpasterska?

Była możliwa i ze względu na skład narodowościowy parafii w Tbilisi oraz tamtejsze tradycje, była bardzo ciekawa. Znane mi z Wilna Siostry Eucharystki miały w przemysłowym mieście Rustawi, niedaleko Tbilisi, niewielki domek na skraju tego miasta, przy ul. Cereteli 27-3. Dyskretnie pracowały przy kościele pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła w Tbilisi.  W tym mieście znalazły moją rzekomą babcię, p. Apolonię Jakubaszek, i ona w 1976 r., przysłała mi pierwsze zaproszenie. Później przysyłała mi następne.

Kościół w Tbilisi był jedynym na całym Zakaukaziu. Pracował w nim wtedy od ks. Jan Śnieżyński, absolwent seminarium duchownego w Rydze, rodem z Brahiłowa na Ukrainie, w którym było znane niegdyś sanktuarium z cudowną figurą Pana Jezusa. Był bardzo świadomym Polakiem oraz mądrym i gorliwym kapłanem. Kościół budowali w drugiej połowie XIX w. Polacy pod kierunkiem ks. Maksymiliana Orłowskiego. Ale mówiono, że największy udział mieli w tym bogaci Ormianie, podobno najlepsi na świecie handlarze. W Tbilisi usłyszałem powiedzenie: Tam gdzie przejdzie Ormianin, tam Żyd nie ma co robić. Do Gruzji leciałem zawsze we wrześniu, bo wtedy nie było już upałów i był raj wspaniałych owoców południowych.

Parafia w Tbilisi liczyła zaledwie ok. 500 wiernych różnej narodowości. Byli w niej Ormianie, Asyryjczycy oraz nieco Gruzinów, Polaków i Niemców. Asyryjczyków było najwięcej. Byli katolikami obrządku chaldejskiego. Uciekli z Turcji w czasie rzezi chrześcijan na początku XX w. i między sobą mówili swoim językiem. Kapłana ich obrządku dawno już nie było. Mieszkali w mieście Gardabani, leżącym 50 km od Tbilisi i pracowali w kołchozie produkującym arbuzy. Gdy odstawili państwu wyznaczoną ich ilość, resztę mogli sprzedać na wolnym rynku. Dzięki temu byli dość zamożni i mieli okazałe domy z prawie czarnego siporeksu, niezbyt piękne. Bardzo chętnie opowiadali historię swojej asyryjskiej nacji.

Twierdzili, zgodnie z tradycją i Biblią, że ich władcą w starożytności był król chaldejski Nabuchodonozor, o którym mówi jedna z ksiąg Starego Testamentu, że zdobył Jerozolimę i deportował Żydów do Babilonu. Mówili, że ciąży na nich przekleństwo za czyny tego władcy. Nigdy się ze sobą nie bili, ale jak się pokłócili i pogniewali, to przez trzy lata ze sobą nie rozmawiali. Wiele razy byłem tam z posługą duszpasterską. Kiedyś udzieliłem Sakramentu Chorych wiekowemu Asyryjczykowi, który w tym wypadku był dosłownie tzw. Ostatnim Namaszczeniem. Na zakończenie tego aktu podniósł on ręce i odśpiewał w swoim języku długą modlitwę dziękczynienia i uwielbienia Pana Boga. To było piękne i wzruszające.

W kościele w Tbilisi były wtedy religijne pamiątki polskie z dawnych, carskich czasów, a na jego strychu był duży i ciekawy zbiór wydawnictw polskich z XIX i początku XX wieku oraz dokumenty kościelne z tego okresu. Uporządkował je później i naukowo opisał prof. Andrzej Furier ze Szczecina, znawca dziejów chrześcijaństwa w Gruzji i historii Polaków w tym kraju.

Na prośbę ks. Śnieżyńskiego miałem wieczorami, w zamkniętym kościele, spotkania i rozmowy z grupą młodych ludzi na temat światopoglądu katolickiego. Brał w nich udział nieco starszy od nich i mówiący po francusku Gruzin czy Ormianin, który męczył mnie swoimi wyznaniami o nienawiści do komunistów. Mówiłem mu, że chrześcijanin nikogo nie może nienawidzić, nawet komunistów. Później się okazało, że był konfidentem. Od czasów Dzierżyńskiego i z jego polecenia stosowana była bezwzględnie zasada umieszczania przez GPU/NKWD/KGB konfidenta zwerbowanego w najbliższym otoczeniu księdza. Tak było i w Tbilisi. Okazało się to na drugi dzień po opuszczeniu tego miasta, po przylocie do Wilna.

W 1978 r. ks. Śnieżyński poprosił mnie o wyjazd do miasta Prochładnyj w Autonomicznej Kabardyjsko-Bałkarskiej SRS na Zakaukaziu, gdzie trzy ukryte siostry zakonne pochodzące z Łotwy, miały konspiracyjny dom modlitwy dla żyjących tam katolików, głównie Niemców. Chodziło o odprawienie dla nich Mszy św. po kilku miesiącach nieobecności kapłana i okazję do spowiedzi. Był to wyjazd nielegalny.

Z Tbilisi jechało się tam od wczesnego rana autobusem cały dzień, najpierw starą gruzińską drogą wojenną, ulepszoną przez polskiego inżyniera w XIX. To był tzw. kaukazkij pieriewał, czyli kaukaski przełom, wśród wysokich gór z wiecznym śniegiem. Widać było najwyższy szczyt Kaukazu, pik Kazbek, mający ponad 5000 m wysokości i będący świętą górą Gruzinów. Tak pięknych widoków już w życiu nie zobaczę. Skrzypiący autobus zatrzymał się na godzinę, na niewielkim placu, na wysokości 2,5 tys. metrów, przy dużym żelaznym krzyżu z dawnych czasów. Pojawili się pasterze i oferowali jakieś bardzo twarde placki i równie twarde jabłka. Nie rozumieli języka rosyjskiego. Po zjeździe z gór jechaliśmy przez Ordżonikidze, dziś znów Władykaukaz. Był to ciekawy i przyjemny wyjazd.

W nowych czasach w domu tych sióstr powstała parafia, którą zorganizował ks. Bronisław Czaplicki z katowickiej diecezji, bardzo zasłużony w pionierskim okresie odrodzenia się Kościoła katolickiego na Zakaukaziu. Był również szefem tamtejszego Caritasu i bywał w stolicy Czeczenii, Groznem, z pomocą charytatywną. Później był wykładowcą w seminarium duchownym w Petersburgu i promotorem procesu beatyfikacyjnego męczenników komunizmu w ZSRS. Jest autorem i współautorem, źródłowych i cennych prac na ten temat.

Inny charakter miał wyjazd do Erywania w Armeńskiej SRS. Wybrałem się tam z dwoma ukrytymi siostrami zakonnymi z Litwy, Polką i Litwinką, na poszukiwanie katolików obrządku łacińskiego. Mieliśmy adresy dwóch rodzin w Leninakanie, dawniej i dziś znowu – Giumri oraz w Erywaniu. Nocowaliśmy po drodze w tym pierwszym mieście. Ponieważ wiedziałem, że będę tam odprawiał Mszę św., nauczyłem się kilku zwrotów liturgicznych po ormiańsku. Do dziś pamiętam pozdrowienie Astwadz meset, to znaczy „Pan z wami”. Gdy w czasie Mszy św. krótkie pozdrowienia liturgiczne wypowiadałem po ormiańsku, obecne na niej starsze kobiety były wzruszone i miały łzy w oczach. W izbie – rodzaju kaplicy, wisiało kilkanaście czarnych od starości ikon.

W Erywaniu zatrzymaliśmy się u dobrze sytuowanej, katolickiej rodziny ormiańskiej o nazwisku Gasparian. Jeden z synów był znanym w Armenii muzykiem i kompozytorem. Drugi, mieszkał z rodzicami i przedstawił się jako traktorist. Lubił czytać i znał Trylogię Henryka Sienkiewicza w tłumaczeniu rosyjskim. Gdy mu powiedziałem, że to polski pisarz i laureat nagrody Nobla, odparł: Ja dumał, szto to chachoł, to znaczy pewnego rodzaju Ukrainiec.

Z Erywania widać biblijną górę Ararat, leżącą już w Turcji. Ormianie zwracają się do niej, gdyż jest symbolem Armenii. Wyczuwało się ich wielką niechęć czy wrogość do Turków. Najciekawsza była wizyta w Eczmiadzynie, koło Erywania. To duchowa stolica Ormian i rezyduje tam Katolikos, głowa Kościoła ormiańskiego. Byłem tam z siostrami. Gdy przewodnik po tamtejszej katedrze i muzeum przy niej, dowiedział się, że jestem z Polski, pokazał nam niedostępne dla turystów wykopaliska prowadzone pod prezbiterium. Potwierdziły one dawną tradycję, według której pierwsza świątynia chrześcijańska została zbudowana na miejscu kultu boga Mitry, który polegał na utrzymywaniu przez kapłanki wiecznego ognia. Zobaczyliśmy odwrócony do góry dnem kocioł dwumetrowej średnicy, co niewątpliwie oznaczało przerwanie tego kultu. Armenia przyjęła chrześcijaństwo w 301 roku. Z Erywania wracałem sam. Usiadłem w tyle autobusu, by uniknąć rozmowy, lecz przysiadł się do mnie jakiś pasażer, by pogawędzić. Ponieważ mój rosyjski był słaby i odpowiadałem półsłówkami. powiedział: Wy nawierno z Pribałtiki prijechali.

W Tbilisi na starym cmentarzu jest wiele grobów Polaków z XIX w. i początku XX, którzy pełnili tam różne funkcje społeczne, lekarzy, wojskowych i inne. Moim przewodnikiem po nim był student arabistyki, Borys Zamieński. Pokazał mi dobrze utrzymany grób Dagny Joel Przybyszewskiej, Norweżki, żony Stanisława Przybyszewskiego, znanego pisarza polskiego i skandalisty, którego ona porzuciła i mieszkała w Tyflisie, jak wówczas nazywano Tbilisi. Tam w 1901 r. zastrzelił ją i siebie młody Polak, któremu odmówiła ręki. Pozostał jej Mały synek, który się wychował w ziemiańskiej rodzinie w Polsce i kochał Polskę. Później był wybitnym dyplomatą szwedzkim. Mój znajomy, o. Józef Zdunek, redemptorysta pracujący w Holandii, przyjął go przed śmiercią do Kościoła katolickiego. Po dokonaniu wyznania wiary powiedział: Jestem szczęśliwy, bo jestem w Kościele, który ma Matkę.

Borys twierdził, że jest potomkiem księcia polskiego zesłanego do Gruzji po powstaniu listopadowym. Mówił dobrze po polsku, dzięki temu, że jako pierwszy w republice komsomolec został w nagrodę wysłany do PRL i nauczył się polskiego. Od trzech lat był konwertytą, studiował arabistykę i odważnie pomagał księdzu w kościele, także jako tłumacz. W położonym niedaleko od kościoła hotelu „Iveria”, nad płynącą przez Tbilisi rzeką Kura, zatrzymywali się dostojnicy watykańscy udający się do Moskwy i przychodzili odprawiać w nim Mszę św. On tłumaczył ich homilie wygłaszane po angielsku. Później był przedstawicielem Gruzji w jakiejś agendzie ONZ w Wiedniu. Po kilkunastu latach spotkaliśmy się w Lublinie, dokąd przyjechał, by zobaczyć się z ks. Śnieżyńskim, który brał udział w konferencji naukowej poświęconej Polakom w Gruzji, zorganizowanej przez Instytut Polonijny KUL.

Ostatni raz byłem w Tbilisi z pomocą w spowiedzi na Wielkanoc w roku 1980 r. Zbiegały się wtedy w tym samym dniu, jak mi mówiono, trzy Paschy: katolicka, prawosławna i żydowska. Ludzie się tym przesądnie trochę niepokoili. Niestety, 2 lutego zmarła moja kochana babcia Apolonia, której zawdzięczałem wszystkie zaproszenia do Gruzji. Parę tygodni później modliłem się, razem z siostrami, na jej grobie na cmentarzu w Rustawi.

Ponieważ ks. Śnieżyński był zajęty różnymi sprawami, cała wielkanocna spowiedź parafian spadła na mnie. Trwała każdego popołudnia od soboty przed Niedzielą Palmową do Niedzieli Wielkanocnej włącznie. Było to niezwykłe doświadczenie, bo przychodzili bardzo różni ludzie, niekiedy nie ochrzczeni i nie znający katechizmu. Panował w niej zasadniczo język rosyjski, ale słuchałem także pewnych elementów asyryjskiego, ponieważ Asyryjczycy rozpoczynali i kończyli spowiedź w swoim języku. Na początku spowiedzi były to słowa: Chtyły, chtyły, raba chtyły, to znaczy: Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Były spowiedzi w języku polskim, a wyjątkowo także i francuskim. W najbliższym sąsiedztwie księdza Śnieżyńskiego mieszkały dwie wiekowe damy z dawnej arystokracji gruzińskiej, które kiedyś studiowały w Paryżu. Miały jakieś żale w stosunku do niego i były szczęśliwe, że mogły wyspowiadać się u mnie po francusku. Przy pożegnaniu otworzyły kasetę z pamiątkami religijnymi i biżuterią i prosiły, bym wybrał sobie co tylko zechcę. Nie wypadało brać drogich rzeczy i wybrałem kuty w żelazie relikwiarz w kształcie serca, z relikwiami jakiegoś gruzińskiego świętego z dawnych czasów i piękne obrazki z okazji śmierci młodej arystokratki gruzińskiej z początku XX w. z jej fotografią.

Ostatnim penitentem był trzydziestoparoletni mężczyzna, w czarnym i eleganckim garniturze. Od pewnego czasu stał w pobliżu konfesjonału i było widać, że chciałby nawiązać kontakt ze mną. Wyszedłem i zapytałem, w czym mogę mu pomóc. Powiedział, że chce się wyspowiadać, ale nie wie jak, ponieważ nigdy jeszcze nie był u spowiedzi. Gdy zapytałem, czy jest ochrzczony, odpowiedział, że tak i pamięta swój chrzest, gdyż miał wtedy cztery lata. Wskazał przy tym na zakrystię, jako jego miejsce. Okazało się, że jest wykładowcą na politechnice w Tbilisi i Gori i zna język francuski. To pozwoliło mi łatwiej zorientować się, czy zna prawdy wiary katolickiej, ponieważ teologiczna terminologia rosyjska była mi mało znana. Spowiedź odbyła się przez pytania dotyczące kolejnych przykazań Dekalogu, na które on odpowiadał. W pewnej chwili usiadł na stopniu przy konfesjonale. Okazało się, że jest zmęczony, ponieważ myślał, że trzeba być na czczo i cały dzień nic nie jadł.

Wieczorne nabożeństwo Wielkiej Soboty kończyło się już wielkanocnym Alleluja. Po nim, gdy jeszcze spowiadałem, niespodziewanie zabrzmiała z całą siłą śpiewana przez chór polska pieśń „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Było to tak zaskakujące, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Śpiewał ją chór pod batutą organisty, Polaka z Ukrainy.

Mojego ostatniego penitenta poprosiłem, by przyszedł rano, po wielkanocnej Mszy św., bo będę miał dla niego mały souvenir. Zgłosił się i dałem mu pocztówkę z fotografią papieża Jana Pawła II. On podarował mi folder o Gruzji w języku francuskim. Miał dwa pytania. Pierwsze dotyczyło narodowości ks. Śnieżyńskiego. Chciał się upewnić, że jest on Polakiem, a nie Rosjaninem. W drugim chodziło o klękanie w kościele. Uważał, że to upokarza człowieka. W odpowiedzi zacytowałem mu zdanie Cypriana Norwida: Kto chce się napić wody ze źródła, musi przyklęknąć. Zdawał się być przekonany.    

W Tbilisi wiele razy doświadczyłem dowodów przyjaźni Gruzinów wobec Polaków. Z Rustawi, gdzie mieszkałem codziennie dojeżdżałem do Tbilisi. Można było wykupić bilet u kierowcy lub zapłacić za przejazd u kontrolera przy wysiadaniu z autobusu. Celowo wybierałem to drugie, by przy wychodzeniu zapytać po polsku o cenę biletu, która wynosiła 50 kopiejek. Odpowiedzią był uśmiech i gest zapraszający do wyjścia, bez płacenia. W Wielki Czwartek rano poszedłem do usługowego zakładu na głównej ulicy w Tbilisi, Rustaveli, by poprosić o wyczyszczenie butów. Gdy w czasie rozmowy okazało się, że jestem Polakiem, czyścibut nie chciał przyjąć żadnej zapłaty i rozstaliśmy się bardzo przyjaźnie.

W drugim dniu Świąt Wielkanocnych na prośbę ks. Śnieżyńskiego poświęcałem, według tamtejszego zwyczaju, groby na cmentarzu na niepoświęconej ziemi. Nazywało się to ich „pieczętowaniem”. Było dużo ludzi, co chwila ktoś zabierał mnie do innej mogiły i do kieszeni wciskał ruble. Tego samego dnia wieczorem odleciałem do Wilna. Na lotnisko odprowadził mnie miejscowy Polak, który uczył łaciny na wszystkich uczelniach w Tbilisi i był dobrze znany pracownikom lotniska. Z uśmiechem zaprowadzili mnie do samolotu bez żadnej kontroli.

Ten Polak tuż przed wojną ukończył znaną szkołę średnią jezuitów w Chyrowie, jedną z najlepszych  w Polsce i w Europie i dobrze znał łacinę. Po wojnie szkoła ta została po stronie sowieckiej, blisko południowo-wschodniej granicy Polski. W 1941 r. w czasie okupacji sowieckiej, został powołany do Armii Czerwonej, do strojbatalionów, to znaczy do oddziałów roboczych, razem z tysiącami innych młodych Polaków. Pracowali na jakichś mokradłach w jednej z republik ZSRS w Azji środkowej, w strasznych warunkach. Panował głód i choroby. Mówił, że z kilkuset chłopców, którzy się tam znaleźli, większość tam zmarła. W Tbilisi mieszkał z rodziną jego kolega z tych oddziałów. Jego syn, który był dekoratorem teatralnym i starał się o pozwolenie na wyjazd do Polski. Gdy mnie później odwiedził w Lublinie, dowiedziałem się, że syn przyjechał do Polski i otrzymał pracę w Łodzi. Do Dnieprodzierżyńska w samolocie obok mnie siedział inżynier narodowości osetyńskiej, który dowodził, że Stalin nie był Gruzinem, lecz Osetyńcem.

Ks. Śnieżyński, po przepracowaniu 25 lat w Tbilisi, jako jedyny kapłan na całe Zakaukazie, marzył o tym, by przenieść się do Polski i tak się stało. Po krótkim okresie pracy na Ukrainie i krótkim pobycie w zakonie Studytów obrządku wschodniego, pod koniec 2001 r. przyjechał do Polski. Przyjął go ks. Czesław Wala, kustosz znanego sanktuarium w Kaukowie-Godowie.  Znając go od dawna przedstawiłem go listownie i osobiście ks. bp Zygmuntowi Zimowskiemu, wówczas ordynariuszowi diecezji radomskiej, który go do niej inkardynował.

Był bardzo szczęśliwy z miejsca, w którym się znalazł. Pomagał w duszpasterstwie, był przewodnikiem po tym sanktuarium wycieczek ze Wschodu i dużo się modlił. Zmarł dziewięć lat temu. Pozostawił siedem dużych kartonów uporządkowanego osobistego archiwum, które zostały złożone w dziale Zbiorów Specjalnych Biblioteki KUL. Dzieje jego długoletniej pracy duszpasterskiej w tej eksponowanej parafii na Kaukazie, Tbilisi, to temat obszerną i ciekawą rozprawę historyczną, np. dyplomową. Dokumentacja, którą pozostawił, w tym korespondencja, jest jednak w kilku językach: rosyjskim, łotewskim, polskim,  łacińskim, włoskim i gruzińskim. Osobny karton zawiera tylko fotografie.

Co było dla ks. profesora inspiracją dla zajęcia się tematyką wschodnią w sposób naukowy?

Było nią od początku to wszystko, o czym teraz w skrócie opowiadam, to znaczy historia i aktualna sytuacja Kościoła katolickiego i Polaków w Związku Sowieckim oraz po jego rozwiązaniu się. Pracę naukową na ten temat rozpocząłem dopiero w 1989 r., a więc prawie po 20 latach bywania na Wschodzie. Przedtem była to publicystyka. Pisałem do czasopism emigracyjnych na Zachodzie, gdyż w PRL temat Polaków w ZSRS był tematem tabu i cenzura skreślała nawet najbardziej niewinną wzmiankę o nich. Ponieważ miałem ten niezwykły przywilej, że z autopsji poznałem nieznaną i daleką od normalnej sytuację religijną i narodową Polaków w ZSRS, pisanie o niej uważałem za swój obowiązek. Tym bardziej, że nikt o niej nie pisał, a jej nieznajomość była na rękę władzom tego państwa w ograniczaniu swobód religijnych. Były to relacje i opinie dotyczące tych spraw, wypowiadane przez księży i Polaków na Wschodzie oraz moje obserwacje.

Inni księża z Polski także w tym czasie bywali na Wchodzie. Czy nie pisali na ten temat?

Owszem, pisali, ale to były tylko relacje dla Prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Ponieważ miał on tajną jurysdykcję nad Kościołem na dawnych Kresach Wschodnich I i II RP, prosił ich o nie. Jednak one nigdzie nie były publikowane.

W latach 70. trzeba było mieć pozwolenie swojego ordynariusza na odprawianie Mszy św. poza kościołem, np. w mieszkaniu prywatnym lub sub divo, co dosłownie znaczy „pod gołym niebem”. Przed wyjazdem do ZSRS o takie pozwolenie zwróciłem się do niego. Wówczas on poprosił mnie relację z tego wyjazdu. Później mu tego rodzaju relacje składałem. W pewnym wypadku powiedział mi, że moja relacja bez żadnych pośredników trafi na biurko Ojca św.

Ostatnią relację złożyłem mu w sierpniu 1980 r. pod jego nieobecność na Miodowej, przed wyjazdem do Francji. Dołączyłem do niej, dla muzeum archidiecezji. obszerny modlitewnik ręcznie pisany w języku polskim przez ukrytą siostrę zakonną w Gródku Podolskim na Ukrainie. Ona, opiekując się chorą matką w jej domu, cały czas poświęcała na przepisywanie modlitewników w języku polskim. Miała na nie wiele zamówień, Ten modlitewnik był symbolem religijnej sytuacji Polaków w ZSRS, od 70 lat pozbawionych drukowanych pozycji religijnych. Dlatego przepisywali ręcznie modlitewniki i śpiewniki, często po polsku, lecz już alfabetem rosyjskim, ponieważ polskiego nie znali. Ten był pisany alfabetem łacińskim.

Gdzie ukazywały się wspomniane publikacje?

Ukazywały się przede wszystkim w miesięczniku „Kultura”, wydawanym we Francji przez Jerzego Giedroycia w Maison Lafitte koło Paryża oraz w jego „Zeszytach Historycznych”. Oczywiście pod różnymi pseudonimami, bo za pisanie do paryskiej „Kultury” groził w PRL proces sądowy i kara kilku lat więzienia. Ale red. Giedroyć słynął z dyskrecji. „Kultura” była wtedy znanym i wpływowym pismem wśród inteligencji polskiej na emigracji, a także i w Polsce, chociaż tu docierała tylko w wielkiej konspiracji.

Jakie to były pseudonimy?

Nawiązywały one do tych nazw miejscowości na Kresach, które po raz pierwszy poznałem i które szczególnie zapamiętałem. Były to: Józef Mirski, Paweł Lida i Czesław Tynna. Pierwszy, dość obszerny tekst ukazał się w „Kulturze” w jesieni 1973 r. Później, w 1975 r., opublikowało go w skrócie w języku francuskim czasopismo pt. „Solidaires. Annales de la Propagation de la Foi“. Edition commune avec „Peuples du Monde”. Kilka tekstów z fotografiami ukazało się także w czasopiśmie „Chretiens de l’Est”, wydawanym przez francuski oddział międzynarodowego dzieła kościelnego, we Francji, znanego jako Aide pour l’Eglise en Detresse. Wiadomości o sytuacji religijnej w ZSRS były mu pomocne w zbieraniu ofiar na pomoc Kościołowi w krajach komunistycznych. Do „Kultury” i „Zeszytów Historycznych” pisałem odtąd przez kilkanaście lat, do 1989 r.

W nowych czasach, w Polsce i wśród polskiej emigracji na Zachodzie, powstało wielkie zainteresowanie sytuacją Polaków i Kościoła katolickiego w byłym ZSRS. Pisałem na ten temat do czasopism polskich w kraju i na emigracji, do tygodników w Londynie, w Nowym Jorku, w Toronto i w Sztokholmie, gdzie bywałem i znałem ich redaktorów naczelnych. Były to jednak przeważnie jednorazowe publikacje.

W 1992 r. redaktor Giedroyć w wywiadzie dla znanego dziennika francuskiego „Le Figaro” (z dnia 17 VII), powiedział, że księża z Polski pracujący za wschodnią granicą polonizują Białorusinów i Ukraińców. Takie tendencyjne informacje otrzymał z pewnego środowiska w Polsce. Ponieważ byłem wtedy w Paryżu, odwiedziłem go i powiedziałem, że jego wypowiedź jest niezgodna z prawdą i psuje opinię Polakom. W rzeczywistości jest bowiem odwrotnie. To ci księża jako pierwsi, na długo przed miejscowymi, rozpoczęli wprowadzanie języka białoruskiego i ukraińskiego do kościołów na Kresach, wtedy z reguły wbrew wiernym i miejscowym księżom starszego pokolenia, którzy byli tym zaskoczeni i negatywnie to oceniali. Napisałem na ten temat list do redakcji „Kultury”.

Słowo o tej ostatniej sprawie. Księża z Polski przyjeżdżający do pracy na Białorusi i Ukrainie spotykali tam niezrozumiałą dla nich sytuację, gdyż nie znali losów tamtejszych wiernych oraz miejscowej kultury. Wierni w kościele modlili się po polsku, lecz zaraz za jego progiem i na co dzień mówili innym językiem. Na Białorusi białoruską gwarą i po rosyjsku, a na Ukrainie po ukraińsku. W związku z tym wkrótce po przyjeździe zaczynali wprowadzić do kościołów język ukraiński czy białoruski w przekonaniu, że w ten sposób liturgia będzie dla wiernych zrozumiała i przyciągnie innych do kościoła. Tymczasem odwieczny, religijny język polski w kościele był dla nich w całkowicie zrozumiały.

Ponieważ był on ostatnim już znakiem ich polskiego samookreślania się, emocjonalnie im bliskim i drogim, bronili go. Gdy w jakimś kościele został bardzo zredukowany lub wyeliminowany, z reguły wbrew ogółowi wiernych, były ciche narzekania i niekiedy płacz wiernych. Ze względu na wielką cześć dla księdza, nie śmieli mu się wprost przeciwstawić. Jedna z parafianek ze znanej mi dobrze parafii Żeszczyńce k. Gródka Podolskiego na Ukrainie, śp. Elżbieta Kowalczyk, po wprowadzeniu liturgii wyłącznie w języku ukraińskim, powiedziała mi z płaczem: Czemu tylko po ukraińsku, to nie nasze, to nie lezie do serca.

Chociaż eliminowanie z kościoła języka polskiego było dla Polaków bolesne, to brak inteligencji polskiej w wiejskich parafiach nie pozwalał im pisać o tym do władz kościelnych. Tylko na Białorusi z niektórych parafii na przedwojennych Kresach Wschodnich, takie pisma były niekiedy wysyłane do księży biskupów.

W zachodniej części tej Republiki język polski w liturgii pozostał w kościołach w dużych miastach, często w większych miasteczkach, w parafiach blisko granicy z Polską oraz tam, gdzie miejscowy proboszcz o tym zadecydował. Oczywiście obok białoruskiego, ponieważ od dawna jest polecenie odprawienia każdym kościele, w niedziele i święta, przynajmniej jednej Msza św. w tym języku. Na wschodzie Białoruskiej Republiki język polski jest w głównych kościołach wielkich miast, ze względu na większe tam skupiska Polaków. Właściwym rozwiązaniem była i jest równoległa obecność w kościele różnych języków, jeśli jest taka potrzeba i wierni sobie tego życzą.

Tu przypomina mi się spotkanie z Ojcem św. Janem Pawłem II na imieninowym obiedzie u ks. abpa Szczepana Wesołego, 26 grudnia 2000 r., w jego mieszkaniu przy kościele polskim św. Stanisława, na via Botteghe Oscure. Obecnych było na nim czternastu księży polskich pracujących w Watykanie i w Rzymie, na czele z ks. abpem Stanisławem Ryłko z Kongregacji Wiary, późniejszym kardynałem.

W pewnej chwili abp Wesoły poprosił mnie o przedstawienie sprawy języka polskiego w kościołach na Wschodzie. Powiedziałem, że Polacy od dawna pozbawieni tam oświaty polskiej i kontaktu z kulturą polską za czasów carskich i w ZSRS, w ogromnej większości utracili znajomość języka polskiego i nie mówią nim na co dzień, nawet, gdy go znają. Jednak modlą się po polsku w rodzinach i w kościele, gdyż jest to dla nich znak duchowej odrębności w niepolskim otoczeniu i łączności z Polską. Mówiłem dość długo.

W pewnej chwili Papież przerwał mi mówiąc; A mnie arcybiskup Jaworski powiedział, że on stosuje taką zasadę: jakim językiem ludzie mówią na co dzień, taki język w liturgii. To było jedyne zdanie jakie wypowiedział. Powiedziałem  wówczas, że jest to zasada nie do przyjęcia, ponieważ ogromna większość wiernych oczekuje języka polskiego w kościele i że jest on dla nich emocjonalnie ważny i drogi. Tu abp Wesoły uzupełnił moją wypowiedź mówiąc, że Polacy na emigracji po pół wieku, choć doskonale znają język miejscowy i mówią nim na codzień, to jednak idą na Mszę św. w języku polskim, ponieważ jest to, jak się wyraził „język ich serca”.

Powiedziałem też, że trzymanie się w życiu religijnym języka narodowego, pomimo nie używania go na co dzień, było w ZSRS i jest obecnie typowe także dla Niemców, Żydów i zapewne innych nacji. Czułem, że Ojciec św. zgodził się z nami. W następnym roku Mszę św. we Lwowie odprawił w języku polskim i po polsku przemawiał.

Dorobek naukowy ks. Profesora, to obszerne prace na temat Kościoła katolickiego w ZSRR i inne, dotyczące Polaków na Wschodzie. Jak ks. profesor zdobywał konieczne do nich źródła?

Gdy rozpoczynałem pracę naukową były już inne czasy i było wielkie zainteresowanie tym zagadnieniem. To bardzo pomagało. Od 1989 r. odbywały się w Polsce konferencje naukowe poświęcone Polakom i Kościołowi na Wschodzie. Brałem w nich udział i spotykałem na nich Polaków ze Wschodu oraz inne osoby, które pracowały w ważnych archiwach postsowieckich w Moskwie, Petersburgu, Kijowie lub mieszkały w takich miastach, jak Grodno, Mińsk, Brześć i innych. Gdy po krótkiej rozmowie pytałem czy mogą w miejscowych archiwach podjąć się kwerendy w interesujących mnie sprawach, bardzo chętnie godziły się na nią i dzięki niej dysponowałem niedostępnymi dla mnie, bezcennymi źródłami historycznymi.

Były to głównie kserokopie „d’ieł”, to znaczy teczek personalnych księży, skazanych i rozstrzelanych przed wojną, aresztowanych w czasie wojny lub po wojnie na zajętych przez ZSRS terenach i skazanych na łagry. Były to także dokumenty pokazujące walkę władz sowieckich z Kościołem katolickim oraz wystąpienia wiernych domagających się rejestracji miejsc kultu i kapłana. Na początku lat 90. w Rosji i w różnych republikach postsowieckich była duża swoboda w dostępie do archiwów. Później wróciły dawne, surowe rygory w tej dziedzinie.

Na tego rodzaju kwerendy potrzebne były fundusze.

Oczywiście. Zapewniał mi je śp. ks. abp Szczepan Wesoły z Rzymu, ostatni Delegat Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji rezydujący w Rzymie i szef Fundacji Jana Pawła II. Jak rzadko kto rozumiał znaczenie badań nad losami i martyrologium Kościoła katolickiego na Wschodzie w czasach komunizmu. Mam dla niego za to najwyższe uznanie i wdzięczność. To była realizacja wezwań Papieża św. Jana Pawła II, do tego rodzaju badań. Gdy w marcu 1999 r., po Mszy św. kaplicy papieskiej wręczałem Ojcu św. moje główne prace na ten temat: „Kościół katolicki w ZSSR 19117-1939.  Zarys historii” oraz „Losy duchowieństwa katolickiego w ZSSR 1917-1939. Martyrologium”, położył mi dłoń na ręce i powiedział: Tak, czytałem.

Najważniejsza była współpraca z paniami: I. O. oraz I. Z  z moskiewskiego oddziału MEMORIAŁ, pracującymi w ogromnym Państwowym Archiwum Rosyjskiej Federacji w Moskwie. MEMORIAŁ jest pozarządową organizacją dokumentującą stalinowskie zbrodnie. Im zawdzięczam niezastąpione źródła z tego archiwum. Z nimi oraz z ich przyjaciółką, ofiarną i nieocenioną tłumaczką, śp. dr Heleną Owsiany, współpraca trwała siedem lat. Wydaliśmy razem dwie książki na temat męczeńskich losów kapłanów katolickich w ZSRS przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Wielki dług wdzięczności mam wobec śp. Eugeniusza Skrobockiego ze Związku Polaków w Grodnie, dzięki któremu dysponowałem ważnymi źródłami z niedostępnych archiwów KGB. Cenne źródła zawdzięczam różnym osobom z Petersburga, Kijowa, Chmielnicka (dawniej Proskirów), Mińska, Mohylewa i Brześcia.

Bardzo ważną dla mnie dokumentację, przedtem przez nikogo nie wykorzystywaną i jeszcze bez sygnatur poszczególnych kart, odkryłem w archiwum francuskiego MSZ w Paryżu oraz w Instytucie im. Gen. Wł. Sikorskiego w Londynie. W pierwszym wypadku były to raporty pierwszego ambasadora Francji w Moskwie, Jean Herbette, z lat 20. i 30., dotyczące aresztowań i procesów duchowieństwa katolickiego oraz ukrytej misji tajnego wysłannika Papieża Piusa XI do ZSRS, bpa Michela d’Herbigny TJ, mającej na celu pomoc Kościołowi katolickiemu w tym państwie przez odbudowę jego hierarchii, działającej w ukryciu. Jawna hierarchia od kilku lat już nie istniała.  Misja ta nie przyniosła oczekiwanych wyników.

W Londynie zachowały się raporty polskich poselstw, a później konsulatów w Petersburgu-Leningradzie, Mińsku, Kijowie, Charkowie i Moskwie z lat  20. i 30. oraz z Ambasady RP w Moskwie otwartej w 1936 r., wysyłane do polskiego MSZ i dotyczące Kościoła katolickiego w ZSRS, Ono je rozsyłało do głównych polskich ambasad na Zachodzie, a niekiedy także do Prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda, jako Opiekuna Wychodźstwa Polskiego. Lecz tylko w Londynie one się w komplecie zachowały.

Jaki przekaz mają prace ks. profesora związane ze Wschodem?

Ten przekaz to dwie sprawy: ukazanie obecności Polaków w Kościele na Wschodzie oraz ich roli jaką spełnili w jego utrzymaniu się w ZSRS. To sprawy jeszcze i obecnie w Polsce mało znane. Po koniec lat 70. jeden z księży polskich na Litwie powiedział mi, że gdy słucha polskojęzycznych stacji zachodnich, takich jak „Wolna Europa”, „Radio Swoboda”, „Głos Ameryki” czy „BBC”, to słyszy tam o Litwinach, Niemcach i Ukraińcach w Związku Sowieckim, lecz prawie nic o Polakach i że to jest fałszywy obraz rzeczywistości. Później sam się przekonałem, że podobna sytuacja panuje w publikacjach zachodnich. Różni autorzy, których prace czytałem, np. francuscy, pisząc o Kościele katolickim w Związku Sowieckim wymieniali Litwinów, Białorusinów, Ukraińców i Niemców, lecz nie wspominali o Polakach. Dlatego w moich pracach ukazywałem ich obecność na Wschodzie oraz ich ważną rolę w zachowaniu wiary i w obronie Kościoła katolickiego.

Po drugie chodziło mi o ukazanie heroizmu wiary i męczeństwa kapłanów i wiernych w ZSRS w okresie międzywojennym oraz ich losów w nim po II wojnie światowej. W tym czasie jego władze były zmuszone Kościół ten tolerować, lecz ostro walczyły z nim na drodze administracyjnej, przez ograniczenie życia religijnego i likwidację kościołów. Wierni ich bronili i wciąż domagali się rejestracji domów modlitwy i kapłanów przy nich.

Polacy byli po wojnie najbardziej świadomą i aktywną częścią tego Kościoła na Białorusi i na Ukrainie za przedwojenną granicą Polski. Dowodem tego są znane już dziś i trwające dziesiątki lat starania o rejestrację miejsc kultu lub obrona kościołów przed ich zamknięciem. Pod koniec lat 70. obwodowy pełnomocnik ds. kultu religijnego w Winnicy powiedział do ks. Chomickiego z Murafy/Żdanowa/: My w winnickiej obłast’i mamy 140 popów i 8 księży katolickich.  Ale nam lżej z nimi rozmawiać, niż z wami. To było świadectwo aktywnej postawy duszpasterskiej tych księży. Ich atutem był pobyt w łagrach i wielka liczba oddanych im wiernych. W urzędach ds. wyznań urzędnicy skarżyli się na katolików i Polaków: My nie mamy żadnych trudności z prawosławnymi. A katolicy ciągle czegoś żądają i ciągle im mało. Daj im chatę na modlitwę, to oni żadną kaplicy. Daj im kaplicę, to żądają zarejestrowania księdza, bieda z nimi, bo to buntowniczy naród. To była bardzo pozytywna opinia o nich.

Poza okresową pracą duszpasterską prowadził ks. profesor także zajęcia dydaktyczne w seminarium duchownym w Gródku Podolskim. W jakim czasie i jak długo?

Zajęć tych podjąłem się w 1994 r. na prośbę rektora tego seminarium, ks. Jana Ślepowrońskiego (z siedleckiej diecezji) oraz ks. bpa Jana Olszańskiego z Kamieńca Podolskiego, który na jego liście do mnie w tej sprawie, z 26.10.1994 r., dopisał słowa: Najserdeczniej zapraszam. Znaliśmy się od 17 lat i to było seminarium jego diecezji. Ponieważ chodziło o wykłady z katolickiej nauki społecznej, która była moją pierwszą miłością i specjalizacją naukową, chętnie się zgodziłem. Seminarium zapewniało dojazd i powrót do Lublina. Po drodze można się było zatrzymać w różnych miejscowościach i odwiedzić znajomych.

We Lwowie odwiedzałem śp. ks. dra Henryka Mossinga, wtedy już chorego. Poznaliśmy się w Gruzji we wrześniu 1977 r., podczas jednej z jego ukrytych misji duszpasterskich. To był niezwykły człowiek. Przed wojną studiował we Francji i był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Znał języki klasyczne, kilka języków zachodnich oraz rosyjski i ukraiński. Był doktorem medycyny i wybitnym epidemologiem. Za odkrycie szczepionki przeciwtyfusowej prezydent Ignacy Mościcki odznaczył go Złotym Krzyżem Zasługi. Reprezentował Polskę na międzynarodowych konferencjach. Był uczniem światowej sławy bakteriologa polskiego, Rudolfa Weigla ze Lwowa.

Po wojnie został we Lwowie i przez pewien czas był dyrektorem Lwowskiego Instytutu Epidemologii. Za walkę z tyfusem otrzymał w 1946 r. odznaczenie sowieckie. Ponieważ nie ukrywał swojej katolickiej postawy został przesunięty na niższe stanowisko.

Jego publikacje z zakresu epidemiologii cieszyły się wielkim uznaniem uczonych i lekarzy specjalistów sowieckich i zachodnich. Ponieważ władze sowieckie nie uznały jego polskiego dyplomu lekarskiego, w 1951 r. zdobył doktorat w Moskwie. Ponieważ wykazał fałsz potocznej opinii o zarażaniu się tyfusem, spotkał się tam ze sprzeciwem niektórych epidemiologów. Opowiadał mi, jak wyglądała obrona jego tezy doktorskiej, ale w tej chwili to pominę.

W 1961 r. w Polsce, potajemnie przyjął, z rąk ks. Prymasa kard. Wyszyńskiego, święcenia kapłańskie, do których sam się przygotował.  Odtąd przez 30 lat pełnił podwójną funkcję: jawną jako lekarza i ukrytą jako kapłana i duszpasterza. Pełnił ją we Lwowie, w różnych parafiach na terenie Ukrainy i w różnych republikach sowieckich na Wschodzie, do których się udawał. W swoim mieszkaniu we Lwowie prowadził tajne kursy z zakresu teologii i duchowej formacji dla kandydatów do kapłaństwa. Ukończyło je 10. Dwóch czy trzech doszło do kapłaństwa. Był lwowiakiem od kilku pokoleń. Pokazywał mi kiedyś groby swoich rodziców i dalszych przodków na cmentarzu łyczakowskim we Lwowie. Żył bardzo skromnie, zmarł w 1999 r. Mam dla niego najwyższe uznanie i podziw. To był święty człowiek, emanował wiarą i radością. Myślę, że powinien się rozpocząć się proces kościelny w celu jego beatyfikacji.

Wracam do seminarium w Gródku Podolskim. Jeździłem tam do 2001 r., w każdym semestrze na tydzień lub dwa. Początkowo były tam bardzo spartańskie warunki życia. Gmach seminarium zbudowany w pośpiechu sowiecką metodą, nie był jeszcze wykończony. Często nie było światła i wody i okna były nieszczelne. Dlatego mieliśmy w pokoju świeczkę, zapałki i dzbanek z wodą. Ale duch był wspaniały i nikt na to nie zwracał uwagi. Ideowa i znakomita była ekipa młodych wykładowców i wychowawców z Polski. Wicerektorem i Dyrektorem Studiów był ks. mgr lic. Jerzy Kurcek z diecezji przemyskiej.  Inni pochodzili z różnych diecezji i niekiedy mieli za sobą pobyt na misjach. Jedynym nie-Polakiem był w niej ks. Pavol Zemba ze Słowacji, nazywany Ziembą.

Z wykładami z języka ukraińskiego przyjeżdżał śp. bp Stanisław Padewski OFMCap., od 1995 r. biskup pomocniczy diecezji kamieniecko-podolskiej. Przyjeżdżali różni księża profesorowie z Polski, między innymi ks. prof. Michał Janocha, obecny biskup pomocniczy w Warszawie. Cała ówczesna ekipa wykładowców, mieszkających wtedy w seminarium i dojeżdżająca z Polski, ma ogromne zasługi dla formacji duchowieństwa diecezji kamienieckiej, innych diecezji na Ukrainie i poza nią.

W drugiej połowie lat 90. i w 2000 roku było w Gródku około 40 alumnów, w tym kilkunastu z diecezji żytomierskiej, dwóch z Mołdawii i jeden czy drugi z Łotwy. Wykłady były po polsku i nie było żadnych problemów z językiem polskim. Pisemne prace kontrolne, które mi na koniec roku przedstawiali i egzaminy ustne, były często na dobrym, a niekiedy na bardzo dobrym poziomie. To byli często bardzo zdolni chłopcy. Z przyjemnością wspominam ten okres.

Z okazji wyjazdów do Gródka mogłem poznać Podole wokół Kamieńca Podolskiego. O tej niezwykłej twierdzy słyszał każdy Polak z niezapomnianej powieści Henryka Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski”. Przypomnę dramatyczne losy tamtejszej katedry z XIV w. Gdy w 1672 r. Turcy zdobyli Kamieniec Podolski została ona zamieniona na meczet i stanął przed nią wysoki minaret. Niewola turecka trwała 27 lat. Po odzyskaniu miasta i Podola przez Rzeczpospolitą, minaret nie został zburzony. Ówczesny biskup kamieniecki sprowadził z Gdańska pozłacany posąg Matki Boskiej wykonany z brązu, wysoki na 3,5 m. i postawił go na minarecie. W 1935 władze sowieckie zamknęły katedrę i urządziły w nim muzeum historii religii i ateizmu o antykatolickiej wymowie.  Gdy zwiedzałem je w 1978 r., dołączyłem się do wycieczki szkolnej z 10 klasy. Kłosy pszenicy i winogrona na balustradzie przed prezbiterium, symbole Eucharystii, przewodniczka objaśniła jako symbole bogactwa ziemi podolskiej, a o kratkach w konfesjonałach, powiedziała, że służyły do wymuszania przez księży u penitentów wyznania grzechów przeciwko carskiej władzy, o których potem jej donosili. Gdy ktoś nie chciał ich wyznać, to musiał wkładać palce między kratki i ksiądz wykręcając je aż do bólu, zmuszał penitenta do ich wyjawienia. Jedna z figur w tym muzeum ukazywała mnicha, który w wielkim snopie słomy niesie do klasztoru ukrytą w nim kobietę. Minaret z figurą Matki Boskiej przed katedrą przetrwał nienaruszony najgorsze czasy.

Dopiero w 1990 r. katolicy po usilnych staraniach odzyskali katedrę. Biskupem przywróconej do istnienia przez Papieża Jana Pawła II diecezji kamienieckiej został cieszący się wielkim autorytetem ks. Jan Olszański. Spotykaliśmy się z okazji moich przyjazdów do Kamieńca, by bardziej poznać to niezwykłe miasto.

W tym czasie księża remontujący odzyskane kościoły odkrywali w ich podziemiach dowody wstrząsających zbrodni NKWD na Polakach w końcu lat 30. Gdy w 1995 r. z księżmi z seminarium duchownego z Gródka Podolskiego odwiedziłem Latyczów, pracujący tam wówczas ks. Stanisław Fiut z archidiecezji lubelskiej, pokazał nam trumny wypełnione szkieletami ludzi odkrytymi w jego podziemiach remontowanego, podominikańskiego kościoła. Opowiadano, że ten kościół i połączony z nim dawny klasztor dominikanów. służył przed wojną jako więzienie NKWD. To niektóre epizody z różnych wyjazdów w tamtym czasie do znanych i nieznanych historycznych miejsc na Podolu.

 Czy ks. profesor dojeżdżał z wykładami także do seminarium w Grodnie na Białorusi?

Nie, do Grodna z wykładami nie dojeżdżałem. Bywałem tam tylko z okazji konferencji naukowych na temat najnowszej historii Kościoła na Białorusi, organizowanych z inicjatywy ks. bpa Aleksandra Kaszkiewicza i  wygłaszanych wtedy referatów. To seminarium jest mi bardzo bliskie, bo od ponad 20 lat mam w nim dobrych znajomych i przyjazne oparcie, gdy znajdę się w Grodnie.

Seminaria duchowne na Wschodzie przeszły charakterystyczną dla naszych czasów ewolucję. W pierwszym okresie miały po kilkudziesięciu alumnów, a obecnie po kilkunastu lub tylko nieco więcej. W Grodnie jest ich obecnie około dwudziestu, a w seminarium diecezji żytomiersko-kijowskiej w Worcellu k. Kijowa, około 10.

Jak wyjaśnić ten spadek?

Myślę, że pierwsza, stosunkowo liczna fala kandydatów do seminariów i kandydatek do zgromadzeń żeńskich w latach  80. i 90., to było pokolenie wychowane przez babcie i rodziców, którzy mieli za sobą obronę wiary, wymagającą wielkiego poświęcenia, a niekiedy heroizmu. Ta żywa wiara udzielała się ich wnukom i dzieciom. To pokolenie już odeszło. W obecnych rodzinach jest inna atmosfera i raczej konsumpcyjne nastawienie, jak w Polsce i w całym zachodnim świecie. Dlatego teraz rzadko rodzą się w nich powołania do kapłaństwa i do zgromadzeń żeńskich.

Ks. profesor był także w Kazachstanie. W jakim celu?

Wyjazd do Kazachstanu był dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Latem w 2012 r. ks. abp Tomasz Peta z Astany, która jest stolicą tego kraju, poprosił mnie o wykłady na temat historii Kościoła katolickiego w ZSRS i w Kazachstanie, dla księży i sióstr zakonnych pracujących w jego archidiecezji. Miałem je we wrześniu przez tydzień dla każdej z tych grup osobno. Każdego dnia były trzy półtoragodzinne wykłady. Byłem zbudowany i zaszczycony tym, że w wykładach dla księży uczestniczył ks. arcybiskup Peta i jego biskup pomocniczy, ks. Athanasius Schneider, znany obecnie na Zachodzie i w Polsce ze zdecydowanej obrony tradycyjnego nauczania Kościoła. W seminarium duchownym w Karagandzie miałem przez dwa dni wykłady z katolickiej nauki społecznej.

Z Astany wybrałem się z ks. Romanem Zamożniewiczem, urodzonym w Kazachstanie, do parafii Kamyszynka (akcent pada na drugą samogłoskę), w której był on wikariuszem. Od Astany to zaledwie 120 km, Za miastem rozpoczął się bezkresny step. Czasem widać było na nim stada owiec, pilnowane przez pastucha na koniu. Po drodze zatrzymaliśmy się przy dużym pomniku z nazwiskami ponad stu Polaków rozstrzelanych w latach 1937-1938. Podobna tablica stoi przy niewielkim kościele w Kamyszynce. Gdy przyjechaliśmy grupa starszych kobiet wychodziła po modlitwie w nim. Gdy się dowiedziały się, że jestem z Polski, jedna z nich powiedziała: Jak zobaczymy człowieka z Polski, to na sercu cieplej się robi.

Rozmowy z nimi były przykre, ponieważ padały pytania: Czy Polska nas zabierze? Czy będę zabierać Polaków? Każdy by chciał do swojej nacji; Polska nas nie chce; Dużo Polaków do Rosji wyjeżdża. Mówiły, że wszyscy Niemcy już dawno wyjechali do Niemiec, a do Polski udało się to bardzo nielicznym. W Kazachstanie po raz kolejny uświadomiłem sobie to, jak wiara i polskość szybko rodzi głębokie porozumienie ze spotykanymi tam ludźmi.

Z ks. Zamożniewiczem odwiedziłem p. Marię Ostrowską, najstarszą parafiankę, która miała sześć lat, gdy w 1936 r. z rodzicami spod Żytomierza znalazła się w Kazachstanie. Opowiadała, jak w wyniku warunków życia po wyrzuceniu ludzi na stepie dużo dzieci i starszych zmarło. Na jednym z cmentarzy w tej parafii widziałem długi szereg małych mogił dziecięcych z tych czasów. W jej starym domu były dawne i przedmioty gospodarstwa domowego oraz portrety rodziców i zmarłych członków rodziny. W Kamyszynce można było oglądać tzw. „staliński dom”, prymitywne mieszkanie z samanu, z lat 30., mocno już zrujnowane. Saman to rodzaj wielkich cegieł z gliny zmieszanej ze słomą, wydeptanej nogami.

W moim pokoju na plebanii znalazłem duży karton z dawnymi modlitewnikami w języku polskim.  Deportowani do Kazachstanu Polacy zabierali je potajemnie ze sobą i były one dla nich bezcenną pomocą duchową w zachowaniu wiary i polskości. Ich dzieci i wnuki już nie umieli z nich korzystać i przynosiły je na plebanię. Do zabrania był cały karton, lecz mogłem zabrać zaledwie kilka.

W niedzielę odprawiałem Mszę św. w wiejskich kaplicach-filiach parafii Kamyszynka: w Pierwomajce, Priimszymce i Łozowaja. Liturgia była dwujęzyczna – polsko-rosyjska, podobnie jak i pieśni. Słuchałem ich ze wzruszeniem.

Dnia 9 września uczestniczyłem w wyjątkowej uroczystości w Karagandzie. Była nią konsekracja nowobudowanej, pięknej katedry pod wezwaniem Matki Boskiej Fatimskiej. To 800 km od Astany. Pokonuje się je szybko dzięki wspaniałej autostradzie. Katedra jest bardzo udaną, pomniejszoną wersją sławnej, średniowiecznej, gotyckiej katedry w Kolonii w Niemczech. Nad jej budową czuwał wspomniany bp Alois Schneider. Bardzo pozytywne wrażenie robi jasny kamień, z którego została zbudowana i jej wewnętrzny wystrój..

Konsekracji dokonał były dziekan kolegium kolegium kardynalskiego, kard. Angelo Sodano. Ówczesny prezydent Kazachstanu, Nur Sułtan Nazarbajew, wysłał po niego do Rzymu swój własny odrzutowiec. Był to gest wdzięczności za wizytę w Kazachstanie we wrześniu 2002 r. papieża Jana Pawła II. Ks. abp Peta cytował zdanie prezydenta po tej wizycie: Tego, co ten papież zrobił dla Kazachstanu, nie kupilibyśmy za 10 milionów dolarów. W czasie tej wizyty Jan Paweł II zdobył sobie ogromną sympatię i szacunek Kazachów. Abp Tomasz Peta opowiadał, że gdy rozeszła się wiadomość, że rozpoczął się proces, mający udowodnić jego świętość, mówili oni: Po co proces, my wiemy, że on jest święty.

W uroczystości uczestniczyli dwaj duchowni muzułmańscy wyższego stopnia. Po niej, w ogromnej i wysokiej auli odbył się wystawny obiad, ze wschodnimi komponentami. Podziwiałem elegancję i bardzo miły styl obsługi gości przez kazachskie dziewczęta i chłopców. Na zakończenie była wymiana darów. Minister kultury wręczył kardynałowi wielki obraz konia, który w Kazachstanie jest odwiecznym towarzyszem człowieka. W Astanie na ulicy można spotkać naturalnej wielkości figury postacie koni. Jednocześnie ich mięso jest przysmakiem Kazachów, co dla nas jest pewnym dysonansem. Po wizycie w ogromnym i pięknym meczecie, przed wejściem do którego musieliśmy zdjąć buty, odprowadziliśmy kardynała do samolotu prezydenckiego odlatującego do Rzymu.

Karaganda. To słowo przypomina piękną postać ks. Władysława Bukowińskiego, który, po uwolnieniu z łagru w 1955 r., przez prawie 20 lat,  z trzyletnią przerwą na ponowny pobyt w łagrze, był tam ukrytym duszpasterzem Niemów i Polaków i zmarł w 1974 r. Ponieważ odwiedzał wszystkie ich skupiska w Kazachstanie i w innych, sąsiednich republikach, nazywano go „apostołem Kazachstanu”. Bardzo cenione są jego „Wspomnienia z Kazachstanu”.  Modliłem się na jego grobie w dawnym kościele. Cztery lata później 11 września 2016 r., odbyła się jego beatyfikacja we wspomnianej przed chwilą katedrze.

W pobliżu Karagandy był w czasach sowieckich wielki łagier sowiecki – Dżeskazgan, tzw. Stiepłag, czyli stepowy łagier, znany ze wspomnień więzionych tam Polaków. Przebywali w nim więźniowie z kilkudziesięciu narodowości i obecnie każda z nich ma tam swój pomnik. Polski pomnik został zbudowany przez władze RP w 1996 r. Chciałem zobaczyć to miejsce, ponieważ znałem osobiście trzech księży, którzy w nim byli po wojnie: O. Albina Janochę OFMCap. z Krakowa, Wacława Piątkowskiego z Niedźwiedzicy i Michała Woronieckiego CM z Różanej, w dawnej diecezji pińskiej. Zwiedzałem go w towarzystwie ks. prałata Piotra Pytlowanego, rektora wspomnianego seminarium i jego zastępcy.

Mówiąc o Kazachstanie należy wspomnieć o znanym już na świecie narodowym sanktuarium NMP Królowej Pokoju w Oziornoje i jego niezwykłej genezie. Mogłem je odwiedzić, bo to zaledwie 500 km od Astany. Gdy w 1941 r. deportowanym tam w 1936 r. z Wołynia Polakom z braku żywności groziła śmierć głodowa, cała ich społeczność w modlitwie różańcowej błagała Matkę Boską o pomoc i ją otrzymała. Gdy w wyniku wiosennego topnienia wielkich śniegów, co Kazachstanie dokonuje się bardzo szybko, tuż przy osiedlu Polaków powstało rozległe jezioro i pojawiło się w nim wielkie mnóstwo ryb. Ocaliło to od śmierci głodowej mieszkańców nie tylko tej miejscowości, ale i dalszych okolic. Mieszkańcy Oziornoje odkryli to 25 marca, a więc w święto Zwiastowania NMP. To był „cud ryb”. Obecnie nie ma już jeziora, na wysokim słupie stoi figura Matki Bożej.

Bardzo sympatyczne było spotkanie z polskimi Siostrami Karmelitankami, które miały tam wtedy niewielki klasztor, lecz nowy, bardzo obszerny, był w budowie. Ich powołaniem jest modlitwa i duchowe promieniowanie Karmelu na Kazachstan. Bardzo chwaliły życzliwość wobec nich inżyniera Kazacha i muzułmanina, który kierował jego budową. Był w zasięgu tego promieniowania.  Byli tam wtedy również jacyś zakonnicy ze Szwajcarii, ale podobno zamknęli już swój dom. Obecnie Oziornoje to bardzo znane miejsce pielgrzymek i zlotów młodzieży katolickiej.

Pięknym upamiętnieniem dramatu Polaków w Kazachstanie i przyjaźni wobec nich Kazachów, jest wielki żelazny krzyż na wzgórzu blisko Oziornoje, nazwanym Sopką Wołyńską. Postawił go ks. Tomasza Pety, ówczesny proboszcza Oziornoje, obecny arcybiskup archidiecezji Astana.

Ten krzyż oraz tablicę na jego cokole poświęcił 18 września 2000 r.  ks. kard. Józef Glemp, Prymas Polski. Na tablicy jest napis w języku kazachskim, polskim, rosyjskim i niemieckim:

Bogu – Chwała

Ludziom – Pokój

Męczennikom – Królestwo Niebieskie

Narodowi Kazachstanu – Wdzięczność

Kazachstanowi – Rozkwit.

 Pobyt w Kazachstanie wspominam, jako ciekawy pod względem religijnym, polskim i krajoznawczym.

Spotkał ks. profesor na Wschodzie wielu niezwykłych kapłanów. Czy kogoś z nich ks. profesor chciałby wymienić?

Myślę, że warto wymienić barwną postać ks. dra Kazimierza Kułaka z archidiecezji wileńskiej, charakterystyczną tylko dla Kresów Północno-Wschodnich II RP. Ale przedtem chciałbym krótko wspomnieć o przedwojennych polskich księżach, poznanych na Wschodzie.

Nieraz, szczególnie na Ukrainie, gdy była mowa o tym czy owym księdzu starszego pokolenia, ludzie cytowali fragmenty jego kazań i usłyszane w nich przykłady wiary. Nieliczni tam wówczas księża mieli za sobą zwykle pobyt w łagrach i ciężką szkołę życia. Ich kazania nie były krótkimi homiliami, jak to jest obecnie, lecz długą nauką katechizmową, opartą na doświadczeniu wiary. Ludzie jechali z daleka, by być na Mszy św. i wysłuchać kazania. Długo je pamiętali i duchowo umacniali się nimi. Ich tradycyjny język polski był dla nich w pełni zrozumiały, w przeciwieństwie do języka polskich homilii z Radia Watykańskiego, których niektórzy czasem słuchali. Mówili, że w nich za mało jest o Bogu i o Panu Jezusie. Praca ówczesnych kapłanów była dowodem na to, że sprawa nie polega na ilości księży w terenie, lecz na świadectwie wiary nielicznych, które daleko promieniuje.

Ks. Kułaka poznałem w 1976 r. w parafii Dukszty Pijarskie niedaleko Wilna, gdzie głosił kazanie odpustowe na św. Annę. Był świetnym kaznodzieją. Przedstawiając mi się powiedział żartem: Ostatni kułak w Związku Sowieckim i poważnie już dodał: Księże, jestem ostatnim, który mówi o sobie – gente Ruthenus, nationie polonus – to znaczy Z rodu ruskiego, narodowości polskiej. Tak mówiła o sobie niegdyś szlachta polska na dawnych Kresach Wschodnich I Rzeczypospolitej. Podczas jednej z późniejszych rozmów powiedział mi: Ja kocham Polskę w Bogu, a Białoruś w Polsce.

Urodził się w 1896 r. w dawnej rodzinie szlacheckiej. Rodzice nauczyli go czytać i pisać po polsku, bo szkoła była rosyjska. Mówił, że jego dziadek nazywał się Kułakowski, lecz w czasie weryfikacji dyplomów szlacheckich prowadzonych na Kresach po Powstaniu Listopadowym przez władze carskie, gdy uboga i bezziemna szlachta była spisywana do stanu chłopskiego, zmieniono mu nazwisko na Kułak i zapisano do chłopów. Na początku lat 20. uzyskał w Rzymie doktorat z teologii.

Opowiedział mi o wydarzeniu, które, jak mówił, zaważyło na jego postawie kapłańskiej i wrażliwości społecznej.  Po studiach był jakiś czas proboszczem w ubogiej parafii na Polesiu. Ludzie żyli w ziemiankach, ponieważ w czasie I wojny światowej front rosyjsko-niemiecki zniszczył ich domy. Były tam ogromne lasy należące, do księcia Czetwertyńskiego. Jego plenipotentem był człowiek z Wielkopolski, który nie znał i nie rozumiał kultury miejscowych ludzi, na co dzień nie mówiących po polsku i obojętnie traktował ich los. Ks. Kułak poprosił go o wypisanie ludziom asygnat na wycięcie w lesie drzew, w celu pobudowania chat.  W odpowiedzi usłyszał: Jak wymrze ta ciemna biedota, to przyjdą tu ludzie z centralnej Polski. Oburzyło go to w najwyższym stopniu i powiedział plenipotentowi, że ta jego odpowiedź trafi wyżej. Ten się przestraszył i wypisał asygnaty, jakie były ludziom potrzebne. Po tym wydarzeniu postanowił, jak mówił, bronić biednego, poleskiego ludu.

Przed wojną istniało w Polsce białoruskie stronnictwo polityczne HROMADA, manipulowane przez agenturę sowiecką. Ks. Kułak z nim sympatyzował ze względów, jak mówił, społecznych. Władze sowieckie o tym wiedziały i pamiętały. W czasie okupacji niemieckiej odwiedzał go ważny komendant sowieckiej partyzantki na Wileńszczyźnie, Afonow.

Gdy po wojnie Sowieci zaczęli tworzyć kołchozy, ludzie się opierali, bo to było zniszczenie ich życiowego dorobku, niewolnictwo i nędza. Odwiedził go wtedy Afonow i powiedział: Niech ksiądz powie ludziom, że kołchozy muszą być i będą. A jeśli oni będą się opierać, to będzie im tylko gorzej. Ks. Kułak to doskonale rozumiał i swoim parafianom to ogłosił. Ci odpowiedzieli, że się zgadzają, jeśli on zostanie priedsiediat’elem, to znaczy prezesem kołchozu. On się na to zgodził i został jednogłośnie wybrany. Kołchoz powstał i on doglądał robót, chodząc po polach w sutannie.

Po pewnym czasie przyjechali urzędnicy i powiedzieli, że to jest najlepszy kołchoz w okolicy i są z niego bardzo zadowoleni.  Zaproponowali mu jednak, by zdjął sutannę, bo tak będzie mu wygodniej. On miał już dość tej swojej dziwnej funkcji i z oburzeniem odpowiedział: Pan Bóg nie może sprawić, żebym ja przestał być księdzem, a wy tego chcecie?  Miał rację, bo znamię sakramentu kapłaństwa, podobnie jak i chrztu, zwane po grecku sfragis – pieczęć, jest niezmazalne i pozostaje na wieczność. Zostawił ten kołchoz.

Opowiadał, że w latach 70. wyznaniowe władze sowieckie zaproponowały mu stanowisko biskupa na Białorusi, gdzie było ok. miliona katolików. Księża, których się poradził powiedzieli mu, że może się zgodzić, pod warunkiem, że będzie mógł otworzyć seminarium duchowne, ponieważ od ponad 30 lat nie przybył do tej republiki ani jeden nowy kapłan i bardzo brakuje księży. On ten warunek postawił i sprawa przestała być aktualna.  Od 1974 r. żył w swoim domu w Landwarowie, przy którym postawił wysoki krzyż, u stóp którego umieścił tablicę z wymownym napisem, którego niestety nie pamiętam. Razem z ks. Obrębskim i kolegą, ks. dr. Marianem Radwanem z KUL, odwiedziliśmy go w tym domu. Uwagę zwracała elegancja nakryć do obiadu i podawanych potraw.

W Landwarowie jest piękny, neogotycki pałac hrabiowskiej rodziny Tyszkiewiczów. Władze sowieckie umieściły w nim fabrykę dywanów. W 1985 r. byłem w Sztokholmie z pomocą ks. Banotowi SDS w spowiedzi w czasie wielkopostnych rekolekcji. Głosił je, w wynajmowanym przez Polaków na niedziele i święta luterańskim kościele św. Jana Ewangelisty, ks. Franciszek Blachnicki, dziś już, po wstępnym procesie informacyjnym, z tytułem Sługa Boży, koniecznym do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego. Nieoczekiwanie znalazłem się w domu ostatniego właściciela tego pałacu, hr. Eugeniusza Tyszkiewicza, mieszkającego z rodziną w Sztokholmie. Pytał mnie o Landwarów i mogłem mu cokolwiek o nim opowiedzieć. Powiedział mi, że wolność i może życie, swoje i rodziny zawdzięcza królowi Szwecji, Gustawowi V, który po wejściu Sowietów do Polski 17 września 1939 r., przysłał mu zaproszenie do siebie i dzięki temu mógł z rodziną wyjechać do Szwecji.

Ks. Kułak był admiratorem marszałka Józefa Piłsudskiego, miał cenne związane z nim pamiątki i nawet w czasach ZSRS umiał popularyzować jego postać. Robił to np. w Druskiennikach, gdzie marszałek Piłsudski miał swoją chatę ofiarowaną mu przez legionistów, zlikwidowaną przez Sowietów. Bywał tam na kuracji.  Opowiadał mi, że w latach 60., tamtejszy proboszcz, Litwin, ks. Gajauskas – Gajewski, poprosił go o kazanie na wieczornym nabożeństwie. Rozpoczął je od wspomnienia o przewodniku po Druskiennikach, wydanym przed wojną, do którego wstęp napisał marszałek Piłsudski. Były w nim słowa o tym, że gdy Pan Bóg stwarzał Druskienniki, to się uśmiechnął i są one piękne, ponieważ odbija się w nich piękno Boskiego uśmiechu. Gdy po nabożeństwie wychodził z kościoła otoczył go tłum starszych kobiet, które zaczęły go całować po rękach. Gdy zapytał dlaczego, co się stało, odpowiedziały: Bo ojczeńka tak pięknie o marszałku powiedział.

Czy podczas wyjazdów na Wschód miał ks. profesor jakieś przygody?  

Tak, można by tak powiedzieć. Gdy zabierało się ze sobą książki religijne, których wwożenie do ZSRS było zakazane, mogły się one zdarzyć. Jednego z naszych księży, który ich wiózł ponad 20, cofnięto z granicy. Ja zawsze kilka książek zabierałem, ponieważ były one tam one bardzo potrzebne dla duchowej formacji ukrytych sióstr zakonnych oraz księżom i alumnom w Kownie i w Rydze. Liczyłem na szczęście i zawsze je miałem. Tylko raz było inaczej.

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, 22 XII 1974 r., jechałem do ukrytych sióstr Niepokalanek-Honoratek w Rydze. W czasie kontroli na granicy w Grodnie musiałem na polecenie celnika otworzyć walizkę. On, w sowieckim stylu, sięgnął do jej wewnętrznej kieszeni, znalazł w niej kopertę i otworzył ją. Był w niej list pasterski Prymasa Polski, kard. Wyszyńskiego do archidiecezjan na Boże Narodzenie. Włożył mi go tam niepotrzebnie ks. Edmund Boniewicz SAC, mój ówczesny przełożony w naszym domu w Otwocku, gdzie wtedy mieszkałem. Gdy zobaczył nagłówek listu drukowany dużą, czerwoną czcionką i słowa: „Prymas Polski do..” itd., polecił mi wysiąść z pociągu z bagażem, dla kontroli w Urzędzie Celnym.

Razem ze mną musiała to zrobić Polka z Dyneburga z dwoma wielkimi walizkami oraz Polak z Anglii z kilkunastoletnią córką. Mieli angielskie paszporty, które straż graniczna długo przeglądała. Rozmawiałem z nim przedtem, bo miał miejsce w sąsiednim przedziale. Powiedział mi, że w 1940 r. jako małe dziecko był z rodziną wywieziony z Wilna na Syberię, lecz w 1942 r. z armią gen. Andersa, która opuszczała ZSRS i zabierała ze sobą ludność cywilną, opuścił Związek Sowiecki. Wychował się w Anglii i jechał odwiedzić rodzinę w Wilnie, Rozkaz wysiadania bardzo go zaniepokoił. Uspokajałem go, że to nic groźnego.

W urzędzie celnym stały wielkie stoły. Celnicy odwracali walizki do góry dnem i na stół wypadała ich zawartość. Wybierali z niej rzeczy niedozwolone w ZSRS. Z moich odłożyli na bok płytę „Mazowsze śpiewa kolędy”, dziewięć z dziesięciu kolorowych kart świątecznych na Boże Narodzenie, różaniec i osiem książek religijnych, które wtedy wiozłem.

Znając przepisy dotyczące księży powiedziałem, że jestem świaszczennikiem, to znaczy księdzem, i niektóre książki są mi potrzebne do służby. Nieoczekiwanie zgodzili się z tym i zapytali, które to książki. Wybrałem cztery najważniejsze. Widząc, że oni swoją pracę wykonują rutynowo i moje „przestępstwo” mało ich wzrusza, powiedziałem, że pozostałe książki są dla moich rostwienników, to znaczy krewnych i chciałbym je dla nich zabrać. W odpowiedzi usłyszałem: U nas eto zaprieszczono – U nas to zakazane. Gdy powiedziałem: ale oni mają prawo do literatury religijnej, moje słowa bardzo ich rozbawiły i zaczęła się jakby nieurzędowa już dyskusja w języku polsko-rosyjskim.

Jeden z celników zadał mi drwiące pytanie: Kakije prawo? Kto im prawo? Gdy powiedziałem: Boh im dał prawo, wszyscy wybuchnęli śmiechem: Boh im dał prawo, ha, ha, ha. Udowodnijcie, że Boh jest’. Zacząłem udowadniać, mówiąc: Ja mam dobry szwajcarski zegarek. Gdybym powiedział, że on sam się zdie’łał, byłoby to śmieszne. A kosmos, a mikrokosmos, gdzie jest ład, harmonia i piękno, to wszystko według was samo się zdi’ełało? Oni na to chórem: Eto prawa materii. Ja na to: Prawa materii? Jak jest prawo, to jest i prawodawca. Wy zabieracie mi te książki, bo u was jest takij zakon (prawo). Ustanowił go Vierchovnyj Soviet [Najwyższa Rada].  Są prawa przyrody, więc jest i prawodawca, znaczit Boh. Tu nie mieli argumentu i to był koniec dyskusji. Książek dla krewnych nie otrzymałem,

Naszej dyskusji słuchała Polka z Dyneburga, której celnicy nic nie zatrzymali, ponieważ miała same ciuchy, lecz po ich wyrzuceniu z walizek miała kłopot z ich zapakowaniem i była na nich zła. Tym bardziej, że nasz pociąg, którym ona jechała Dyneburga, już dawno odszedł. Zamykając ze złością swoje walizki powiedziała po polsku z sympatyczną wymową kresową: Jak ja wróca do domu, to ja wielka świeca w kaścieli postawi, sztoby ich chaliera trafiła. A pan im o Bogu opowiada! A po co to!  

Po kontroli celnicy kazali nam opuścić salę. Był mroźny wieczór, a następny pociąg dla nas był za kilkanaście godzin. Moim towarzyszom zaproponowałem wynajęcie taksówki do Wilna, jednej ze stojących przez dworcem. Chętnie się zgodzili i w wielkiej „Wołdze” jakoś się wszyscy zmieściliśmy. Kierowcą był młody Polak z Grodna. Gdy po drodze mijaliśmy kościół niedaleko tego miasta, powiedział: W tym kościele było niedawno ochrzczone moje dziecko. Ale żona nie była w kościele, bo jest nauczycielką i gdyby dyrektor szkoły się dowiedział, że była, to by została wyrzucona z pracy. Mocno po północy byliśmy w Wilnie.

Innego rodzaju przygodę miałem w Kijowie po drodze do Gruzji we wrześniu 1978  r. Wyjazdy planowałem tak, by przed obowiązkowym zameldowaniem się w ciągu 24 godzin po przyjeździe, mieć do dyspozycji dwa dni, w czasie, gdy urzędy są zamknięte. To było możliwe, gdy się wyjeżdżało w piątek po południu. Wolna sobota i niedziela pozwalała na zatrzymanie się w jakimś mieście i odwiedzenie kogoś. Wtedy, po raz pierwszy w życiu zamierzałem jechać do Żytomierza, który przed rewolucją był miastem kulturowo polskim. W czasach powojennych wierni obronili tam otwartą w czasie wojny, po wejściu Niemców na początku lipca 1941 r., katedrę św. Zofii. Chciałem zobaczyć Żytomierz, w którym było kilkanaście tysięcy Polaków i spotkać się tam ze znanym mi z Dyneburga ks. Janem Purwińskim, który był w tej katedrze wikariuszem. Dziś jest emerytowanym biskupem diecezji żytomierska-kijowskiej.

W piątek o godz. 18.00 był samolot z Warszawy do Kijowa. Miałem tam znajomą rodzinę polską, państwa Szkarupskich, u których mogłem się zatrzymać. Tydzień przed wyjazdem wysłałem telegram, że w piątek wieczorem będę na lotnisku Boryspol. Samolot z Warszawy odleciał z opóźnieniem, a po wylądowaniu w Kijowie  rozpętała się burza z ulewą i przez godzinę nie mogliśmy opuścić samolotu. Gdy wyszliśmy, była godz. 22.00, celników już nie było i tylko straż graniczna przybiła pieczątki w naszych dokumentach.

Ponieważ mojego znajomego nie było, wsiadłem do taksówki i podałem kierowcy adres: Darnica, ul. Jurij Hnata 24. Ledwie ruszyliśmy, gdy jakiś młody lejtnant stojący na poboczu dał znak, że chciałby się zabrać. Kierowca zapytał, czy się zgadzam. Zgodziłem się i siadł obok mnie. Ruszyliśmy, lecz za chwilę rosły chłopak w białej koszulce z krótkimi rękawami, choć było zimno i z butelką w ręku dał znak, że prosi o zabranie go. Kierowca tym razem nie pytał o zgodę i chłopiec siadł obok niego. Był podpity i zaraz zaczął nas częstować wódką z butelki, którą miał w ręku. Powiedziałem mu: Wodka eto jad dla uma i ty nie dołżen pić – to znaczy: Wódka to trucizna dla rozumu i nie powinieneś pić. Zaskoczony zapytał: Od kuda wy prijechali. Odpowiedziałem: Z Polski. Jego odpowiedzią był głośny toast: Iz Polszy? Wy nas bili, my was bili, napijomsia! Pochwaliłem toast, ale nie przyjąłem butelki i zapytałem: Ociec twój pił? Opowiedział. No, nie pił. Ja na to: Potemu, ty takij umnyj chłopiec i mołod’ec. Bo rzeczywiście robił wrażenie bystrego chłopca. Moje słowa go zaskoczyły i zapytał: Kakaja waszaja profesja? Gdy powiedziałem: Swiaszczennik katolicki, jego reakcją był radosny okrzyk: Swiaszczennik katolicki? Ja toże kristijanin! Za Christa napijomsja! Jechaliśmy dalej w atmosferze polsko-ukraińskiego i chrześcijańskiego braterstwa. Na miejscu okazało się, że moich znajomych nie było w domu. Później się dowiedziałem, że  mojego telegramu na czas nie otrzymali, ponieważ pojechali na wieś kopać kartofle, co tam dla ludzi w mieście jest ważną sprawą, Pomijam dalszy ciąg tej przygody.

W sobotę przed południem autobusem z Kijowa przyjechałem do Żytomierza.  Gdy w niedzielę uczestniczyłem na chórze we Mszy św. i pod wrażeniem potężnego śpiewu wiernych wypełniających katedrę robiłem notatki, podszedł do mnie jeden z chórzystów i szepnął: Niech pan nic nie pisze, bo może ktoś się przyczepić.  Domyślił się, że jestem z Polski. Było to bardzo słuszne ostrzeżenie, ponieważ byłem tam nielegalnie i w wypadku wykrycia tego faktu przez milicję, miałbym poważne kłopoty. W poniedziałek o godz. 4.00 rano z zamówionym przez ks. Purwińskiego kierowcą jechałem do Kijowa, by zdążyć na samolot do Tbilisi, odlatujący o godz. 8.00. Przed południem zameldowałem się na posterunku milicji w Rustawi, u znanego mi już i życzliwego dla Polaków  milicjanta,  a po południu spotkałem się w Tbilisi z ks. Śnieżyńskim.

Kiedy po raz ostatni ks. profesor był na Wschodzie?

W ubiegłym, to znaczy 2018 roku. Były to trzy wyjazdy na Białoruś.  W lutym w Konsulacie RP w Brześciu miałem referat na temat: „Operacja polska NKWD 1937-1938” i likwidacja Kościoła katolickiego na Wschodzie. Z tej okazji było także spotkanie z miejscowymi Polakami i dyskusja po mojej wypowiedzi zartytułowanej: Czy początek końca polskich mniejszości narodowych na Wschodzie.

Znałem nieco Brześć z lat 70. Od tego czasu powstała w nim nowa i  piękna dzielnica. Wzruszająca była wizyta w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego. Po raz pierwszy zwiedzałem go w czasach sowieckich, gdy było w nim muzeum krajoznawcze.  Później, gdy dzielny ksiądz Karolak z Drohiczyna na początku lat 90. przywrócił mu już charakter świątyni. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem słynny obraz Matki Boskiej Ocalenia, który powrócił do kościoła. Po jego zamknięciu po wojnie przez władze sowieckie, wierni go ukrywali. W 1996 r. został ukoronowany koronami papieskimi. Mogłem pomodlić się przed nim i ktoś podarował mi dawny jego obrazek.

Latem, jak co roku od 20 lat, byłem w Oszmianie na odpuście w uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej, przypadającą 26 sierpnia. Proboszczem i dziekanem jest w niej od 1999  r. ks. Jan Puzyna, rodem z Grodna, absolwent seminarium duchownego w Białymstoku. Ten odpust, uroczyście tam obchodzony, jest także wydarzeniem kulturalnym.

Po Mszy św., na placu przed kościołem odbywa się tzw. Festyn u Królowej. Na scenie, ozdobionej obrazem M. B. Częstochowskiej i wielką, polską flagą, występują polskie, miejscowe zespoły folklorystyczne, zwykle z Lidy i artyści z Polski, czasem ze Lwowa oraz dzieci z parafii, przygotowane do występów na scenie przez artystów z Polski. Ci zawsze chwalą ich zdolności językowe. Wesoła zabawa trwa do godziny 22.00 i bierze w niej udział duża grupa parafian, także i nie katolicy. To jedyne tego rodzaju wydarzenie kulturalne w całej diecezji grodzieńskiej i pewnie na Białorusi. Umacnia ono ducha parafian i innych osób, które w nim uczestniczą. Zwykle bywa, któryś z dyplomatów polskich z konsulatu RP w Grodnie lub z Ambasady w Mińsku, w tym wypadku sam ambasador.

Ostatni wyjazd był z okazji polsko-białoruskiej konferencję w Grodnie, poświęconej Polakom na Białorusi od końca XIX do początku XXI wieku. To była druga już tego rodzaju konferencja, zorganizowana przez Tadeusza Gawina, mojego dobrego znajomego, od czasów, gdy przez 12 lat był pierwszym prezesem Związku Polaków na Białorusi, po jego powstaniu w1988 r. Jej plonem, jak i poprzedniej, jest wydana w Polsce zbiorowa publikacja w serii Bibliotheca Europae Orientalis, licząca prawie 700 stron, niezwykle ciekawa dla wszystkich zainteresowanych historią Polaków i Kościoła katolickiego na Białorusi. Konferencja odbyła się Konsulacie RP, pod patronatem i z udziałem konsula generalnego, p. Jarosława Książka, w bardzo miłej i przyjaznej, polsko-białoruskiej atmosferze. Brał w niej udział ambasador RP na Białorusi, p. Artur Michalski. Z nim szybko i wygodnie wróciłem do Polski.

Na koniec naszej rozmowy chciałabym zapytać, jak dziś ks. Profesor patrzy na ten długi okres bywania na Wschodzie?

Gdy go wspominam, to ze zdziwieniem wobec tego, co się w nim wydarzyło. Pierwszy wyjazd pół wieku temu na tzw. Wschód sprawił, że  żyjącym tam Polakom i tamtejszemu Kościołowi katolickiemu poświęciłem większość tego czasu, jaki miałem do dyspozycji. Panu Bogu dziękuję za wszystkie spotkania i wydarzenia na Wschodzie i za szczęście, które mnie tam i w Polsce, w związku ze Wschodem, nigdy nie opuszczało.

Dziękuję za rozmowę. 

Dziękuję również i proszę o dołączenie do niej dwóch listów do mnie ks. Krzysztofa Pożarskiego duszpasterza na Wschodzie, obecnie w kościele św. Stanisława w Petersburgu.

Dotyczą one pierwszego okresu odradzania się Kościoła katolickiego na Białorusi i w Rosji. Pierwszy jest sprawozdaniem z misji, które po z górą 50 latach prowadzili polscy redemptoryści w dwóch znanych mi parafiach dawnej archidiecezji wileńskiej, w których on był proboszczem. Drugi jest ciekawą relacją z jego pionierskiej pracy duszpasterskiej w północnej i europejskiej części Rosji.

————————————————————

List ks. Krzysztofa Pożarskiego, proboszcza par. Duniłowicze i Łuczaj w dawnej archidiecezji wileńskiej (od 1999 w nowo powstałej diecezji witebskiej) na temat misji prowadzonych we wrześniu i październiku 1991 r. w tych parafiach, przez oo. Redemptorystów z Polski.

—————

Duniłowicze, 10.12,1991 r.

Drogi Księże Romanie,

Na początku przesyłam serdeczne pozdrowienia z Białorusi. Była u mnie nie tak dawno Pani Józefa Kobzik z Korobów i pokazała mi list Księdza, w którym interesował się misjami w Duniłowiczach. Ponieważ nie mogłem dłużej z nią porozmawiać, gdyż spieszyłem się na pogrzeb, dlatego obiecałem Jej, że do Księdza napiszę.

Misje w Duniłowiczach i Łuczaju prowadzili OO. Redemptoryści. Początkowo 3 ojców, a potem dwóch. Był to o. Jan Bartos, o. Roman Cieślak i o. Eugeniusz, który potem wyjechał do Polski. Ojcowie ci mają swoją główną bazę w Porzeczu, blisko Grodna.

Misje św. w Duniłowiczach rozpoczęły się w sobotę 28.09, a zakończyły w niedzielę 6.10. Program Misji wyglądał następująco w obu Parafiach:

– w sobotę – rozpoczęcie i nauka dla młodzieży

– w niedzielę nauki w czasie Mszy św., a po niej nauka dla młodzieży

– w poniedziałek – nauka dla ojców i matek oraz dla dzieci

– we wtorek spowiedź, dzieci szkolne i matki

– we środę spowiedź, młodzież i ojcowie

– we czwartek – odnowienie przysięgi małżeńskiej

– w piątek – Msza św. dla chorych, namaszczenie olejami, błogosławieństwo Najśw. Sakramentem /sposób lurdzki/ [na wzór  błogosławieństwa w Lourdes].

poświęcenie lekarstw

– dzieciom szkolnym zostały poświęcone rowery, a dla dorosłych pojazdy mechaniczne

– w sobotę – spotkanie dla przedszkolaków

– Nabożeństwo maryjne – wraz z procesją naokoło kościoła /niesiono obrazy NMP i świętych/

– w niedzielę – zakończenie Misji oraz postawienie Krzyża

Gdy zakończyły się Misje w Duniłowiczach, rozpoczęły się w Łuczaju. Były one w dniach 5.10 do 13.10.

W Duniłowiczach – były 4 Msze św. dziennie –  1100, 1400, 1600  dla dzieci oraz o 2000.  Ludzi przychodziło dosyć dużo, zwłaszcza jeśli chodzi o rozpoczęcie i dni kończące Misje. Najgorzej było z ludźmi w młodym wieku. Misje Św. były prowadzone w języku polskim, z wyjątkiem Mszy św. dla dzieci, gdzie o. Roman prowadził je w języku rosyjskim.

Ponadto, prawie każdego dnia wyjeżdżałem z Ojcami Misjonarzami do większych wsi w parafii. Razem było 9 takich wyjazdów. Te wyjazdy były najbardziej owocne, ponieważ Msze św. były najczęściej odprawiane w Domach Kultury, czy też Klubach i chyba był to prawdziwy cud tych Misji, że nas tam wpuszczono. Wyjazd taki wyglądał następująco.

Na godzinę 1800 przyjeżdżaliśmy do danej wsi, ludzie czekali przed  domem kultury, witano chlebem i solą misjonarzy, śpiewano stosowne religijne pieśni i wchodzono przy dźwiękach dzwonu /który z sobą woziliśmy/ na salę. Tam jeden z Ojców misjonarzy przede Mszą św. mówił o Sakramencie Pokuty i zachęcał do spowiedzi. Ja odprawiałem następnie Mszę św., kazanie głosił jeden Misjonarz, podczas, gdy drugi spowiadał. Na zakończenie rozdawaliśmy obrazki i odjeżdżaliśmy na wieczorną Mszę św. do kościoła.

Byliśmy w następujących wsiach:

– 30.09  – Wołki – Dom Kultury /ludzi ok. 200/

– 2.10 – Siergiejewicze – Klub /ok. 80/

– 3.10 – Nożycz – Klub /ok. 110/

– 4.10 – Lachowszczyzna – Dom Kultury /ok. 250/

– 7.10 – Nowosiółki – Dom Kultury /ok.300/

– 8.10 – Stary Dwór – Dom Kultury /ok.300/

– 9.10 – Cieszłowo – Świetlica w сельсавете  /ok. 150/

– 10.10 – Gruzdowo – Dom Kultury /ok. 200/

– 11.10 – Ciuńce – Dawna Szkoła /ok.150/

W ten sposób chcieliśmy dotrzeć do wszystkich ludzi i bardziej pobudzić do przeżywania Misji.

Na zakończenie Misji w Duniłowiczach i Łuczaju zostały ustanowione na wsi przydrożne krzyże, ponieważ przy kościele uczyniono [to] wcześniej/.

Ustawienie krzyża wyglądało następująco. Ludzie zgromadzeniu na placu przy kościele słuchają misjonarza. Mówi o krzyżu, następnie na jego komędę mężczyźni biorą na ramiona krzyż /ok. 30 mężczyzn/ i rozpoczyna się procesja. Najpierw obejście wokoło kościoła z krzyżem, a potem na skrzyżowaniu drogi. Tam ustawienie, poświęcenie i ucałowanie go.

Niedawno otrzymałem od O. Jana Bartosa list, w którym pisze, że tak owocnych Misji już dawno nie miał. Ludzie masowo przystępowali do spowiedzi i Komunii Świętej w trakcie Misji św., jak i w dwóch tygodniach po zakończeniu zostało zawartych 50 ślubów.

Na tym kończę swój list, załączam jeszcze raz serdeczne pozdrowienia w Sercu Jezusa i Maryi.

Ks. Krzysztof Pożarski

—————————— ————————

Psków, 26. 06.96 r.

Czcigodny Księże Romanie,

Mija już pół roku jak po trzyletnim pobycie opuściłem Duniłowicze na Białorusi, aby rozpocząć pracę na ziemi rosyjskiej w Pskowie. Jest to inna praca niż na Białorusi, bo tutaj nie ma tłumów ludzi w kościołach. 70 lat ateizacji zrobiły swoje.

Jest to praca trudniejsza, gdyż wszystko trzeba zaczyna od początku, od zera. Jest się rzuconym w bezkres Rosji, gdzie trzeba organizować życie religijne.  Szukać katolików, aby potem otaczać ich religijna pomocą. W Pskowie po oficjalnych danych powinno być katolików 2% tj około 3 tys. Do tej pory odnalazło się ich tylko 70.

Na razie Msze święte odprawiam w mieszkaniach prywatnych, nie tak dawno jednak kupiłem dosyć duży dom i po dokończeniu remontu będę mógł tam żyć. Tam też będzie kaplica do nabożeństw, bo kościoła Trójcy Przenajśw.  nam tak szybko nie oddadzą.

Z chwilą, gdy zamieszkałem w Pskowie zacząłem robić też wyprawy misyjne do północnej części Rosji, aby odszukiwać katolików i zakładać tam parafie.

W tej chwili została już oficjalnie zarejestrowana parafia w Nowogoradzie. Jest to miasto wojewódzkie liczące 359 tys. mieszkańców. W 1893 był tutaj wybudowany ceglany kościół pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła. Obecnie znajduje się w nim Kino-Teatr i kawiarnia.

Zacząłem organizować też parafie w dwóch innych miastach wojewódzkich za kołem podbiegunowym: w Archangielsku i Murmańsku. W Archangielsku  był drewniany kościół wybudowany w 1986 roku pod wezwaniem także Świętych Apostołów Piotra i Pawła. W latach 30 został zamieniony na Ośrodek Zdrowia, a potem uległ dewastacji i był rozebrany. To miasto liczy 400 tys. mieszkańców, wśród nich żyją także Polacy, potomkowie dawnych zesłańców, za czasów carskich czy też bolszewickich. Tylko cztery lata temu to miasto zostało otwarte dla cudzoziemców.

W Murmańsku natomiast nigdy do tej pory nie było parafii katolickiej, ponieważ miasto zostało założone tylko w 1916 roku i ciągu kilkudziesięciu lat szybko się rozwinęło. I dzisiaj liczy prawie 400 tys. mieszkańców. Mieszkają w nim też Polacy w liczbie kilkudziesięciu oraz kilkuset Litwinów, którzy także są katolikami. Dla Parafii w Murmańsku, za pozwoleniem ks. arcybiskupa Kondrusiewicza z Moskwy, wybrałem patronem Świętego Michała Archanioła.

Póki co, raz w miesiącu staram się docierać do tych miast z posługą duszpasterską. Do Nowgorodu samochodem, a do Archangielska i Murmańska samolotem – ponieważ między tymi miastami są duże odległości: między Pskowem a owym Nowgoradem  – 220 km, między Pskowem a Murmańskiem 1800 km, a Archangielskiem 1600 km.

Czas lotu samolotem do Murmańska wynosi z Pskowa 2,5 godz., a z Murmańska do Archangielska – 1,5 godz., a z Archangielska do Pskowa – dwie godz. Tak więc stałem się już misjonarzem latającym. Koszty takiej podróży są dość wysokie, ale myślę, że Opatrzność Boża będzie mnie w tym jakoś dopomagać, bo najważniejsi są ludzie, których trzeba pozyskać dla Chrystusa, niezależnie w jakim miejscu by oni żyli.

W tych trzech parafiach trzeba wszystko zaczynać od nowa, szukać i zbierać katolików, szukać miejsca na modlitwę, katechizować itd. Żeby wszystko to zorganizować trzeba wiele wysiłku, wyrzeczeń i modlitwy, o którą jak zawsze proszę.  O parafii w Pskowie nie piszę więcej, ponieważ załączam o tym osobne opracowanie.

  1. Krzysztof Pożarski

————————————————————-

Udostępnij na:

Musisz być zalogowany aby komentować Login